Górna Engadyna. IV.

Przyszłość swoją widzę w grobie, tak odtąd widzę przyszłość i ostrzygłem się, ogoliłem, aby dobrze wyglądać w trumnie lub zaniżyć koszt opału w krematorium, skoro nauczyli mnie w domu bycia oszczędnym i miłym, jak Robespierre, ale i mam w sobie też coś z dandysa: mam tylko przeszłość, przeszłość tego — szkoda, bardzo mi szkoda, wielce jest mi żal, iż nie chcę być już sobą, rzygam nim-sobą na niego-siebie; gest zrywania więzi, niejako wystymulowane noce — wtem brzask, niczym biust dziewczyny, co sobie dekolt upstrzyła brokatem, gwoli przyciągnięcia większej uwagi, w słońcu mojego wzroku… A paliło mnie to, niby lampa na dołku, skądże się odnalazłem bowiem biegaliśmy we dwoje, wkoło jawnego bezsensu — pokusy zaprzestania obejmowania się, owego pragnienia osłonięcia się wzajem wobec t e g o. Tyle że Śmierć posłała mi szeptem moje imię, odpłaciłem jej w honorarium oddechu za uchem i zerkaliśmy wskroś siebie, jak zrobieni kryształem na melanżu, po czym zażartowałem serdecznie, iż zakochałem się, że obarczyła mnie głodem tkankowym! Śmierć jest rodzaju żeńskiego, a zdrada z inną najbardziej boli kobietę — moją animę, mimo że ta potrafi znieść pijackie bicie.

Toteż udałem się do wody, aby poczuć jakieś ciepło, ale spotkała mnie hipotermia, aczkolwiek ciągle dolewałem gorąc. Czułem, iż roztargałem tkaninę kosmosu, jakbym nie tyle ciął się nożem wzdłuż ręki, ale wbił ostrze głęboko w trzewia i obrócił rękojeść bowiem zniszczyłem c o ś fundamentalnego, c o ś stanowiącego podstawę mojego bytu, mojego ja, mojego tu. Będzie bolało dopiero nazajutrz… Chcę tylko skończyć z tym wszystkim-sobą, albowiem mdli mnie pewność; kocham tragicznie, przelewam na kogoś swoją pewność. Radykalną pewność oddania, tak jak radość sprawia rojenie o terrorze politycznym, wraz z odmiennymi mi radykałami — byle jakiej ideologii, bylebym przemawiał do nich z balkonu, strzelał „ludziom” w tył głowy, podpisywał wyroki śmierci, niby chiliasta palący sobótki na Jasnej Górze, który to wyczekuje paruzji masowych wyniszczeń, ponownego przyjścia Chrystusa (już Apokalipsa Świętego Jana zawiera w sobie obietnicę czystek rewolucyjnych, etnicznych, ów gordyjski splot wydarzeń)… Zanim usłyszę huk kroków wzwyż klatki schodowej, idących po mnie t y r a n o b ó j c ó w; kalwaria jakobinów. Aż takie poświęcenie i wyrzucenie się poza nawias społeczeństwa, stanowi dowód autentyzmu, jaki pragnie poprzeć się urzędowymi dokumentami, aktami zgonu. Mandala!

— Dlaczego to niszczysz?! Miłość pomiędzy nami!
— Nie wiem. Być może nie mogę być szczęśliwy; choroba woli.
— Zawalcz o mnie jak mężczyzna, kiedy wyciągam rękę! Każda inna kobieta strzeliłaby cię w pysk i się już więcej nie odezwała, gdy mówisz, że „pierdolę głupoty” o normalnym życiu!
— Wiem, że masz tego i mnie dość. Raczej utwierdzę cię w tym, aby się więcej nie łudzić.

