Wielkanoc z rodziną, czyli samobójstwo albo narkomania.

Patrzyłem, zza okna, na błękit nieba – donikąd nie wychodząc; obok, w kuchni, zebrała się rodzina, dlatego nawet zapalić nie wyszedłem. Wiem, że się powtarzam; chcę się powtarzać. Trzeba się powtarzać wzajem siebie, aby utrwalić w sobie kruche, efemerydalne! Równie dobrze można kopać dół i go zasypywać… Każda kolejna konstatacja pozbawia świat i mnie samego, jakiegokolwiek sensu. Myślałem tak, kiedy dzień, na szczęście, miał się już ku końcowi – typowa nuda niepokojącej i pełnej obłędu niedzieli. Toteż usiadłem przed wielkim lustrem u mnie w pokoju – jakie kobiety trzymają, aby się oglądać malując, obracając na pięcie w sukni czy wreszcie dotykając – bowiem pragnąłem, aby ktoś patrzył, jak robię sobie krzywdę nie narkotyzując się, mimo że roiłem łzy nade mną, przesyconego opioidami maku.

Socjalizm albo barbarzyństwo?! Samobójstwo albo narkomania!

Zacząłem się golić, a kiedy celowo się zaciąłem, to patrzyłem na strugę krwi, jaka miesza się z pianą. Widocznie obudziły się we mnie uczucia patriotyczne; ot parę kropel krwi, jak drobna moneta darowana na tacę, w kościele. Inni tatuują sobie orła w koronie albo noszą majtki z papieżem. Ja się sporadycznie tnę, a częściej miażdżę palce zębami! Stąd to uznałem, że mam sentymentalną naturę i żachnąłem się przed sobą, jak to się ma w zwyczaju, gdy ponad miarę jesteśmy komplementowani w towarzystwie, tyle że za towarzystwo miałem siebie. I wypisałem palcem – wskroś tafli – mieszając krew z mydlinami, jakbym od szablonu wymalował na murze: Samobójstwo albo narkomania. Oto moje wyjście na agorę i jego stanowisko polityczne!

Mówię wtedy do nich. Patrzcie! Aktualnie tak wyglądam, #lofi – zdjęcie zrobione laptopem; 17. paragraf ze „Społeczeństwa spektaklu” Deborda – przestałem się jawić. Wszyscy których znam poszli uprawiać seks i zażywać narkotyki, wymachując łokciem i pięścią w reflektor przestarzałego tekno, ale nie przeciw Partii; ja czytam dziennik Sylvii Plath, „Szklany klosz” – nie zainteresowałbym się nią, gdyby się nie zabiła, dlatego stała się dla mnie atrakcyjna. Rozbawił mnie akapit na początku, o kosmetykach, naznosiłem się ich sporo, fartem, dziewczynom; a propos techno, zawsze zastanawiało mnie dlaczego w burdelach na Kazimierzu i na pole dance, przy Rynku, puszczają deep house? Szpalty tekstu parują ze mnie reminiscencjami, jak bimber. Szukam słowa – tłumaczę wiersz, dlatego cokolwiek czytam, ale zabija mnie wzrok Natalii, niby wyszła do ludzi, mówi, opowiada, bawi się z dzieckiem i pręży seksownie, jak dziki kot, lecz sennie ciąży jej wciąż śmierć, grudniowa linka – oczy ciężkie, ale nie od makijażu: Nie mam ochoty dalej żyć, szczerze mówiąc; to że mnie uratowali, dobrze, że wrócili, do rodziny – kręci głową, patrzy niemo – ale nie czuję tego, że jest OK i tak zdechnę niedługo. Wdycham ten sam ziąb grobu co ona: nie ma gdzie pójść, wyborem byłyby speed i heroina, ale jest na programie, więc chuj. Ja? Wciąż gibam się, w pojedynkę, podług berlińskich minimali. Nic nie wspomnę, ktoś jutro wrzuci nowy mixtape.

