Art of Trance: Wtargnięcie absolutu w czas

Piękno rozszerzonych źrenic, niby krzta czarnego jadu co zastygała, ciągnąc się, wskroś tafli krzepnącej krwi; potopiło wyliniałe cząstki mnie, tym samym podnieciło łaknienie życia, jakby śniadym czarem południowych mórz, powabnym kwefem, wschodem Afryki poniżej równika, tamże tembr śloki może objawić janusowe oblicze. Bywa, że za wzniosłą mądrością skryto moralny nakaz odpuszczenia sobie i światu, aby rozpuścić jestestwo w utopii pogodnej duchem ludzkości, lecz mnie żyły znów goreją juchą, wolą triumfu nad przeznaczeniem… Nie chcę już czytać o konserwatywnej rewolucji bądź greko-buddyjskiej sztuce Gandhary, o czymkolwiek, odmawiam także ideologicznej pisaniny. Byłoby to pęknięciem biegnącym wzdłuż fundamentu bytu? Życzyłoby się sobie, aby wstrząsy sejsmiczne okazały się sprawką Erosa, skądinąd światło dobiegające z wyłomu odbiło w zwierciadle prawdę, skoro nadeszło ciepło jego lata, toteż myśli zaczęły błąkać się we mnie, niby insekty po ścianach, siadać łapami much na słodkim od potu ciele, kiedy człowiek, JA, tak dogorywa, już się nie odpędza.

Piękno zwężonych źrenic.

Ileż można czytać przedśmiertnych majaków tych co przechadzają się wśród ruin pałaców piękna, doznawać artyzmu wzbudzającego zazdrość pośród niezdolnych do zabicia siebie, mimo ich erotycznego stosunku wobec samobójstwa? Zadręczenie mózgu powinno wywołać wymioty, ekspresję! Wolę niemo popatrywać na ścianę, ukrzyżowanego, wszakże wydłuża to psychologicznie czas pomiędzy zmianami. Toteż wzniesione potęgą czasu zabudowania jestestwa, drażniły poczucie estetyki wapieniami piwnic, podmurówek, a wyżej szlaki, nagiej cegły silikatowej, jakże to częsty widok, tych domostw pobudowanych na Jurze, zaraz po wojnie. Nieopodal piętrzyły się snopy minionych wrażeń, przeto upadłem, niejako symbole spiętrzone pokoleniami – mgnieniem epoki – nienakarmione żywotem młodzieńców stoczyły się w czeluść lamusa. Skaza na licu podobna dwóm tysiącleciom kazań o grzechu pierworodnym. Jest to agonia w apatii, kiedy codziennie, nieustannie, wychodzi się i powraca, sprząta i gotuje. Kwantum wolnego czasu poświęcone obowiązkom jest nazbyt sute, w międzyczasie własne ciało wiotczeje.