Finalnie pozostałem nie tyle w pojedynkę, co z własną trwogą, po raz kolejny czując głód substancji, iż świat poza moim umysłem nie istnieje — istnieje bowiem jestem świadomy, iż doświadczam jego zmysłami, wraz z ich stępieniem ubywa go, a wreszcie umierając, świat umiera wraz ze mną. Podzielałem słynne zdanie Wittgensteina, z Traktatu logiczno-filozoficznego, albowiem i ze mnie jest niezgorszy filister: „Granice mojego języka wyznaczają granice mojego świata”, ale nie tak jak on, mniemam, by sobie tego życzył. To jest wraz z postępującą akulturacją świat staje się bogatszy, w swoich przejawach — proste słowa opisujące codzienność, ulegają złożeniu w metaforę, z powodu wyrafinowania jakie różnicuje nie tylko przedmioty, ale i podmioty — w tym elitarny sznyt, imperialna świadomość i faszystowska wola ku mocy, wola panowania, znajdująca ujście w patriarchalnej utopii przywilejów nic nie robienia, kiedy pozostali korzystają z łaski serwitutów, to symbolicznie poddają się władzy panów, w istocie utrzymuję się w karbach czyimś s ł o w e m… Było to społeczeństwo zdefiniowane wokół idei kasty — nie można inaczej wyjaśnić władzy feudałów nad chłopstwem, tej dysproporcji w liczebności, przy ówczesnej technice[1], nie można inaczej wyjaśnić wiary w d e m o k r a c j ę, jak zaklęciami praw człowieka, myśleniem magicznym, w rzeczywistości opartym o przemoc policyjną jaka stoi za parlamentem i sądami. Nie podpisywałem żadnej umowy społecznej, co najwyżej przyłożono mi pistolet do łba, po czym wetknięto w garść piór, a jeśli, jak mi wmawiają, urodziłem się wraz z nią, to niczym nie różnię się od chłopa pańszczyźnianego przypisanego do ziemi… Zresztą moi przodkowie.

Niemniej odmówiłem i tej mobilizacji politycznej i dalej napinałem wolę, aby widzieć tę antynomię jako afirmację Życia, jednakże okazywało się, że nie jestem dość bogaty w wolny czas, na modłę cesarzy i kardynałów — ów przywilej arystokratów i wykolejeńców, co śpią w dzień, a żyją w nocy — kiedy przestałem żyć jako menel, aby zachować wszystko i każdego, nawet jak wzruszałem ramionami i celowo nie decydowałem się na nic, lecz niemo wyczekiwałem wpatrzony niegdyś w horyzont, a dziś w zapleśniałą ścianę, to już same obroty Ziemi zabijały przemijaniem, to co postrzegałem jako piękno i pozostawał tylko starty proch, o temperaturze otoczenia.

Zresztą, zdałoby się, że ta głębia skojarzeniowa, jakie wyrazy wywołują w głowach, jest nie dość daleka. Niemniej i tutaj Stary Kanonier potrafi przyjść w sukurs — moja jaźń to instynkty co nie odnalazły ujścia na zewnątrz[2], tyle że człowiek który popadł w wewnętrzniozę, osiąga swój zmierzch i zapada go bądź rozrywa, jak gwiazdy, wewnętrzny Dionizos, tak jak nie jest się w mocy powstrzymać ejakulację, toteż Munch maluje Krzyk. Wyobrażenie o tych kształtach są wstanie wytworzyć wysokie dawki, kolejno opioidów i stymulantów.

Niemniej mogłem przynajmniej mówić o tym do drugiego, trzeciego i czwartego siebie, skądinąd stan w jaki się wyalienowałem, postrzegałem jako samotność, dlatego że mój słowostan nie tyle osiągnął kres, ale wyczerpał tradycyjny słownik, a nie widziałem sensu w tworzeniu nowych słów, kiedy to znaczenie, które chciałbym im nadać, nie jestem w stanie wyrazić inaczej niż wspomnianą już wyżej metaforą. Jako że powodowany mizantropią i brakiem pieniędzy, nie prowadzę już życia towarzyskiego, skoro kontakt nawiązuję z drugim człowiekiem, dopiero kiedy dostrzegam w tymże jakiś interes lub zostałem do tego przymuszony czynnikami zewnętrznymi, choćby wizytą policji, to kogo miałbym obdzielić hipotetycznym verbum?

