Marthe

Novalis nie był kiedykolwiek popularny w Polsce, mimo że znany na zachodzie Europy; czytał go Krasiński, jeden z trzech narodowych wieszczów, o jakim najmniej się słyszy. Nie jest to tylko opinia Tadeusza Newlin-Wagnera, który w 1923 roku przełożył i opatrzył wstępem, wydane własnym sumptem „Hymny do nocy”. Dowiedziałem się o Novalisie na marginesie moich lektur poświęconych nihilizmowi, dlatego że sam Novalis nie był nihilistą. Tyle że zwrócił moją uwagę na świętość nocy; nieraz spoczywałem jak Henryk Ofterdingen. Cóż z tą nocą? Jezus urodził się w nocy, zatem ciemności zostaje przydana światłość intymnych wynurzeń. Dotąd romantyzm uważałem za geopolityczna bzdurę powstań narodowowyzwoleńczych, a ich wiarę w postęp, młodość i dobro odczuwałem jako bezlitosną.

Wspomniany wstęp Tadeusza Newlin-Wagnera, link wyżej w tekście.

Niemniej dziś nie jesteśmy w stanie wyć nad grobem ukochanej. Wiemy, że śmierć jest definitywna: nie ma duchów, nie ma duszy, a jeśli niebo istnieje to jest ono puste, zaś wiara w bezosobowego Boga jest o tyle tragiczna, że właśnie nie jest on człowiekiem, mimo że umarł na krzyżu, jak człowiek, to jednak powrócił do uprzedniej, swojej, postaci i już na zawsze opuścił świat człowieka, aby tu nie wracać. Oto fałsz chrystianizmu! Sama miłość zaś została zredukowana do receptorów w gąbce, jaka mieści się w naszej głowie.

Stąd narkotyczne uniesienie i rausz zakochania stanowią panteistyczne złączenie.

Stąd te oktostychy:

Ty mój cichy boże, wydzierasz ziemi,
pijane mną kłącze; ścichł potem malign,
modląc się ku nocy – O An Novalis!
Dotknięty suchotami neurastenik;
nisko rwie ponure, czernią płuc – Belle!
– Jak tkniesz narkotyki, nie zobaczysz mnie,
tylko tak mówię, już nie usłyszysz mnie!
Choćbyś się ze ślozami wił; Jacques Brel.

04.04.2021

Ponade mną płeć kobiety, współdrzemie –
nieuchronne, nieodparte, milczenie;
lazur moich oczu wieje głóg w drżenie.
Wykwita cynober – rozbite ciemię,
jak młodych liści dotykiem, płodzenie;
stare, w podszyciu witrażem, obejmie –
popołudniowy płomień, mech próchnieje;
zabija mnie biel szumu nieba. Czerwie.

Marcie.
03.04.2021

Mówiąc pachnie innym ogrodem, Marthe.
Zerwę ostu do wazonu bzu, zatknę.
Na kacu będzie z niego pić, łatwiej.
Rozbiegnie się wtedy brzask śpiewem, ptactwem.
Że będę ją kochał się zlęknie, patrzcie.
Żyć odkąd dnieje światłem duszy, martwej.
Nic nie jest jasne bez fety, niełatwe.
Dniem słońce promienieje zimnem zmartwień.

02.04.2021