Praca najemna niosłaby za sobą metafizyczny sens, gdyby żyło się w patriarchalnej utopii. Tamże nie ma się trosk innych od spóźnienia na wieczerzę. Narkotyk działający w dwójnasób, wpierw indukcja „starych, dobrych, czasów”, wtem ułuda możności ponowienia ich w przyszłości, byleby dostatecznie, wiele, włożyć wysiłku. Udawałem się do tego, jakby do ukochanych stron, nim doznałem kieratu, aż do nudności z przesytu. Taka perspektywa odbiera mnie człowieczeństwo. Nie łudzę się nadzieją, pragnieniem nieodkrytych krain, jest to zniesienie siebie za sprawą funkcji biologicznej ciała, wynika ona z ograniczenia rzeczywistości tak, jak konieczność oddychania. Cierpię nie mogąc pisać, dlatego że zaraz zasypiam z wycieńczenia, a nie chcąc spać, by móc wykrzesać parę swoich zdań bądź dowieść, iż jeszcze nie sfellachizowano mnie bowiem posiadam czas na sprawy jakie powinny być zbędne w ogólnym mniemaniu, skoro tkwię gdzieś na pograniczu bytu robotnika, losu lumenproletariatu. Temu służą rozmyślania, w swojej substancji odpowiadające raczej intelektualnemu sznytowi niźli proletariackiemu biologizmowi – anarchistyczna Hiszpania mogła stanowić konkurencyjny ośrodek ideologiczny względem Związku Radzieckiego, byłoby to istotne dla mentalnego zdrowia europejskiej lewicy. Niemniej ja i tamto było możliwościami życia, co nie zaistniały dłużej jak Tymczasowa Strefa Autonomiczna, opisana przez Hakim Beya. Mimo wiary we własne dobro, w proces polityczny. Nastrój rozważań w samotności wyjawia skalę oblicza psyche, tyle że jest to przykład bezznaczeniowości działań. Rewolucja jak i reszta wielkich, życiowych, spraw, o randze miłości, nęci ideą, lecz stają się synonimem niewdzięcznej materii w jakiej przyszło rzeźbić. Chciałoby się widzieć Laurę bądź Beatrycze, wolność i sprawiedliwość, a pozostaje zaklinać rzeczywistość bądź się wyalienować. Póki jest możliwość to radzę sobie farmakologizacją egzystencji, wtedy wewnętrzne skupienie, jasność wyboru, pewność celu, za sprawą psychopharmakonu, zaczynają znaczyć więcej niż seks. Wyniszczające zejścia z psychonautycznych rautów, tysiące utopione w ruletce, nieodłącznie wiążą się z owymi mgnieniami poczucia drobnych, lecz duchowych, zysków. Pragnę namiętności napięcia. Ceną własne życie, ów drugi koniec kija – niespanie, niedojadanie, ciągła praca fizyczna? Płacę bez zastanowienia. Zależnie od kontekstu jest środkiem bądź ersatzem.

Rozumiał to Renzo Novatore który mądrze obrał styl życia kryminalisty, a w swoim anarchizmie nie tylko odrzucał kapitalizm, lecz buntował się także przeciw socjalizmowi. Nie mógł znieść, że ktoś stoi nad nim, iż ktoś posiada, a on musi potulnie pracować, nie wykraczając poza spiżowe prawo płacy, wszakże urodził się jako syn rolnika, nie arystokraty. Jego lektury i śmierć w strzelaninie z policją, w wieku chrystusowym, okazały się większą poezją od kilku celnych metafor, spostrzeżeń, ujętych „W stronę nicości”. Mimo że przed poborem uciekł w góry, z pistoletem w ręku, to pobrzmiewa u niego to samo rozczarowanie co u Jüngera. Wojna światowa nie obdarzyła nas „świeżym porankiem” i „heroiczną sztuką”, kiedy podpisano pokój w Compiègne. Samemu nie pragnę wolności, mam na to zbyt suwerenny charakter, ale pozbawia mnie to polityczności.

Zadra w sercu co dzień wyszarpywana szponami namiętności? Być może wyrażenie na wyrost. Niegdyś wielkie kolosea życia, dziś rumowisko w jakim grzebię z muzealną żarliwością. Pozostała jeszcze odkopana w gruzowisku stela, połamana dziejami, pędzel odsłania frazę urwaną w hemistych. Wyszarpałem ją z siebie na modłę hien cmentarnych, okazała się ogranym stwierdzeniem, nie widokiem na miarę dysku z Fajstos. Nadzieja na przesilenie, intelektualne wzbicie się ponad epokę, umiera, a wraz z nią ułuda wersów będących moją sprawką, jakich lekturę porównuje się ze wstrzyknięciem poezji bezpośrednio w płyn rdzeniowo-mózgowy. Prawdopodobnie samemu zamordowałem tamtego-ja, okoliczności zdają się niejasne, nieraz zdarza się mnie posłyszeć echo, krzyk, tamtej zbrodni.