I wiecie co?! To koniec drugiej dekady! Te noce w Krakowie, już nie do powtórzenia; mieszanina nędzy i samouwielbienia, dookreślonych narkotykami. Jedni skończyli na ulicy, inni w mamrze, ktoś na cmentarzu. Toteż pora na następne pokolenie pisarzy i poetów, filozofów od dupy, sponad szklanki i zwijki: jeszcze bardziej rozmemłane, rozwodnione, szukające żyły. Wsłuchani w suity jazzowe i w „The End” The Doors, zbytnio braliśmy do siebie maksymę Heinricha von Kleista, aby przynajmniej raz dziennie zaruchać, przyćpać, no i walnąć na jumę, a wtedy ujrzy się, rzekomo, piękniejszą stronę życia. Ujrzałem; spojrzałem Juliette, opisałem ją jako Annette. Dziwi mnie, że minęły dwa lata, a pamiętam ją jak sprzed dziesięciu (zerwało film). Lepiej było tworzyć tę historię, niż ją opisywać. Teraz nie ma już swojego historyka. Artysta musi mieć w sobie coś z Apolla, to znaczy być niedostępny dla ogółu, aby utrzymać swój mit, niby pogański bóg, jaki to siedzi na własnej górze – właśnie czynił tak Nietzsche, gdy słał manuskrypty wykańczane wśród alpejskich wędrówek. Widziałem to także w biografii Emily Dickinson, w sposób zupełny, która to chowała się w domu i nikt nie znał jej wybitności, a za życia czytało ją tylko paru, za sprawą korespondencji co ją prowadziła; pragnąłem, aby to była też moja biografia. Niemniej, jako nihiliści, wegetowaliśmy w następujących po sobie cyklach głodu, bólu i obłędu. Był nawet taki co „przepierdolił tysiąc ździr”, kiedy samemu szukałem miłości i napisał o tym dwie książki, jakich nikt nie wydał, a teraz mu nawet kutas nie staje; wiecznie znajdowało się w ariergardzie, goniąc królów życia, niby króliczka na ustawionej z góry gonitwie. Samospaliliśmy się, wzdłuż lufy poleciała kometa. Jednakże nie chcieć móc mówić do ludzi, to nie móc pisać o czymkolwiek i to mnie dotknęło, ale i tutaj znajdują się wyłomy: pozostały mi szczątkowe instynkty, choć przez moment zdało się, iż rodzę się na nowo, że zaś nauczę się kochać, z powrotem pisać, mimo że burczę, jeszcze, pojedyncze słowa: rzeczowniki w wołaczu – okres niebieski Picassa, Nietzsche w ostatniej dekadzie. Spójrzcie na to niebo! Siwieje, gdy błoto miota się gliną, pod licowane trzewiki…

Wiem, że chcielibyście mnie nie tyle zabić, co upokarzać, aby mieć na kim się znęcać: bić mnie, pluć mnie, sodomizować, wyzywać, słowem móc się wyżyć ze wszystkich pragnień i ułomności, skrzywień; samemu zabiję kiedyś tego skurwysyna, jeśli wy tego nie zrobicie! Chcieli zabić Dostojewskiego na katordze, ale dostał ataku epilepsji – za to zabili Karola Radka w łagrze, ale on nie był jurodiwyj, nie miał kontaktu z sacrum, jak te dziady co się włóczą z ikonami i toczą pianę z pyska. Wiem! Kiedy siedząc na robocie, wraz z prolami, wypowiadam „donikąd” to słyszę, że jestem inteligent, skoro normalny człowiek mówi „gdzie”. Znów dla inteligentów moje praxis to strzał w głowę, słowa co niosą wraz z sobą posmak worków z wapnem.