W odpowiedzi usłyszałem:
— Jak tam bilans sensowności życia?
— To jest podchwytliwe pytanie.
— Bynajmniej.
— Teraz mam dobry humor, dlatego że rozmawiamy. To jak u Pessoi, życie nie jest mi niezbędne, niezbędne do życia jest mi pisanie.
— Pessoa. Nie Pessoi.
— Odmieniłem.
— Źle odmieniłeś. To czujesz się jak Pessoa.
— Iberyjskie nazwiska się odmienia, na pewno te zakończone na a. Sprawdziłem w internecie.
— Hahaha, masz rację — podesłałem jej link.
— Ja też tam pogubiłem słowa — nie i mi po życiu, zwykle głos mi się łamie u progu.
— Mam zaraz zdalną psychoedukację
— Tutaj masz psychoedukację.
— Tutaj mam upartego osiołka.
— Ja się zacząłem podniecać, a ty idziesz. Wyobraziłem sobie, że mam jakieś francuskie ciastko do kawy, a naprzeciw mnie uśmiechasz się bądź skurczona, w przycupnięciu, dmuchasz w poprzek gorącej kawy.
— Bardzo ładne było to wrażenie.
— Lapidarnie powiem ci na koniec, do zobaczenia kochanie.
— Bywaj Przemku, bardzo ci dziękuję za to co powiedziałeś, zwłaszcza za to co pod koniec powiedziałeś. Ty może rozładowałeś swoje libido, ale ono we mnie rośnie, pęcznieje, zaraz mnie chyba rozerwie — wtedy się rozłączyła. Jednak zanim odłożyła telefon, to usłyszałem plusk wody bowiem dzwoniła z wanny. Wiedziałem, że to nogi się niepokojąco zwarły.

W znużeniu rozmowy następuje moment refleksji, iż gdybym miał opisać miłość, to użyłbym indygo albo błękitu pruskiego, nadto dookreślił twardym konturem — gęsta czupryna, mocne brwi, oprócz tego włosy na rękach; biała koszula, marynarka zapięta na jeden guzik i rozchełstany płaszcz. Kogoś kto się snuje, dlatego że on czuje się paskudnie, jakby się z kimś żegnał i pociąg mu za chwilę odjeżdża — gwizd na peronie, łzy sobie wzajem. Podobną tremę czuje przed pierwszym spotkaniem, jakby coś przeskrobał i oczekiwał ojcowskiej kary. Na gardle uwydatniłbym zaś gulę, aby dookreślić, iż męczą go nudności przejęcia, nadto ściska go w żebrach odpowiedzialność, dlatego że nigdy, z nikim, nie rozmawiał tak o miłości, nie mówił tak lirycznie o codzienności!

Następnie ułożyłbym się niemo, jak niegdyś na podłodze niebieskiego pokoju, pod łbem mając stertę anarchistycznych zinów, radzieckie czasopismo o architekturze i jakieś numery periodyków, dla dyplomowanych artystów, poświęconych s p r a w o m co kilkadziesiąt lat temu niosły jeszcze jakieś znaczenie, gdyż wierzono infantylnie w modernizację, atom i podbój kosmosu, czyli dużo rzeźb i kontrkompozycji, których nie dostrzegałem na ciemnoniebieskiej tapecie, ze złotymi ornamentami Mezoameryki; one niegdyś wzlatywały, jakoby motyle, próbowałem je łapać ustami — zaindukowana psychopharmakonem przestrzeń ekstazy. Oprócz tego meble obklejono chabrem, a światło przenikało do wnętrza, poprzez błękit pruski żaluzji, aż zdało się, iż moją materialną duszę przebiła kula armatnia i powiewają jej strzępy, to jest wiązki światła zabarwionego nazbyt rozwodnioną akwarelą, iż unosi się sporadyczny kurz nieprzeglądanych książek, winyli: narasta bas zimnej fali, wtóruje powolna perkusja, w trzydziestej sekundzie utwór odnajduje ujście w wokalu, po czym następuje mieszanina synth-punka, dark popu i martial industrial, nadto jakiejś skrajnej ideologii — Varga Vikernesa; szczękościsk — immanencja eschatonu[3].

