τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Oddech w kabel!

Ludzie są nieustannie zabijani, poza tym był to depresyjny człowiek. No nie ma typa, gdzie teraz iść? Nie wiem. Włóczę się, idę do znajomego, siadam, palimy i utyskujemy. Przychodzi dziewczyna i rozkłada się na moich kolanach. Chce się całować – ja nie bardzo, śmierdzi mi metyloaminą z pyska. Sól zaczęła się rozpadać, topić, toteż wali ze mnie zgniłą rybą, ale ona rozchyla usta i ma równe, białe, zęby. Wysuwa język, jakoby monstrancję! Tamże nie był opłatek… Gładzę kolana, wsuwam dłoń pomiędzy uda, ściągam zębami psychopharmakon; gryzę i połykam, popijam dwusetą, się pieścimy. Szepczemy.

150-200 zł za dobę!

Trzeba czegoś na dobitkę. Jej oddech zapierdolę sobie w kabel! Gest rzęs zdał się ostrogą, żga mnie słowo, jakby palec. Nie mogę się zakochać, kochać i się kochać… Pragnę żyć! Lecz byłaby to straszna śmierć; zostać żywcem zjedzonym, być zamęczonym, lepiej spłonąć, ale nie kochać. Pokochać się wzajem i być dalej samotnym?! Powolna śmierć. Trwoga. Wiem! Profesor z Warszawy – Żyd i Niemiec – odejmie mi przez nos, szpikulcem do lodu – jeszcze lepiej Szwed – tę część mózgu, duszy – socjaldemokrata. I będę żył, nie umrę, i wszyscy będą się cieszyć.

Udało się, jest wódka, są kwiaty, chleb i sól; przed kamerą rzewnie ściskam rękę lekarzowi, matka szczęśliwa płacze, ojciec zabił wieprzka. No to idę się przejść. W knajpie grali jazz, wolałem się wraz z nim ulotnić. Zdawkowa rozmowa, limes na mapie, parę piwek. Wraz z dniem światło rozważań się domyka, brakuje skali dla nie wiem. Nocą, tętent euforii, kolektyw wrażeń, wszechświat uprościł się w punkt. Przez kogo nie śpisz?

Przez polaka kurwa, a nie babę – Chile, Hongkong i Rożawę! Słyszeli za kasami, na produkcji i u ciecia, lecz naprzeciw im zmajstrował się groźny szpaler. Stoją producent worków foliowych, sołtys i żul w mundurze. Tulę dwusetę w bramie podziwiając impet suki – tnie prosto na transparent! A motłoch się rozbiega. Zewsząd wrzeszczą, piszczą; ktoś podaje banię, bonio, mołotowa! Ostatnie zda się – szmatą obetrę sobie nos, benzyną usunę grzyba na niedogrzanym kwadracie.