τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Lubiliśmy jesień i komunikację publiczną, kiedy udawałem, że jest mi duszno i ściągałem płaszcz, kładłem go nam na kolanach, a ona torebkę i pod spodem chowałem rękę, pod kiecką, pomiędzy jej udami. A teraz? Żałuję, że nie jestem pedałem, kiedy sypię linię i słyszę – Dlatego że jestem ładna – biedna kurwa, ma dwadzieścia dwa lata, a wygląda na pięćdziesiąt. Rodin rzeźbił ją gramem morfiny na dobę, mrozem i wilgocią żydowskiej kamienicy. Zarabia jumą, a nie dupą, pokątnym handlem lekami, stołuje się na przymierzalni w Tesco, potem biegnie z fantami na Plac i do żyda na Starowiślnej. Kosmetyczka? Apteczka. Piątki, szóstki, jej tipsy, pazury. Nędza której nie obłażą nawet muchy i nie tykają się komary; polski brud psich gówien, roztopów, ale nie sramy pod siebie, mimo że zdycha się pod jakimiś szmatami; ciekawe, że ćpun niejednokrotnie nie śmierdzi, choć nie myje się dwa tygodnie. Widocznie jego pot jest bezwonny, bowiem nie żre i nie chleje.

Tracę rysy twarzy, więc sypię wapno na to zdechłe mną truchło; zeżarłem przez noc tyle fety co innym wystarcza na zabawę w weekend przez kilka tygodni.

Czytaj dalej »

Niemy wrzask widnokręgu, tak gwasz trze brzask,
dłonią – gest rozpaczliwszy, tej blichtr skarg: Trakl.
Poda krzyk osamotnienia – wdech, wzwyż rąk, krew;
upiór warg – didaskalia: wiersz, tych zwiezd, jazz.

Żaden ból zapomnienia, ów krzyż z brzóz;
paru serc gadanina, iż zmarł ćpun. Sznur!
Gorycz mży przypomnienie, że Luwr też biel;
frazes łez nieszczęśnika, drga mi nerw – Wstrzel!

Osunę się katastrofą, o mur zjaw. Twój.
Czemu mnie nienawidzisz? Spójrz Las The Cure.
Uciekasz mi w beztroskę, wstyd za ten szkic!
Komu?! Stąd! Szaleńszemu: moich ust jej szpryc.

I pyta się mnie król Lear – Co tam Przemek?
– Dziś się nie boję – spłynął gorzko Niemen.

Paul-Albert Besnard, Morphine Addicts - https://www.wikiart.org/en/paul-albert-besnard/morphine-addicts-1887

Usłyszałem dźwięk, warkotał zębami o moje przeguby; podzieliłem się igłą, na gramofonie tęczówek (o tych szpilek, pęka moje serce – balonik). Pada strzał, w zaułku seks, już tuli się do knajpy łom. Gdzieś… Miotam się na łóżku. Tak, to woskowa cera, wydatny podbródek i zapadłe policzki. Ja. Uwierzyłbym w absolut; objęcie lafiryndy? Mimo wszystko żyję. Żadna różnica. O jednego skurwysyna więcej! Czytało się Céline’a, dziś już tak nie zdychają – redukcja szkód. Ale, ale… Byłem kimś kim nigdy nie będziesz. Popłynąłem w życiu daleko – być może odnalazłem Indie, poniekąd rozbiłem się na rafach. Nie odnalazłem tam swojej Majtreji, którą mógłbym całować w brzuch. Arogancka buńczuczność ustąpiła epikurejskiej nostalgii za ucztą. Tak tęskno spoziera za siebie, umęczony ponad winę Syzyf, gdy przeciera skroń w połowie drogi. Eliade pięknie zwieńczył bałamutny proces twórczy, poprzedzając utwór dedykacją – „Czy pamiętasz, Majtreji? A jeśli tak, to czy możesz wybaczyć?”.

