W czterdziestą rocznicę śmierci Williama Sewarda Burroughsa III (pięć dni po terminie).

Beat

Zastanawiam się nieraz czy samemu byłem tak wstrętny, jak beat generation – wiecznie niewyżyci seksualnie i niedoćpani, częściej kreujący się niż rzeczywiście genialni; nie, nie mam wyrzutów sumienia, ale inne, poniekąd, praxis, jest to też uważność wobec otoczenia i autoanaliza, zaindukowana filozoficznymi lekturami, a może wrodzone komplikowanie, aż do absurdu, rzeczy prostych i oczywistych. Niemniej miałem odmienne zamierzenie co do tej nocy, aby zwieńczyć ją, o brzasku, uciskiem w gardle niewypowiedzianego przestrachu karminem, kreślącym się wzdłuż widnokręgu, tj. czytać Mishimę, aby opisać własnego onnagatę.

Yukio Mishima, „Zimny płomień”.

Jednakże spędziłem misterium nocy (odczuwam chtoniczny związek siebie i nocy), nie tyle na lekturze „Speed” i „Kentucky Ham”, Williama Burroughsa Jr. (trzeciego tego imienia), co na rozważaniach wokół tego, w kontekście siebie, skoro znów spadł śnieg, a ja nienawidzę wiosny i pragnę zejść do Hadesu, w zastępstwie Persefony; świat się rodzi, ja umieram.

Plakat jaki znalazłem w internecie, autorem jest Milton Glaser. „Speed” dzieje się m.in. w Nowym Jorku.

Buszujący w kreskach

Porównywano jego bycie z „Buszującym w zbożu”, te ucieczki, ale opisywać jego życie wydaje się niezasadne, informacje są łatwo dostępne w internecie, zredagowano ponadto książkę „Cursed from Birth: The Short, Unhappy Life of William S. Burroughs, Jr”[1]: rodzice uzależnieni, ojciec sławny i w centrum bohemy, który przypadkowo zabija żonę z kalibru .45, gdy na melanżu, w Meksyku, odgrywali po pijaku Wilhelma Tella, w międzyczasie areszt, wyrok, odwyk, nieudane małżeństwo, przeszczep wątroby (nie przyjął się dobrze i żył w bólu, inna rzecz, że była to nowość podówczas), pisarstwo – farmakologizacja egzystencji i alkonautyka, wreszcie zejście na marskość wątroby. Jego śmierć to dopełnienie stylu, podobnie jak u Pasoliniego, którego zamordowano na plaży, a ciało rozjechano samochodem, tyle że znaleziono go wycieńczonego w rowie przydrożnym autostrady, pośród malowniczej Florydy, co kojarzy się wprost ze speedem. Mimo tego rodzina była zamożna, dziadkowie zapewnili mu pewne ciepło w dzieciństwie.

Kiedy przebywał u ojca w Tangerze, to dostawiali się do niego kumple starego, autora „Ćpuna”, „Pedała”, „Nagiego launchu”. Jest to rzecz wiadoma… był wtedy nastolatkiem. Do listy nieszczęść, jakie przypadły jego egzystencji, należy dopisać i napastowanie seksualne. Tymczasem natrafiam tutaj na dwojaki problem – metodologiczny i aksjologiczny.

Pierwszy polega na fakcie braku wiarygodnych i ogólnodostępnych źródeł online, innych jak blogi, komentarze na rozmaitych stronach, aby wskazać precyzyjny przebieg wydarzeń i osoby, w rozsądnym czasie, inaczej musiałbym przeprowadzić kwerendę książek, z czego w części mi już wiadomych, lecz nie jest to temat który mnie pasjonuje. Choćby czy faktycznie był to znany pedofil Allen Ginsberg (przebywał w Tangerze)? Skądinąd artysta któremu udało się kilka dobrych wersów. Ponadto należy okazać pomiarkowanie – fantazjowanie w listach o nieletnich chłopcach to jedno, rzeczywisty seks to drugie. Ludzie przyjmują moralizatorskie tony, a potem zachwycają się „Lolitą” Nabokova. Gdzie tu logika? No właśnie.