Zaś noc, co później nadeszła, to spędziłem w tępocie, słuchając jednej i tej samej piosenki, skręcałem tylko papierosy i parzyłem sobie kawę, jakbym stał na nocce, bo i tu było dziewięć stopni – tyleż kręgów piekieł. Rano spojrzałem w lustro, przeraziło mnie jak zbrzydłem: zżółkła, pomarszczona, nać – żadna cera. Przybrałem formę warzywa, tyle że łaziłem jeszcze do kibla, trzymając w sobie do ostatka; rzucam gównem w taflę, nim cisną we mnie kamieniem. Pozostało przyoblec ryj czarną krepą wiedzionego pod gilotynę, ale bez przekonania o winie, w rzeczywistą czy wyimaginowaną zbrodnię; w moim domu zamieszkały duchy: siedzą w łazience, stoją w drzwiach balkonu, popołudniem odbijają się w kredensie – na skraju łóżku rozkraczyły się kobiece nogi, ale gdzie reszta ciała powyżej brzucha? Rozjechał ją walec, zostały szpilki i spódniczka, mówi Simona. Kładę się obok i słyszę deszcz, mimo że na polu było poniżej zera, lecz dzwoni ktoś do drzwi – to pisk na dworcu, tak lęk dudni wzdłuż torów. Infernalny Lorafen.

Oto moje p o r a n k i… Zbudziłem się o czwartej rano, w wycałowany śniegiem poniedziałek, nim sklejony wzrok otuli brzask, wobec tego zwykłoby się opowiadać o mnie dziwy, gdybym tylko zachodził do wsi, mijając po drodze perłowe załomy wapieni, skoro nie było mi śpieszno do pracy, gdziekolwiek. Dzień rozpocząłem od czytania poezji, tym samym powracałem myślami do wczorajszej rozmowy z Martą; jak małpka wspinały się po mnie myśli, paznokciami wskroś pleców, tyle że ziąb wygasłego pieca, gdy podszedłem do okna, niby z wersem na ustach, mimo że ze skręconym szlugiem, aby spojrzeć poprzez nawiane kurhany bielejącej pustaci – Marta gładzi tak pudrem twarz, a na usta i powieki kładzie czerń bądź czerwień, wtedy zorzą kończy się noc, jak wieńcząc rozchełsta usta, toteż piętrzy się nam mokrym śniegiem wzrok; czas żłobi jary, ale i te, na moment, giną w sumiotach.

Kolejno paliłem na czczo, zalękniony zimnem, a na szybie oddech ścielił się w ornament, gdy szukałem ciepła wśród świateł w dali, lecz niewidome domy dławiły się jeszcze w duchocie pościeli; marzyłem zapach kobiecego potu z nocy i zdumione pytanie:
– Wstałeś już?
– Tak. Zrobiłem ci kawy, posmarowałem chleb. Pisałem.
– Wstawię parówki – i powstając obciąga koszule nocną, mimo że nie wstydzi się być przy mnie nagą. Krząta się na kuchni, kaszle chrypą i idzie sikać.

Przetarłem ropę spod rogówki, zanuciłem – Эй, ухнем! – no i jakoś się przemogłem, ubrałem w drelich i wylazłem na pole, gdyż od dworu miałem do piwnicy. Łachy trzymam w sieni, uwalone sadzą i popiołem, by nie nanosić do domu, były zawilgocone; najgorzej jest zajść na robotę o świcie, a to wszystko mokre zakładać na siebie, nadto jebie konserwą w baraku, pleśnią i męskim potem. Nic tylko siąść na desce wspartej o dwa pustaki i lać wianuszek zamiast ławy… Gwiazd nie było widać, napiłbym się wódki, poczułem, ale nie było za co. Rozgrzebałem żar, od pyłu zmatowiały mi włosy, pomyślałem o plecach Marty, włosach splecionych w warkocz i piersiach zakrytych pierzyną, jak odwraca się do mnie ze wstydem. Splunąłem na polepę, z nerwów pierdolnąłem siekierą w klocek! Poszedł w szczapy, ja w cholerę.