Speed Generation. II.

Gdybym miał dychę, nie wiedząc co z sobą robić, napiłbym się piwa w barze. Nie mam roboty, nie jestem idiotą, aby pracować, mimo że nawykłem mówić, iż jedyne co umiem robić to walić fetę i wódę. Miesiącami spędzam piątkowe i sobotnie noce w domu, wychodzę zaś w tygodniu. Pragnę uniknąć przypadkowości, poszukuję systematyczności, powtarzalności zjawisk, ich zaskakujących manifestacji. W środku tygodnia odnajduję człowieka w barze, jest on jak krupa w zabielonej zupie, wyławiam go. Słuchamy się wzajem – ja i szklanka piwa, którego piana zdaje się koronką, co wystaje zza dekoltu. Niemo snuję opowieść wzrokiem, historię pewnej czułości.

Jak wtedy, gdy rozpoznałem pianino Billa Evansa, lecz nie przypominałem sobie utworu; kiwnąłem w takt głową, pozdrawiając Starego za kontuarem i udałem się wprost do toalety – zbyt często tu bywałem, stąd to wstąpiłem do lokalu, jakbym wchodził do siebie. Umysł mój posiada mapę strategicznie rozlokowanych kibli na mieście – powinny być zadbane, a skobel w drzwiach sprawny, kiedy kładę iluminowane psychopharmakonem, „Jerozolimę i Ateny”, na klapie, aby usypać kurhan do którego, jak Om pod rozgwieżdżonym niebem, Scytowie ciągną się stepem na rydwanach; moje nozdrza to komora grobowa. Kiedy walę to nie słyszę „Kali Durge, namo namah”, chyba że morfinę, lecz trzask ogni, zdobywane bramy; przedśmiertne majaki tych co budzą zazdrość, pośród niezdolnych do zabicia siebie. Samemu wolę słyszeć „Ufam w Bogu”, koncert w barokowym kościele, wtedy wszystkie rzezie, jakich dokonałem za Jego przyzwoleniem, nabierają sensu.

Nathaniel Hone the Younger, „A View of Cliffs, Etretat”, Domena Publiczna: https://www.wikiart.org/en/nathaniel-hone-the-younger/a-view-of-cliffs-etretat

W drzwiach minąłem kobietę, w stylu Courtney Love: spłowiałe blond, rozchylone usta, znudzone wkurwienie w oczach – kobietę samotną, czterdziestoletnią, na powtórnym wydaniu. Bywała w knajpach, w których pisałem. Czterdziestkę spędziła w wynajętym domu nad klifem, w Pas-de-Calais, gdzie na przymorze nie mają wstępu, psy i dzieci do siedemnastego roku życia; nie narzekała, jak reszta pokolenia, na zatłoczone plaże – wpierdalała grzyby, patrzyła w gwiazdy, słuchając płyt Billy Nomates i nie było jej śpieszno do dwójki dzieci. Spojrzała wprost mnie, gest ekscytujący jej włosy. Ich płowy brzeg zdał mi się piaskiem spod stóp Lorlei, gdy ta skacze do Renu, tym samym runąłem w oczerety; mężczyźni upadają z błahych powodów. Moje policzki? Kubek kawy – oddech w taflę, co przechyla szalę; przykre, że moje dłonie pozostały zimne, swoimi poprawiła torebkę z naturalnej skóry. Wyróżniało ją dyskretne logo – Faust, srebrne na tle bordowego nubuku.

Później, mniemam, że słyszę co o mnie mówi, jak już usiądę w kącie, ale wpierw stoję pod barem, irytując się ponagleniami Starego, bym sobie w końcu siadł na dupie; zamawiam sobie-im banię. Udobruchałem… On nie rozumie, że nie siadałem bowiem nie, że nie chciałem z nim gadać, tylko koszula wychodzi wtedy ze spodni, a marynarka lepiej zostanie zaprezentowana kiedy się stoi; pragnę, żeby ona na mnie patrzyła tak, jak patrzę na dekolty i kolana – marzę być patrzoną i patrzącym, ruchaną i ruchającym, jak wtedy, gdy porobiony, po jakimś seksie, poszedłem sobie strzepać dodatkowo pod prysznic i lejąc gorącą wodę zapadłem w trans…

Wychylam kolejną pięćdziesiątkę i siadam; ja to nowy rodzaj mężczyzny – siedzę zupełnie nieerotycznie, mam złączone nogi, na które miednica faceta nie pozwala, najpierw mnie skrzywiła, a potem pożarła. Behawioralny klasyk nowych kobiet, a ja potrzebuję mocnych wrażeń! Wtem wychodzą z nudów zapalić bata; rozumiem, że nie życzą sobie mojej obecności. Patrzy na mnie zza witryny – Śmieszny, mały człowieczek – mówiąc Staremu spluwa. Wtedy podszedł do nich Orimo z ulicy, kolejno ściągnął pięć buchów, zerknął przez szybę i śmiejąc się ze mnie, samemu władował sobie coś pod język, wkrótce wybył w cholerę, dorzucając popiół do urny. Zatem dymiło się z popielnicy, petem co żłobi linie papilarne. To jest pewne, że nie jestem w stanie podnieść się bez prochów, by zagasić; o j c i e c powinien tłumić pożar domu, płomień rewolucji tak, jak w amerykańskim kinie drogi, gdzie na końcu pojawia się patriarchalna kara dla wyzwoleńców – obrabowali bank, rykoszet zabił kobietę w ciąży! Rzucili się autem w przepaść.