Drugi zasadza się na fakcie, iż Billy Burroughs funkcjonuje w cieniu znanego ojca i musiałbym więcej napisać o osobach z beat generation, a nie o Burroughsie-synu, ostatnim beatniku, a chcę mu oddać pewien hołd. Ludzie czytają go, odnoszę wrażenie, aby dowiedzieć się więcej o „tacie”, jakim nie umiał być dla syna (nie był nawet na pogrzebie). Co więcej trzeciego marca minęła czterdziesta rocznica śmierci Williama Sewarda Burroughsa III (tak brzmiało jego pełne imię). Ważniejsza jest stała pamięć o człowieku, niż pisanie w terminie, „bo wypada”.

Ketman

Fragment noweli „Speed”.

Burroughs junior dał się poznać jako sprawny pisarz i czyta się go lżej niż ojca, punktowo z humorem. Pewnie, dlatego że za młodu czytał prozę sci-fi. Wydał tylko dwie autobiograficzne nowele – „Speed” i „Kentucky Ham”. „Prakriti Junction” nie zdążył ukończyć. Nie filozofuje, jak ojciec, ale sens jego prozy jest inny i jak się zdaje życia, skoro zachodzi tu związek biografii z bibliografią. Wyrok i przymusowe leczenie nie przynoszą skutku, są wolą fanatyków! Zło zaś jest wynikiem funkcjonowania jako ketman[2], skoro należy ukrywać orientację seksualną i okoliczność zażywania narkotyków, to wchodzi się w coraz ciemniejsze sytuacje. Przecież dilerem na ogół zostaje ćpun, który musi zamortyzować koszty – kupować „hurtem” (śmieszne sto „gietów”, kiedy samemu zjada się szóstkę na dobę, a prokurator robi ci później z tego próbę wprowadzenia do obrotu „znacznej ilości”, „tysięcy porcji dilerskich” – pewnie mu wciskali mieszankę w proporcjach 5% „futra” i 95% kofeiny lub kreatyny), znaleźć dojścia, zaopatrzyć znajomych. Ponadto jest już zbyt wyniszczony lub jego uzależnienie jest na tyle widoczne, że w wyniku uprzedzeń nie jest w stanie podjąć pracy. Pieniędzy w tym nie ma żadnych, o wiele więcej zarobi się prowadząc pizzerię – więcej osób je niż ćpa.

Zaleta bycia dilerem polega na tym, iż jest to wolny zawód dla proletariatu. Siedzi się cały dzień w knajpie albo pod kamienicą, ludzie sami przychodzą i poznaje się kolejne osoby. Zarobkuje stylem życia! Wypowiadają się lekarze, policjanci, terapeuci, wolontariusze i radykałowie polityczni, et consortes, ale nikt nie pyta najbardziej zainteresowanych, jak powinna wyglądać polityka narkotykowa, czyli ćpunów i dilerów. Pełna legalizacja, redukcja szkód i profilaktyka psychiatryczna podobna, w skali, walce z rakiem piersi. Żadna dekryminalizacja posiadania, ponieważ skończy się to na odbieraniu „materiału”, Bogu ducha winnym narkomanom, przez policjantów, jacy je skonsumują „za frajer”, „na krzywy ryj”. Tyle w temacie.

Żyjąc w czasach globalnego upadku (rakowe zmiany w organizmie planety), łatwiej dojrzeć fałszywość mniemań epoki. Sto lat temu głęboko wierzono w „paruzję postępu” (Albert Camus, „Człowiek zbuntowany”) i prymitywny darwinizm społeczny, stąd obawiano się kolapsu społeczeństwa w wyniku powszechnego stosowania środków psychoaktywnych, toteż wprowadzono represyjną politykę narkotykową, która de facto jest eugeniką, totalitarną ideologią. Co prawda istnieje casus Chin i wojen opiumowych czy płacenia liśćmi koki rdzennej ludności Ameryki Łacińskiej, za niewolniczą pracę, lecz były to społeczeństwa feudalne, pozbawione nadziei innej niż życie wieczne w niebiosach. Pomimo tego posiadamy współcześnie teorię (dozowanie, przerwy, całe „BHP”), jak i narzędzia (leki, psychiatrię), z tej racji dziwi opór wobec przełamania fałszywej świadomości.