Miłość nie byłaby szczęściem? Czymże jest miłość w takim razie? Tym co jest pomiędzy nami. Proszę przypomnij sobie czwarte zdanie?! Wypowiedziane odeszło nam z głów, pozostało wspomnienie chwili spojrzenia, moment uśmiechu. To w nim skrywał się, być może nie klucz do absolutu, lecz rdza, gwiezdny pył, co opada po wsunięciu, przekręceniu zamka bram któregoś z rajów, on znaczy dłonie stygmatami. Jakby furia z jaką grał Villeman na swej harfie była dwakroć silniejsza, toteż jemu właśnie odebrała moc, szczęście przyobiecane runami, a nie trollowi co porwał Magnhild. Baśnie i legendy nie znają tego typu rozwiązań, ulegania samemu sobie, przez co niemożliwy jest morał. Tak zespolić się z piórem, instrumentem, iż stanowi się jedność, aż słowa rozpadają się w wyznaniach, ukazując nagie napięcie erotyczne chwili. Oto powód niezapisanych kart, niemożność werbalizacji, zaledwie atrament starty na proch, atomy.

Odmienny jest przypadek kulturowych narkomanów, jednostajnego wyrobienia, szczególnie syntetyczność zajmowania się sztuką, od przypisu do przypisu, bez związku własnej biografii z produkowaną przez siebie bibliografią, rozumiane przeze mnie jako cecha naukowości, sznyt czasopiśmiennictwa, beznadziejne ziszczenie krasomówstwa o dziele bez możności jego tworzenia. Nie wykraczając poza mieszczański styl życia traktują radykalne formy egzystencji jako element popkultury bądź okowów patriarchatu. Tragiczność form bytu tych co dostąpili Parnasu strofują zwyczajowym epitetem empatii, sloganem sprawiedliwości społecznej, agitacją na rzecz większego budżetu państwa, dlatego że problem artysty rozpatrują na płaszczyźnie koncesji, otrzymywania grantów, a nie praxis. Bardziej bywali posługują się psychoanalitycznymi kalkami. Nie rozchodzi się o komunizowanie, większość moich duchowych nauczycieli było za życia ikonami lewicy, choćby Albert Camus, ale o nierozerwalny związek między osobą a jej dziełem. Jednym z paliw dla wielkości Orwella i Audena był ich wyjazd do Hiszpanii, tamże wzięli udział w wojnie rewolucyjnej. Istotność owej chwili rozpatruję w świetle stylu życia, w gestii imponderabiliów, to jest pożądaniem namiętności, momentu intymnego napięcia, odnajdywania ujścia w skrajności i niecodzienności zachowań, przez co stanowią bodziec prowadzący ku treści jakościowo różnej, skoro wiedzie się ułożone bądź poharatane życie. Jeśli moja interpretacja jest błędna, zważywszy na faktografię i charakterologię, to jest to metafizycznie nieistotne, wszakże zawiera się we właściwej mnie wrażliwości, dlatego czytałem bowiem nastroiłem percepcję na konkretny zestaw cech. Wszyscy tak czynią, tymże jest smak estetyczny, ale bez świadomości konsekwencji jakie idą w parze. Ktoś stał się komuś atrakcyjny intelektualnie „dlatego” a nie „pomimo”. Napisałem wiersz, taki a nie inny, nie powodowany tytanicznym wybiciem się ponad charakter mojego bytowania tutaj, czyli uwarunkowań socjoekonomicznych jakie determinują typowe horyzonty intelektualne, ale za sprawą niego. Także niektóre gatunki muzyki mogłyby nie zaistnieć bądź nie rozwinąć się dostatecznie bez narkotyków, mimo że idole młodo umierali. Odmawiam też odcinania przestępstw autora od jego dzieła, jest to wyłącznie wymówka ludzi świadomych politycznie, a więc szczególnie podatnych na trybalizm implikujący niemożność jawnego zajęcia się czymś lub kimś, bez rytualnego okadzania na pierwszych stronach. Wyjątkowo irytująca maniera obiektywności na pokaz… Mimo przedmiotowości stylizacji literackich to nie sposób potraktować czyjąś powieść jako zupełnie abstrakcyjną, w znaczeniu żądania niedoszukiwania się prywatnych przeżyć pisarza w jego książkach, nawet fantasy. Inaczej tonęlibyśmy w plagiatach lub sztampie, zauważalnie poważniej niż dotąd, przez co literatura zmarłaby wieki temu. Oryginalność utworów zasadza się na odmienności ludzkich losów. Nie jest to wiedza tajemna, ale bywa przeoczeniem – widząc, jak zapisano, objawienie Mitry bądź Amaterasu wraz z następującymi po sobie brzaskami.