Wiem, jawię się saską porcelaną, wyszczerbioną ołowiem z francuskiego muszkietu, kiedy zawracają ku mnie. Kładąc się wzdłuż sofy, pyta się Starego co ja robię – Pisze o mnie – słysząc to odsłania zęby, kreślę poruszenie moich ust: Obecnie drzewa bywają wskroś żółte, ciemnieją ugrem dawnej fotografii, aż świat widzę teraz w przyżółkłych barwach, w kolorze sepii. Wszakże zażółciły się mnie oczy, z choroby, przecież nic nie powiem, tylko cedzę żółć, zza zżółkłych zębów, pożółkłych od papierosów, marnego tytoniu – co gryzie w oczy, od r u s k i ch – nie uwodzi. Skóra doszczętnie zrogowaciała. Żółta! Odwykła od pieszczot, czułości, nieżółtej miłości: ślepej bielmem wiary, białej, zupełnie czystej, wziętej ze zbielałych już kości, alabastru śmierci. Taki stał się głóg w maju – A twoja cera kredowym klifem – usta ściągnęła w dzwonek z kart, jakby pękaty kielich karminowego kwiatu, co rozwidla się na krawędziach, nabrzmiał od rosy i giął łodygę w dół; zamieram.

Stary rozumie moje chwilowe, wielominutowe, otępienia, gdy popadam w nie wzdłuż dnia, samemu farmakologizuje egzystencję – umiłował palenie i wciąga chrzan, tyle że ja to dla niego przykry widok i mnie wywala, a wtedy odpowiadam, że nie mam domu i dalej pijemy wiśniówkę z colą. Toteż trwam sferą wewnętrznych wrażeń, kaskad symboli. Jako dziecko pragnąłem zbudować domek na drzewie, a budulca wystarczyło mi zaledwie na platformę, ale wspinałem się na nią i wpatrywałem strzeliście – w niebo, las w oddali, jak psi filozof – cynik Diogenes; przyobleczona w sukienkę siedzi teraz, z udem wspartym o kolano, na parapecie, niby Budda na cokole i przysypia, tak kpi ze mnie z wysokości, skoro oddaję się reminiscencjom bowiem lubuję się w widoku śpiących kobiet.

Podówczas ich cera staje się gładka, dniami pozostaje napięta erotyzmem. Jedne drzemią z rozchylonymi nogami, inne je zwężają, ale zawsze śnią w określony sposób. Niekiedy ją gładzę, dotykam piersi, wewnętrznej strony ud. Całuję głowę, we włosy – tłuste dymem papierosów. Nigdy się nie budzi, być może posiadam delikatność, mimo że moje dłonie są chłopskie, robocze. Cieszy ją to i się śmieje, gdy o tym opowiadam, dlatego że przestaliśmy się kochać i w dzień nie okazujemy sobie życzliwości. Lubię ją wąchać, nocami, nie czuję wtedy wilgoci w powietrzu, ale perfumy. Ogrzewamy prądem – oszczędzamy. Farba się łuszczy, gdzieniegdzie tynk odpada. Wyhodowaliśmy pleśń, ale ktoś dał nam resztę białej farby, kupiłem wałek, środek chemiczny i zmyłem, zamalowałem, ów syf, jednakże nie chciało mi się tynkować na nowo, zresztą nie było pieniędzy i tak nikt nas nie odwiedza. O czym w ogóle mielibyśmy z kimś gadać? Nie jeździmy na wakacje, podróżujemy umysłem albo po Kazimierzu.

Nie mamy telewizora, ani radia, tylko stary laptop, podpięliśmy doń głośniki, odnalezione na pobliskim śmietniku. Szczęściem w zestawie znajdował się subwoofer, ewidentny dar od Boga, skoro prawie nie rozmawiamy ze sobą, ale słuchamy muzyki i spojrzeniami czynimy sobie wzajem wyrzuty. Nasza wersja – Czy jeszcze mnie kochasz? – Prócz tego nie pozwala mi na wulgarność w prozie. Oburza ją, gdy klnę i płacze, kiedy się pytam czy jest głupia, ot tak będąc wraz ze mną: siedzę na fotelu, ona leży w łóżku, czyta książkę, gapię się na ścianę. Co kilka godzin notuję zdanie. Choćby, wszystko jest takie bez sensu, bez celu, bez znaczenia. Istnieje tylko przymus życia, pracy, oddychania. Sądowy nakaz dozoru policyjnego, kiedy nie ma się nawet siły, coby wstać z fotela i wyrzucić puste puszki po browarze i pasztecie, schować rąbane ze sklepu masło. No i bawią nas mężczyźni w knajpie, gdy popijam niemo piwo, wzdłuż kilku godzin, po czym wstaję, całuję ją, a oni przeżywają szok, iż jesteśmy razem.