Fragment noweli „Speed”.

Zatem, konkludując, napisano wiele książek o indywidualnej walce i życiu z jakimkolwiek uzależnieniem. Ich schemat jest przeważnie dość prosty – dzieciństwo, moment gradualnego uzależniania się, na finiszu zniszczone życie i dalsza egzystencja we zgliszczach lub śmierć. Pisarstwo młodego Burroughsa wpisuje się w tę tradycję.

Śmierć artysty

Kiedy artysta, szczególnie w młodym wieku, umiera, a jego śmierć łatwo jest sprowadzić do sukcesywnego radykalizowania własnego stylu życia, to kwituje się go w prasie bądź w przedmowie wyświechtanym frazesem, traktującym o poszukiwaniu własnej tożsamości czy też autentyczności. Co ma dodać głębi już nie osobie, ale postaci, nadto wytłumaczyć kogoś w oczach świata (moralizowanie). Kicz? To także wyświechtany frazes. Kiedy śmierć z przedawkowania lub padłej wątroby w wieku 33 lat, albo samobójstwo ze zblazowania, to jedne z niewielu elementów życia w nowoczesnych czasach, jakie noszą jeszcze znamiona dramaturgii. Z pewnością ma to w sobie coś z „Antygony” – tragedia bierze nieraz swoje źródło ze złośliwości konkretnych osób, a nie z czegoś co określa się „własnym wyborem”. Wybór jest przymusem, nawet jeśli motorem woli ku mocy jest altruistyczna radość tworzenia, przede wszystkim relacji pomiędzy ludźmi.

Speech wave

Oprócz tego pojawia się tendencja do skategoryzowania czasów jako „dekady” – „były to lata 60.”, „tak było w 90.”, co określa je jako niewinne, że niby „tak się teraz nie robi” czy „nie ma klimatu” (przywodzi to na myśl upupienie z „Ferdydurke”), tyle że ludzkie namiętności i problemy są ponadczasowe; mimo wszystko beat generation polegało na piciu alkoholu, włóczędze, zażywaniu narkotyków i uprawianiu seksu. Robią to także „zwykli ludzie”, lecz artyści zapisują swoje historie, a niektórzy transfigurują do klasyków światowej literatury. Lepiej się także ubierali, co przyjemnie wygląda na fotografiach, a ich muzyka i poezja dalej się podoba. Trik nostalgii wykorzystał z wirtuozerią Hunter S. Thompson, w „Fear and Loathing in Las Vegas” (zekranizowane, polski tytuł filmu to „Las Vegas Parano”).

Samemu posłużyłem się podobnym motywem, jeszcze nie wprowadzonym do żadnej mojej prozy:

