Górna Engadyna. I.

Powroty moje mają w sobie coś z południowej malowniczości, wśród małych społeczności te same pozdrowienia wścibskich twarzy, jednakie płoty i drzewa, zdobią się co roku ptactwem i kwieciem, jakich nazwy się pamięta; Górna Engadyna. Widzieć, rankiem i wieczorem, całe dostojeństwo lasu, wspinać się na wzniesienia po posągowych korzeniach, wiją się grubo i kręto, deszczami i stopami odsłonięte, ale nie do tego zawracam reminiscencjami, lecz do kamienicy z wysokimi stropami i szerokimi parapetami. Na nich zaś rośliny — o które się dba, żadne sukulenty, chyba że meksykański kaktus, a niekiedy stosy z epigramatami, przede wszystkim do muzyki Vaughana Williamsa, The Lark Ascending — ona to pejzaż ukiyo-e; móc budzić się każdego ranka i widzieć, jak ktoś tożsamy naszemu życiu wspiera się na ramieniu i odchrząkuje, wtedy przechodzą migreny. Czy to jest miłość? Pytanie to przydaje się jako drugi sweter, kiedy pragnę zapomnieć o przenikliwym wietrze, gdy we mnie duje po latach, zdałoby się przyjemnego życia, skoro przebijam wzdęty żalem wrzód minionego filisterstwa, tyle że wyuzdaniem batożonych obcasami pleców. Klęczę!

Otwarte śpiewem kosa przestworze, glissando perzu, wiolonczela świerszczy; łyk pilznera. Zjawia się niepokój, moja konstytucja meandruje pośród płycizn, potrzeba finezji, inaczej wodorosty zaplątają się we śrubę; pola minowe psychonautyki. Okamgnienie, a błyski reminiscencji wyrządzają we mnie szkodę! Nie nienawidzę już, nie jestem pełen pasji, spoglądam na minione życie beznamiętnym wglądaniem Boga. Ledwie refleksja, że powinienem czuć przed tym, przed nią, lęk jak wobec Najwyższego z Les bleus sont là, pieśni powstańców wandejskich. Moja żarliwość pokrewna jest wzburzeniem do insurekcji szuanów. Nad nimi i nade mną triumf odniosła zbrodnia, ich potopiono na barkach. Mnie? Zauważam tylko, że Loara to nie Kanał Białomorski, poetyka toni i pejzaży; dopadło mnie nic. Nadto sardoniczna erotyczność małżeństw republikańskich, gdzie damy z chłopami rozebrano i zniewolono cięgnem pierścieni pieczętujących mariaż aż po grób. Mnie zaś schwycił kult jednostki, owłada propagandą: pończoszki, klamerki, Chan chan, pofarbowane loki na końcówkach.

Jednakże mój list do wioski, dokądś w Brandenburgii, nie dochodzi — w X. jest klinika, tamże pracuje. Święta wielkanocne przytrzymały go w Warszawie, mimo że wysyłałem spod Krakowa. Wchodzę na stronę poczty tak, jak Nietzsche łaził i dopytywał o listy od rodziny, o pieniądze co nie nadchodzą, miotam się, jak między Bonn a Lipskiem — jego meble, bagaże, sądowe zaświadczenie o ubóstwie, aby odroczyć czesne; odraczam akceptację samotności. Kiedy piszemy do siebie jest namiętniej, uczymy się czekać; piszę jak kura pazurem, ona kaligrafuje, mimo że jest lekarzem, ale to jej pogoda ułożonego ducha, niemniej topnieje.

Wtedy zjawia się jej kasandryczne wejrzenie tak, jak tekst dynamizuje się punktowym usuwaniem spójników, a nie dodawaniem czasowników — krzyczy się ale, ale opierdalając kogoś, gdy próbuje się tłumaczyć. Przejrzała mnie na wskroś — Gdybyś tylko jednej kobiecie poświecił tyle energii, za każdym razem zmienia się tylko imię — jej zdaniem, jakbym pisał do literackiego wyobrażenia; pisałem do niej. Nasze rozmowy to metoda majeutyczna i taka jest moja proza, niby funkcjonalny pomnik zawierający to co kiedyś było ludźmi, czasy sprzed szczepionek i nowoczesnej stomatologii — odpowiadam, na takie dictum, że ma długie włosy, niby księżna Wiktoria Luiza, a mnie tylko broda rośnie i pojawiają się starcze rysy twarzy, że potrafimy chodzić ze sobą wkoło i recytować wiersze, iż dobrze jest móc pić razem z kwiatami. Uśmiecha się i chwali moją erudycję; mówi, że zerwałem się z kosmosu. Uwodzi.

Gdzieśkolwiek jest sens tejże rozłąki, nie ćpam — uczę się normalnie spać, ale nie wynalazłem jeszcze kompasu; widzę przynajmniej gwiazdy, odkąd pozostaję na wsi, niemniej życie tutaj jawi się wstąpieniem w któryś z kręgów piekieł. Okolica w jakiej mężczyźni pozostają w tyranii kobiet, nieustannie udają się do pracy i z niej powracają, byleby zapewnić żonie piękny dom z ogrodem, wozić ją wszędzie samochodem. Mieszczański ideał co nim wzgardziłem i czyniłem wszystko, byleby uniknąć podobnego losu bowiem brakuje w nim napięcia. Oprócz tego nie mogę zwyczajnie żyć i umrzeć anonimowo, mimo że się tak dzieje — domagam się tutaj metafizycznego znaczenia, pomimo świadomości, iż nie występuje ono w naturze. Jednakże jest się w mocy wynieść ułudę na piedestał tak, jak strąca się Boga z tronu i osadza na nim rozum. Jakkolwiek pomiędzy oboma grupami nie występuje substancjalna różnica w ich praxis.

Piękno bycia mężczyzną objawia się w fakcie, iż w oczach innych jawimy się jako lepsi, pochodzący z wyższej kasty. Polega się na własnej sile, jaka jest aspektem woli. Pierwszy rozdział „To rzekł Zaratustra” jest bodaj najwspanialszym z całego tomu. To nagłe wyjście do ludzi, do świata! Takie terapeutyczne… Zupełnie bez kompleksów, bez resentymentu, z bogactwem siebie. Tak kłuć w oczy samozadowoleniem, ale nie mieszczanina co nabył jakieś novum i pojechał nad morze, lecz człowieka który wyszedł z własnej celi, po głębokim spojrzeniu we własne ja. Mnie interesuje tutaj to poprzedzające wyjście do eremu, n i e o p i s a n e, jakby z Egiptu, Babilonu. Dlatego piszę właśnie JA! I ów starzec, ślepiec, którego Zaratustra przemija w leśnym refugium, jaki prędzej zabrałby ludzkości, niż ją obdarował, nawet nie jest w pół drogi, lecz osiadł na mieliznach niebytu.

Kolejna bezowocna noc. Totalny bełkot, urwane zdania, choroba psychiczna i mniemania. Upośledzenie… Omnis mundi creatura quasi liber et pictura nobis est in speculum: nostrae vitae, nostrae mortis, nostri status, nostrae sortis fidele signaculum[1].


  1. łac. Każde na ziemi stworzenie, niczym księga i obraz, jest dla nas odbiciem: a w nim nasze życie, nasza śmierć, nasz obecny stan i nasze odejście są dokładnie odzwierciedlone. ↩︎