„Main d'artiste”, Robert Filliou, https://www.wikiart.org/en/robert-filliou/main-d-artiste-1967

Czytaj dalej »

Życie jest krótkie i jednorazowe, a ja nie robię nic. Senece otwierają żyły i czas mnie zabiera. Lato właśnie przeminęło, zmitrężyłem je niemo w czterech ścianach, zmurszałych murach. I cóż światu z tego, że kolejny raz wygrałem z samym sobą i to bez obstawy lekowej, z szałem, nadciśnieniem, z bólem – w pojedynkę, opuszczony, zbankrutowany, uczuciowo i materialnie. Zrobiłem to po cichu, z ciałem napiętym w marmurowy łuk podtrzymujący sklepienie katedry, którego byle drobina osiadłego kurzu, tak pali. Zrównałem wektor prędkości do prowincji. To już przeszłość… Pragnąłbym na coś czekać, ale nie mam na co. Wydaje mi się, że czekam na śmierć albo na żmiję która przebudziła Zaratustrę, jednakże pozostaję świadomy, że mogę co najwyżej czekać, aż woda mi się zagrzeje, jeśli na nią napalę, by się nie myć zimną. Mogę czekać też na herbatę. Myśląc, że najciężej jest żyć wbrew i pomimo tak, jak kocha się kobietę.

Jaromir Brejdak, Ewangelia Zaratustry.

Czytaj dalej »

Semiologia i gramatologia.

Krytycznoliteracka maniera wypowiedzi potrafi momentami rozdmuchać do otyłej obsesji znak, iż odnosi się wrażenie, że jest to bardziej subkultura niźli rzeczywista nauka. Książki te czyta się bowiem w toku następujących po sobie lektur, pierwotnie zauważa się ich intertekstualność i pragnie się nadać własnej myśli analityczny sznyt. Poza tym szuka się odpowiedzi na pytania jakie można sobie zadać, a nie uzyska się ich gdziekolwiek indziej.

Zda się, że tym co odróżnia esej od monografii, to nie tyle dołączony ścisły aparat naukowy w postaci przypisów i bibliografii, a jasno wyrażony własny pogląd. Toteż esejowi bliżej sztuce, literaturze, niźli nauce. Z drugiej strony trudno byłoby uprawiać naukę, gdyby ona nie fascynowała. Słynie z tego powieść rosyjska, to właśnie jej zawdzięczamy pojęcie nihilizmu (Iwan Turgieniew, „Ojcowie i dzieci”). Znany jest mi pogląd, iż Rosja nigdy nie dorobiła się filozofii, przynajmniej na przełomie XIX i XX wieku (Lew Szestow, Wasilij Rozanow), a jej rolę pełniło powieściopisarstwo (Dostojewski, Tołstoj, Czechow). Co nie umniejsza dokonań rosyjskich, zważywszy na pisma Derridy czy Kristevy albo Deleuzego. Dlatego że nie jest istotne medium, ale ważkim staje się rzemiosło, jakie poprzez odpowiedni dobór mitu i archetypów transfiguruje do sztuki. Mit ustanawia fikcję, jaka w praktycznym wymiarze przekłada symbole na sznyt, za sprawą czego możemy współdziałać bowiem odczuwamy te same imponderabilia. Powieści te wiele nowinek filozoficznych przedstawiają, przybliżają i przepracowują na swoich kartach, za sprawą snucia opowieści (ang. storytelling).

Tym dziwniej rozgranicza się rap i poezję, kiedy temu pierwszemu bliżej rzeczywistym wierszom, skoro wzorem starożytnych pojawia się akompaniament (beat), a tekst składa się z rymów i podziałki rytmicznej. Zaś aktualna poezja to bardziej proza poetycka, słabsza lirycznie od poematu prozą (Rilke, „Malte”).

Jeszcze dziwniej nie zrównuje się muzyki trance z muzyką poważną. Pod względem przeżycia mistycznego, za sprawą środków psychoaktywnych, rozgraniczone, u zarania kosmosu, elementy, powracają ku sobie w splątanie (węzeł gordyjski czucia i rozumu – seks) intuicyjnego zrozumienia tak, jak mężczyzna i kobieta patrzą sobie w oczy. Jest to, być może, przeżycie zbyt prywatne, poprzedzone jako takim wyrobieniem, tyle że powiela się niemoc dawnej gnozy, jaka nakładała na ludzi karb wymogu inicjacji i zdobywania kolejnych stopni wtajemniczenia. Tym samym iluminacja nie może być uniwersalna w wymiarze ogólnospołecznym.

Powtórnie spolonizowano mnie w Krakowie.

– A pan? Jakie ma zdanie? – Odezwała się pierwsza, niby zniecierpliwiona milczącym, moim, popatrywaniem. Liczyła na farsę, że zacznę buczeć, dukać, wtem palnę głupstwo, by przeobrazić w parodię zatęchłą już rozmowę. Wszyscy spojrzeli na mnie, był to ewidentny podstęp. Ostentacyjnie zaciągnąłem się papierosem i wypuściłem dym z wysiłkiem w głosie, co miało symbolizować intelektualny trud i zakłopotanie.