Byłoby to spojrzeniem kobiety? Pragnąłbym choć raz tak wejrzeć nią we mnie, gdy ta dziewczęco skrywa się za uśmiechem, co promienieje czerwonym kręgiem Słońca zachodzącego w oceanie, jakby niknęła w skorupie żółwia. Innym razem mieni się oczami Matki Bolesnej. Udręką był poród, gehenną nastała świadomość, iż jego życie usiało się nicością. Teraz płacze w kącie łzami żon alkoholików, co nie dbają o dom i tracą pracę. Nie ma się nic, prócz żalu i wstydu. Zupełność kobiety co uosabia Persefonę. Uwikłanie w miłość bywa zejściem do Hadesu, nie powrotem wiosny, zbudzeniem kwiatów.

Monotonne sekwencje egzystencji odmawiają mnie transcendencji. Urodziło się jednowymiarowym, pozbawionym kapitału, a dłonie drętwieją skoro bierze się życie we własne ręce bowiem wyrywa się z niedoli, jak ten pies co go ktoś wywiózł do lasu i zawinął mu pętle wokół łba, wtem zawiesił na gałęzi, a on wydobywa się piszcząc, tym bardziej zaciskając węzeł gordyjski. Wahadło woli nieustannie wywraca psyche podziwem dla widoku, ćwiczonego w znoju, własnego mięśnia duszy, to zaś melancholią utraconego czasu, ponieważ życie przecieka przez palce, toteż dłonie brudzą się rdzą zapowietrzonych rur, im trwanie jest bardziej ściskane, z powodu tęsknoty za pięknem spraw, nie ich treści, ale określonego porządku w jakim zachodzą.

Różnica życia od Życia, rozumianego jako jego idea, zasadza się na fakcie śmierci co powtarza życie, obietnicą podglebia, którego warstwa porosła, opadającego tysiącleciami, listowiem. Kwiat mojego życia rozwinął się, niby powykrzywiany deszczami, nieuważnymi stopami zakochanych par, co nadłamały go w połowie łodygi, a ryjące stworzenia wydały korzenie na żer słońca. Lecz dość w nim krzepkich włókien, jakich struktura wciąż promieniowała, ożywczą siłą majestatu cyklicznych zasiewów, wzejść pąków, by u kresu koła czasu przylgnąć śmiertelnie do ziemi, coby wzbogacić mną glebę, jaka wyda następne pokolenie tak, jak minione generacje przekazują kolejnym, my swoim dzieciom, zbiorowy archetyp współistnienia poprzez historię, dziś skrzętnie wydobywaną z gruntu, a dalej katalogowaną, z antykwaryczną pasją, aby nie zatracić, choć cząstki, owego mitu.

Darząca moc życia nadaje sens, tu i teraz, jeśli nie dalszym staraniom, to trwaniu pośród cierni współczesnego świata. Kolce nie zabijają jadem, z wolna czy od razu, doskwierają nazbyt uciążliwie, wprowadzając zamęt ułudy „lepszego życia”, tam gdzie istnieją już zdrowe podstawy bytu. Jest to przyczyną cierpienia podejmowanych wysiłków, by podtrzymać życie, a przecież żywię tęsknotę za Życiem. Pragnąc tego bym nastał „(…) wtargnięciem absolutu w czas” (Stało się to frazą jakiej pozazdrościłem Jüngerowi, z językową pasją „Fal” Virginii Woolf, unaocznioną w postaci Bernarda), znienawidziłem pracę, domowe obowiązki, zaś bycie z kimś, pośród ludzi, zaciążyło poczuciem straconego czasu. Jeśli jest w tym jakiś zysk, to jest nim sporadyczne umożliwienie psychonautyki, za sprawą pieniędzy i znajomości. Przez to narósł we mnie bunt wobec mieszczańskiego stylu życia. Tym dziwniej, iż wzmagało się to, im bliżej znajdowałem się wieku w którym mężczyzna osiąga swoje akme. Zwyczajowo osiada się wtedy na laurze zadowolenia z tego co się posiada.

„Praxis anarchy”, 18.02.2019, Kraków.