Zaś później wystawałbym niemalże nagi, ledwie przepasany kobiecym okiem, we drzwiach[4], ze szmatą, po jaką udałem się do kuchni, aby obetrzeć sobie nos. Po czym zawróciłem i spoglądałem wzdłuż horyzontu uda — wyżej koszula nocna, żadnej bielizny i pomiędzy nami zakreśliła się linia wzroku, jaką należało przekroczyć. Wtedy zerknąłbym przez okno, tym samym świadcząc jej grzeczność nie zauważenia, iż sunie kończyną, aby niedbale podciągnąć materię, a potem śliną zwilżyć palec, aby zakreślić nim koło wskroś sutka, również pozostawić wilgny ślad wzdłuż nogi, kiedy popatruję na karmazyn widnokręgu, u swego kresu — popija wytrawne wino, toteż czynimy jednako; ł a d n i e zakończył się dzień, uprzednio pastelowe niebo, teraz indygo wciera się w amarant łuny zgniecionym gronem, na sposób ściśnięcia dłonią opadającego biustu, tak jak z nagła zaciska się pięść, aby zgnieść kiść ciemnego winogrona, a ta zieleń sukienki, niejako trawa łąki przesyconej deszczem — bez końca ciągną się błękit i zieloność, pasie się szczęśliwie bydło — wyobrażone praniebo…

Nasza miłość, jak w teatrze; złość, dominacja, sadyzm, jakże potrójnie zhańbiona własnym gwałtem, aż do przesytu u zbrodniarza. Oblekamy jej łeb czarną krepą, aby nie łamać tabu przed sobą — zasłonić wstyd, zupełnie jak w opisie jednej z egzekucji u Foucaulta[5], choć to poduszka. Szczególnie że lubuję się w odgarnianiu, jakby zza niej, płowych włosów, aby widzieć, sponad nagich pleców, rozchylone usta, gdy spoglądam w stronę opromienionego słońcem profilu, wtenczas opadam na nią, niby gilotyna, a tłum mięśni doznaje spazmów, skowyta. Równorzędnie, co dwa dni, napięta temperamentem gadanina, później trzy godziny rozmów przez telefon, wzajemnych wyjaśnień, zapewnień, wtenczas napięcie odnajduje ujście i pojawia się przyjemne zmęczenie — ona zasypia, a ja piszę. Rano wychodzi do pracy, samemu zaś kimam lub snuję się po chałupie, z petem w gębie, z wtórą kawą w ręku, rozważając filozofów, tyle że poza akademią, więc nie ma to sensu — żadnego z tego zarobku, tym bardziej sławy, ale dzięki temu ładnie mówię, no i walę w chuja! Uznałem, że nie zdobędę nigdy wykształcenia formalnego, wzorem stał mi się baron Evola. Dzięki temu czułem się też nowym człowiekiem, w imię którego systemy totalitarne pochłonęły miliony ofiar, dlatego że pracuję fizycznie i rozważam metafizykę, stąd to nie pasowałem już nigdzie i nie umiałem się z nikim dogadać, poza paroma radykałami rozrzuconymi po świecie. Przeważnie już umarłych, w y c z y t a n y c h.