Koniec drugiej dekady – noce w Krakowie, już nie do powtórzenia; mieszanina nędzy i samouwielbienia, dookreślonych narkotykami. Jedni skończyli na ulicy, inni w mamrze, ktoś na cmentarzu. Toteż pora na następne pokolenie pisarzy i poetów, filozofów od dupy, sponad szklanki i zwijki: jeszcze bardziej rozmemłane, rozwodnione, szukające żyły. Wsłuchani w suity jazzowe i w „The End” The Doors, zbytnio braliśmy do siebie maksymę Heinricha von Kleista, aby przynajmniej raz dziennie zaruchać, przyćpać, no i walnąć na jumę, a wtedy ujrzy się, rzekomo, piękniejszą stronę życia. Ujrzałem; spojrzałem Juliette, opisałem ją jako Annette. Dziwi mnie, że minęły dwa lata, a pamiętam ją jak sprzed dziesięciu (zerwało film). Lepiej było tworzyć tę historię, niż ją opisywać, teraz nie ma już swojego historyka: artysta musi mieć w sobie coś z Apolla, tzn. być niedostępny dla ogółu, aby utrzymać swój mit, niby pogański bóg, jaki to siedzi na własnej górze – właśnie czynił tak Nietzsche, gdy słał manuskrypty wykańczane wśród alpejskich wędrówek. Widziałem to także w biografii Emily Dickinson, w sposób zupełny, która to chowała się w domu i nikt nie znał jej wybitności, a za życia czytało ją tylko paru, za sprawą korespondencji co ją prowadziła; pragnąłem, aby to była też moja biografia. Niemniej, jako nihiliści, wegetowaliśmy w następujących po sobie cyklach głodu, bólu i obłędu. Był nawet taki co „przepierdolił tysiąc ździr”, kiedy samemu szukałem miłości i napisał o tym dwie książki, jakich nikt nie wydał, a teraz mu nawet kutas nie staje; wiecznie znajdowało się w ariergardzie, goniąc królów życia, niby króliczka na ustawionej z góry gonitwie. Samospaliliśmy się, wzdłuż lufy poleciała kometa. Jednakże nie chcieć móc mówić do ludzi, to nie móc pisać o czymkolwiek i to mnie dotknęło, ale i tutaj znajdują się wyłomy: pozostały mi szczątkowe instynkty, choć przez moment zdało się, iż rodzę się na nowo, że zaś nauczę się kochać, z powrotem pisać, mimo że burczę, jeszcze, pojedyncze słowa: rzeczowniki w wołaczu – okres niebieski Picassa, Nietzsche w ostatniej dekadzie. Spójrz na to niebo! Siwieje, gdy błoto miota się gliną, pod licowane trzewiki…

Przemysław PintalNotatki.

„Życie ma moc pobudzającą, a czasami nas odurza” – Yukio Mishima.

Przedmowa Ann Charters (profesor literatury amerykańskiej), do podwójnego wydania „Speed i Kentucky Ham” z 1993 roku, jest właśnie tak trywialna („biedny chłopiec”, „dekada”, wyliczyłem nieszczęścia na wstępie), lecz co ona mogła napisać, skoro zwykle się pisze w ten sposób, w takich przypadkach?! Śmierć ćpuna czy na rozpędzonym motocyklu nie jest heroiczna tak, jak ronina czy w czasie służby w oddziałach szturmowych, podczas IWŚ, lecz nie jest błaha, o ile ma się pewną wrażliwość na potrzebę igrania z niebezpieczeństwem, potęgowanie napięcia. Speed. Nie każdemu do szczęścia wystarczy chodzenie za rękę wzdłuż rzeki, nie każdy czuje mistykę pośród mszy w kościele. Dlaczego jednak tak się dzieje, stanowi tajemnicę kosmosu. Można to sobie tłumaczyć genami i traumami, słowa worki, lecz człowiek ma tę zdolność do działania wbrew swojej, zdeterminowanej, naturze – stąd samobójstwo, asceza, poniechanie morderstwa w gniewie, przebaczenie. Dlaczego więc się ćpa? Aby żyć, pomimo siebie.

PS Wyłączyłem Disqus bowiem i tak nikt nie komentuje, chyba że na privie lub Instagramie. Zawsze można mi wysłać e-mail, podany na panelu z boku strony, zaglądam na niego kilka razy w miesiącu. Nawiasem mówiąc na stronę rzadko zaglądam, niekiedy potrafię dodawać tekst codziennie, a później nie ma mnie cztery miesiące, jak ostatnio. Toteż odpowiadałbym nie w porę lub nie byłoby moderacji, z mojej strony, w razie czego.


  1. Ojciec Burroughsa Jr. przekazał po jego śmierci manuskrypt „Prakriti Junction”, pisarzowi i wykładowcy Davidowi Ohle’owi, aby spróbował go dokończyć, lecz nie dało się z tym nic zrobić, więc skompilował papiery po nim w osobną książkę. ↩︎

  2. Bardziej w rozumieniu Czesława Miłosza w „Zniewolonym umyśle”, niż praktykę islamu, gdy ukrywa się i wypiera wiary, jeśli życie jest zagrożone. ↩︎