Interesuje mnie tutaj niemożność zupełnego wyrażenia myśli, komunikacja pozawerbalna. Musi istnieć na to wzór, mimo że jeszcze nieukazany. Część wyznania zawsze przemienia się w ciepło zaistnienia pomiędzy dwojgiem. Kobieta wybiera sobie mężczyznę, a on podąża za jej wolą. Nigdy nie jest na odwrót. Bywa że mężczyzna nagle poczuwa się do obowiązku i to właśnie on powinien podejmować najtrudniejsze decyzje. Następstwem tego, niby wór węgla, zarzuca się na barki brzemię konsekwencji. Intuicyjnie spostrzegam, iż wynika to z jego natury, wszakże oczekiwania społeczeństwa bierze sobie za nic, skoro męskim atrybutem jest możność przeciwstawiania się woli innych ludzi.

„There's no one and I'm inside that house” – Agar agar, I'm that guy.

Czytaj dalej »

Jakie piękne chmury strzępią się i kłębią, sobotnim zmierzchem i różane niebo nad widnokręgiem, wzrok mój wabią ku zachodowi. Nic, tylko za rękę iść pod lasem, z milczącym chłopakiem, byle udać się na wzgórze i rozsiąść się, w objęciu, coby leniwie wejrzeć w buczyny mieniące się już barwami wiosny, przeplatane sosnowymi borami, po chwili zaś zerknąć na horyzont, odstąpić i przebiec źrenicami po zaroście i spracowanej mną, życiem, dłoni. Skończyć na spojrzeniu, aby znów dać się pochłonąć Słońcu Niezwyciężonemu i patrzeć, bez lęku, jak Sköll gwiazdę dogania, łapami przebiera, wreszcie nad nią góruje, a choćby ją noc całą dzierżył, to wnet, o brzasku, sparzy się bowiem majestat Saule wtenczas promienieje, a myśmy, wszyscy, tak o nią zazdrośni.

Czytaj dalej »

Jesteśmy jacyś popierdoleni, tak o mnie uważa matka. Każdy z nas odnalazł namiętność w życiu: białe–wóda–topy–majka–kniga–ździra; zebrałem wszystkie Pokemony. Być dumnym? Niby hymn monarchii francuskiej?! Musiałem, kurwa, wyjść i nawciągać się chrzanu, mimo że jestem amfetaminiarzem i nie muszę się odwracać za bratem, aby zamienić się w słup soli:
– A kim ty kurwa jesteś, żebym miała się ciebie słuchać, dziwko?
Mówią mi na mieście, żebym sobie ją darował bowiem wygląda na pojebaną lesbę. Tak jest w istocie, z charakteru przypomina Anaïs Nin, co jest komplementem i jebie się nade mną, z taką samą pasją.
– Jeszcze nikim. Chcesz żebym był kimś?
Nie umiem przestać jej słuchać. Barwa głosu? Tembr ciągnie się niby miód, ów między łyżką a słoikiem. Mogłaby czytać bajki dzieciom albo szeptać do mnie, gdy dogorywam na ćpuńskiej melinie, wtenczas zda się, iż idę do nieba, a ona jest aniołem – walkirią, skoro dostałem medal, Pour le Mérite albo Order Bohatera Związku Radzieckiego, za poniesione rany – wyżarta przegroda, zrosty wzdłuż ręki.
– Moje chęci nie znaczą nic w obliczu twoich zamiarów.
– Jakie masz chęci, a jakie ja mam zamiary według ciebie? Moje myśli siedziały w twojej głowie, niech teraz twoje zasiądą w mojej.
– Chęci? Na pewno chciałabym być. Nie mam zamiaru pierdolić nic o wyciąganiu z życiowego gówna, bo jeszcze oduczysz się dobrze pisać. Poszłabym na to dno razem z tobą i taplała się w słodkim gównie biedy, chlania i sztuki.
Jak jeszcze raz usłyszę od jakiejś ździry, że mnie kocha, to ją strzelę w pysk. Następna miłość będzie dla mnie śmiertelna; cipa będzie miała mnie w dupie, a nie na sumieniu. Nie wiedziałem, nie umiałem, skąd ludzie biorą takie ździry? Które dla nich wyniszczają się z miłości, dają się bić i okradać, wykorzystywać, a potem symulują samobójstwo. Nigdy takiej nie miałem, ale większość kobiet jakie poznałem była właśnie taka. Całe życie potrzebowałem wyimaginowanej opowieściami suki, a miałem pyskate, oziębłe, praktyczne. Mnie nudziło się ruchanie ich po tygodniu, finalnie zdradzały, wbijały nóż w plecy. Siedziałem z nimi i włóczyłem za sobą bowiem nie chciałem być samotny, niemniej byłem, lecz mogłem pokazać się z kimś w towarzystwie.
– Zaopiekujesz się mną? Chociaż na chwilkę, dopóki nie zdechniesz?
– Tak – nauczyłem się widzieć, że jestem samemu i nie ma nikogo, a teraz jestem tutaj i do kogo to, jak ja, nie widzisz.