Wtenczas? Żaden archaizm, ale odzyskanie słowa tak, jak w queer, tyle że — Wtenczas — i to jeszcze wymówione z raptowną emfazą i to wten, analogiczne jüngerowemu wtargnięciu absolutu w czas co dobywa iły z dna; tak zwany „dobry warsztat” i jego edytorstwo, okaleczają duszę z jej środków wyrazu. Kiedy to pisząc kładzie się akcent na znaczenie znaczonego (signifié i signifiant), więc tożsame zdaje się to średniowiecznemu malarstwu sakralnemu, gdzie liczył się pewien porządek symboli, a nie sama estetyzacja, w tym kontekście rozumiana jako symplifikacja języka — łatwość odbioru wynikała z ich rozumienia, piękno zaś pochodziło z ponadczasowego. Mnie nigdy nie chciało się tego wyjaśniać, zresztą nie miałem dotąd komu, jak i niemądrze jest dzielić się wiedzą — może zostać nieopacznie zrozumianym, ponadto czuję, iż brak mi majeutycznej przystępności.

Właśnie tyle myślę wzdychając lapidarnie, mówiąc — Aha — oto szczyt (ang. pinnacle) komunikacji pozawerbalnej[6], gdy mówi tembr, grymas, gest.

Tylko się rozłączyłem i znów zapragnąłem porozmawiać, aby powiedzieć jej, że literatura to niezgodny w czasie termin, właściwy raczej XIX wiekowi, iż należy dziś ją rozumieć jako technikę typograficzno-dyskursywną, analogicznie do Pasoliniego, jaki w Pisanym języku rzeczywistości podjął się pewnych obserwacji i definicji, mimowolnie podjąłem się ich i ja. Przypadkowa lektura tego tekstu uświadomiła mi, że to samo myślę o literaturze, choćby słowo liryzm utraciło swoje metafizyczne znaczenie (Pasolini argumentuje, że obraz jest właściwy kinu niememu). Sens istnienia uleciał wraz z całą metafizyką odczarowanego świata, absyntem, Paryżem, wymierną kulturowo wartością dzieła. Utrzymuje się już tylko reportaż, pulpa, pisma specjalistyczne i goszystowski chłam co jest promowany tylko, dlatego że zawiera parę zdań na czasie, jak i pobrzmiewają oskarżenia o kicz i zbyt ekspresyjne opisy, jeśli nie jest się zaangażowanym „po właściwej stronie” (truizm, ale czy można napisać coś nowego?). Zwykle pada to ze strony osobowości wobec których czuję się zupełnie wyalienowany, a wspólne miewam tylko to, iż jesteśmy przedstawicielami tych samych małp wąskonosych.

A dalej, że przestrzeń metafizyczna jest materialna i indywidualna. Dlatego psychonautyka nie jest ani nauką tym bardziej religią. Nie jest, w moim mniemaniu, zasadnym tworzenie jej teorii, kiedy sprowadzam ją do praxis i pracy charakterologicznej. Nie istnieje wspólne niebo, uniwersalny zaświat, co najwyżej język służący do opisu duchowej strony życia, przejawia analogie wynikłe z powtarzalności archetypów i symboli w przyswojonej kulturze… Że przez ten miesiąc udało mi się wiele, byłoby więcej, gdyby nie rzeczywistość jaka nieustannie stawiała mi opór i nie zezwalała.

