Art of Trance: Lirykalia

Rzekomo istniały niegdyś całe gaje lirykaliów, owych drzew zupełnie porosłych nisko zwisającymi owocami, jakimi muzy karmiły poetów. Starożytni byli o tyle szczęśliwsi od współczesnych mnie psychonautów, o ile wystarczało im wino bądź dół w ziemi, z którego wdychali wyziewy niewiadomej im natury, wobec współczesnych mnie końskich dawek amfetaminy. Bardziej hostia niż używka, wszakże rausz nie jest euforyczny. Nadto kultura pośród jakiej egzystowali, jeszcze żywo odczuwała przestrzeń sakralną, w rozmaitych zdarzeniach dostrzegano faktyczne interwencje bogów. Oni robili dokładnie to samo, co właśnie uczyniłem ja. Świadomie wprowadziłem siebie w obłęd, antyczni zaś zdawali się na meander manii. Przekazywali wolę Apolla, lapidarnie nazwaną później natchnieniem; nie było różnicy pomiędzy wyrocznią a aojdą, dziećmi z Fatimy a Rilke.

Dlatego zapragnąłem dostać się do tego co skrywało się za symboliką zrywania owocu i jego spożywania, w celach czysto teurgicznych. Nie nazwałbym tego jedzeniem, oni mogli mieć swoją ambrozję i nektar, a nawet ziela darzące młodością po jakie wyprawił się Gilgamesz, tyle że samemu widziałem w tym neurotoksynę, co ją rozmyślnie inhaluję ku organizmowi, by porazić swój ośrodkowy układ nerwowy, a nie boską potrawę. Mnie bardzo zależało, aby ekstensywnie zablokować w sobie wychwyt zwrotny dopaminy i noradrenaliny.

3 maja 2019, Kraków

Gdzieś w Kluczach koło Olkusza.