Czytaj dalej »

Znalazłem w papierach, a piosenka jest piękna i moje tłumaczenie, mniemam, przekazuje ładunek emocjonalny.

Birch Book, „Les Feuilles Mortes”.

Ach! Jakżebym chciał byś pamiętała,
szczęśliwe dni naszej przyjaźni.
Wtedy życie było piękniejsze,
a słońce cieplejsze niż dziś.
Grabią już jesienne liście,
widzisz, a ja nie zapomniałem.
Martwe liście pogrzebie łopata,
tak jak wspomnienia i żale,
i przegna je północny wiatr,
zimną nocą zapomnienia.
Widzisz, a ja nie zapomniałem,
piosenki której do mnie śpiewałaś,
jej słów wspominających o nas.
O tobie.
Kochałaś mnie, ja kochałem ciebie.
I żyliśmy razem.
Kochaliśmy się.
Lecz życie rozdziela tych którzy kochają siebie.
Ciszą, bez zbędnych hałasów,
morze zatrze na plaży kroki kochanków.

Ta piosenka jest tak samo smutna jak ja.

Wykonanie Jacka White’a to najlepsze co mogło spotkać tę piosenkę. Zamieniłbym tylko Jolene na Morphine i wszystko, by się zgadzało. Poniżej krótkie opowiadanie, w klimacie Trainspotting Irvine’a Welsha, które powinienem przerobić na jeden z rozdziałów Juliette, ale to może kiedyś. Najlepsze jest to, że napisałem to zanim przeczytałem Trainspotting, film oczywiście widziałem lata temu. Podobieństwa wynikają z tej samej materii, jedno i drugie jest zabawne kiedy jest się czystym albo ma się materiał. Inaczej jest takie, jak się czyta.

„Miłość ćpunów”

Kocham tę ździrę. Zabiję.
– Cśśśś… Maleńka. Jestem już – szeptałem do jej ucha, masując po obolałym brzuchu i pod biustem. Waliło ode mnie piwskiem.
– Bolą mnie mięśnie i wszystko mnie jebie – mamrotała jęcząc. Jej głos pozostawał słodki, w swej chrypie, jak wtedy, gdy zaczynaliśmy się spotykać. Winne było nieogrzane mieszkanie, za oficyną, w kamienicy, a nie przepicie, ale spust miała dobry.
– Mam wszystko czego chciałaś – okłamałem ją.
Zastanawiałem się jakim cudem leżę obok takiej lafiryndy?! Nastąpiła wtórna barbaryzacja po czterech dniach niespania; nie mówię już kobieta i dziewczyna, ale pizda i cipa. Zupełnie przezroczysta, srało ją wodą. Powinienem był ugotować dla niej lekką zupę, zanim samemu dostanę dreszczy, byleby zawierała ryż, choć wolałaby MST-200, ale nie miałem floty. Nie jedliśmy Bóg wie ile. Puściłem alpre bokiem, był to chiński Xanax, ale hajs jakoś mi się nie zgadzał, toteż udałem się do kasyna, póki mnie jeszcze stymulowało, aby pomnożyć owoce własnej pracy, lecz zupełnie mi nie siadło i przekurwiłem wszystko. Nauczyłem się mówić ludziom, że nie ma tematu i nie będę o tym rozmawiał. Nie interesuj się – samemu słyszałem, samemu wypowiadałem! Jak ją w ogóle wyrwałem?! Wystarczyło tylko wypowiadać się w sposób pełen stereotypów i mniemań epoki, tej i minionych, przemieszany z wulgarnymi stwierdzeniami, byleby zaprzeczyć obiegowej moralności, a wtedy zdawałem się jej kimś intelektualnym.

Czytaj dalej »