Choćby kolaps organizmu, aż do brzasku leżałem w zawinionych nerwami bólach żołądka: nie spałem, roiłem, aż rozkminiłem, że nie piszę jednak po to, aby ktoś to czytał — piszę, dlatego że rozsadza mnie nadmiar. W związku z tym ogarnęły mnie ćpuńskie tiki, mimo że już, przed miesiącami, stałem się nieznośnie trzeźwy, a przecież najgorsze dni stanowią w mojej świadomości, właśnie te bez papierosów i alkoholu, bez jakichkolwiek narkotyków! Wtedy muszę ich szukać w samym sobie! Stąd to kaskadami pochłania mnie depresja bądź proza konserwatywnego rewolucjonisty, toteż bawię się ołówkiem, wkładam go pomiędzy palce, aby bolało trochę, a niekiedy bardziej. Zatem dłoń mi grabieje i nie mogę chwytać przedmiotów, strzelam kośćmi, ciągle przekładam ołówek, wyłamuję palce! Dlatego że ból to najwyższy stopień koncentracji, przysłowiowy skręt morfinisty. Odtąd nabieram ochoty na gwałtowny seks! Muszę się podniecić bowiem nic nie robię, tylko siedzę i się gapię na ekran albo ścianę, chodzę w kółko po pokoju, kompulsywnie palę papierosy, co chwila coś zajadam, zażywam, aby się nasycić — beznadziejnie poszukując substancji, z racji tego narasta we mnie frustracja albo euforia — agresja, ale nie widzę tego jako strumień — deleuzjańskie flux, lecz płomień z Ostatniego wiersza Rilkego[7] — co nie tylko się pali, lecz goreje coraz wyżej! I to wzwyż pala, pośród stosu, do którego samemu się uwiązałem! Własny dym mnie tłamsi, tak dławi, że aż chcę skoczyć, dokądś pobiec, zaś po drodze gryźć przechodniów. Wścieklizna! Gotów jestem zgładzić całą ludzkość, byleby wzmagać siebie. Coraz więcej! A kiedy ta totalność przemija, to zjawia się zmęczenie, pragnę zasnąć, czuję się chory, powolny i tępy jak bydlę, co nie wie gdzie lewo, a gdzie prawo. Niemniej doceniam zwiewne koronki, subtelne perfumy, delikatne kroki — stanowią kontrast wobec mnie i dlatego nasze osoby nie są sprzeczne.

Stąd to pozostał już tylko frazes? Slogan autoterapii za sprawą sztuki — jedno po studiach szpachlujące płótno i zawieszające je w galerii, drugie na oddziale, pogrążone w demencji, smarujące ściany własnym gównem. Wtóre z pewnością mieści się w definicji malarstwa gestu albo akcjonizmu wiedeńskiego, nadto ma w sobie coś z mandali, jak i jednorazowości tych unikalnych, w dziejach pojedynczego trwania, fragmentów, choćby zakochania. Pielęgniarz to później zetrze; oto sztuka XXI wieku — wyświechtany frazes. Gdzie leży więc sens istnienia? Nad ranem śmiałem się głupio i obłąkańczo, że w przełamaniu nihilizmu „przewartościowaniem wszystkich wartości”, za sprawą autentycznej, głęboko przeżywanej miłości, ale teraz?!

Czyż mogę odnieść nihilizm ponad swoje ciało? Rozważyć Weltschmerz inaczej jak niezgodę na własne ciało, jako jego reakcję na niedostateczne jakościowe bodźce z zewnątrz? To przesunięcie uwagi z niezgody na świat niewiadomego, pozaświatowego, pochodzenia, na jej etiologię tkwiącą w osobniczej nadświadomości, w idiosynkratycznej nadczułości, jest jak przytłumiony, przygaszony, ciemny efekt filtra obiektywu, skąd na ekranie, na pierwszy plan udają się wiatrem kłącza perzu, a za nimi majaczy staw, w tle zaś bokeh — tamże ciemny las, jeszcze lepiej ols, a w nim nocą tętni życie, mimo że nic nie widać, jedno wystrzega się drugiego, wtóre dybie na pozostałe! Widok puchacza w locie to czyste przeżycie estetyczne, to jak poluje, zabija, się syci! Tymże właśnie jest to przesunięcie uwagi, pozornie wyzbyte z metafizyki, w duchu materialistycznego redukcjonizmu, jednakże ustosunkowanie się wobec zagadnienia jest już metafizyką! Definiuje styl życia i jego koniec.


  1. Przeczytałem o tym tak dawno temu albo wyroiłem samemu, iż nie jestem w stanie zidentyfikować. Prawdopodobnie frazes Szkoły Annales albo Frankfurckiej. Ci sami co stwierdzili, że miłość romantyczna (miłość dworska) jest konstruktem społecznym średniowiecznych trubadurów. ↩︎

  2. „Wszystkie popędy, niemogące wyładować się na zewnątrz, zwracają się w e w n ą t r z. Oto co nazywam u w e w n ę t r z n i a n i e m człowieka; tak dopiero przyrasta do człowieka to, co się później jego »duszą« zowie. Cały świat wnętrzny, początkowo cienki, jakby wciśnięty między dwa naskórki, rozrósł się i wyrósł, nabrał głębi, szerzy, wysokości, w miarę jak z a t a m o w a n e m zostało wyładowywanie się człowieka na zewnątrz” — F. Nietzsche, Z genealogii moralności. Pismo polemiczne, przeł. L. Staff, Warszawa 1904, s. 93. ↩︎

  3. Drobny żart poprzez nawiązanie do Trylogii Illuminatus!. W wersji finalnej „książki” albo to rozszerzę bądź usunę. ↩︎

  4. „Gdyby oczyścić drzwi percepcji, każda rzecz jawiłaby się taka, jaka jest: nieskończona” — Wiliam Blake (przeł. R. Krynicki). Cytat wzięty z Drzwi do percepcji Aldousa Huxleya. Szmata to w slangu amfetamina. ↩︎

  5. M. Foucault, Nadzorować i karać, przeł. T. Komendant, Warszawa 2009 s. 16. ↩︎

  6. Z moich tekstów. #PostmodernistycznyMiejskiStylŻycia: „Interesuje mnie tutaj niemożność zupełnego wyrażenia myśli, komunikacja pozawerbalna. Musi istnieć na to wzór, mimo że jeszcze nieukazany. Część wyznania zawsze przemienia się w ciepło zaistnienia pomiędzy dwojgiem. Kobieta wybiera sobie mężczyznę, a on podąża za jej wolą. Nigdy nie jest na odwrót. Bywa że mężczyzna nagle poczuwa się do obowiązku i to właśnie on powinien podejmować najtrudniejsze decyzje. Następstwem tego, niby wór węgla, zarzuca się na barki brzemię konsekwencji. Intuicyjnie spostrzegam, iż wynika to z jego natury, wszakże oczekiwania społeczeństwa bierze sobie za nic, skoro męskim atrybutem jest możność przeciwstawiania się woli innych ludzi”.

    I Pisarstwo Ernsta Jüngera: „Kluczą skargą w kręgu, w cieniu kwiecia głogu, jabłoni, pozawerbalne palce dotyku, objęcia — Fartem dostałem dżissa, fartem wypuścili mnie nocą z radiowozu… Mieni się beżem bielizny, liryka czerpana z wąskiego pasa widnokręgu, spośród sierpniowych zachodów słońca. Dostrzeżonych gdzieś we wsi, na prowincji, kiedy samotnie tkwi się na balkonie, werandzie, wśród gospodarstwa, a nasz widok zakrywa rozpostarta grusza, zza której, niby nakrywszy się kołdrą, wszak czuje się grozę świata, tremę przed nim, wreszcie chęć marzycielstwa… Patrzy się jednym okiem i widzi, słyszy, gdzieś w dali ludzi, szczekanie psów, krzyki dzieci. Jak idą pary”. ↩︎

  7. „Przyjdź, ty ostatnie cierpienie, doświadczone,
    Nieuleczalne w tkaninie ciała:
    Patrz, jak płonąłem w duchu, tak dziś płonę
    W tobie; długo się drewno opierało
    Pojednaniu z twym płomieniem ciemnym,
    Teraz cię żywię sobą, w tobie płonę.
    W twej zawziętości mój łagodny byt tuziemny
    Otwiera okrucieństwo piekła nie z tej ziemi.
    Zbyt czysty, bez projektów, bez przyszłości
    Wszedłem na ten spiętrzony stos cierpienia,
    Pewny, że nigdzie nie kupię przyszłości
    Sercu, którego zasób pełen jest milczenia.
    Czy to ja jeszcze płonę bezimiennie?
    Nie wciągam do mojego wnętrza wspomnień.
    O życie, życie: byt zewnątrz, beze mnie.
    Ja w ogniu. Nikt nie wie o mnie”.
    (tł. M. Jastrun) ↩︎