Górna Engadyna. II.

Boże, ta poczta w Niemczech działa jak w Polsce — list dopiero na sortowni w Lipsku; ja to teraz koń trojański liryzmu: wpiekłowzięty utraciłem ów moment w rozłące, zmusiłem się rozbić figury w kościele, ukrzyżowałem się w pojedynkę, uprzednio przerażony pięknem dnia — błękit czystego nieba, a w jego polu fleur-de-lys wzywa „państwo roślin”[1] pod sztandar dalszego życia; żyję jakąś pierdoloną nadzieją, nastrój powolnej erekcji; zgiętym przedramieniem przysłoniłem oczy tak, jak kobieta z płaczem wychodzi od fryzjera, tyle że ją opromienia ciepła, poranna, świeca — czuje się piękna. Zasnąłem. Żachnięcie nocą. Ciemno teraz, niby piąta — stłumiony gwaszem brzask; zerwał się wiatr, kwiecień przysypał mnie śniegiem, mimo że oduczałem się już spać w przypadkowych godzinach; w pismach Nietzschego odnalazłem eufemizm pogoda Greków[2] — ich „szczęśliwe” życie przerwane wieszczą poezją, wzmożone najazdami Persów, toteż wystawiają tragedie. Pojąłem, że potrzebuję dopisać własną komedię, w meander zbiorów bibliotecznych, aby dystyngowanie się kurzyć, tyle że nie umiem siąść i pisać, marynuję tekst południowymi przyprawami; czekam, niejako na kochankę, szepczę dwa słowa za uchem — mój oddech co żga ją w kark; świst bata popędza trojkę, nie zginie w sumiotach; Jesienin.

Co prawda nie mam muzyki do swojego libretta, lecz wyłom stanowi tutaj Erik Satie i jego cykle fortepianowe Gymnopédies i Gnossiennes, nadto temperamentem wpisuje się także Fryderyk Nietzsche z Eine Sylvesternacht[3], który w swoich pismach pobrzmiewał jako muzyk, a nie tylko lekarz stawiający Europie diagnozę. I ja postawię swoją: Richard Strauss musiał się poważnie pomylić podczas komponowania Also sprach Zarathustra. Bije z tego nadmierny patos, sztucznie wydłużany, jakieś teatralne napięcie, jakby suspens. Wiadomo, że Nietzsche zachwycał się muzyką Georgesa Bizeta i kiedy słucham jego L’Arlésienne, mam tutaj na myśli pierwszy utwór, preludium (Pochód królów), to odczuwam, że tak musiało brzmieć zejście Zaratustry z gór, jego akme po dziesięcioletniej samotności. Mówiąc bardziej obrazowo, to Strauss pasuje jako ścieżka dźwiękowa do sygnetu Batmana, wyświetlanego za pomocą reflektorów, a preludium Bizeta do naprzemiennie zmontowanych scen podróży bohaterów filmu fantasy, z lat osiemdziesiątych. U Bizeta można poczuć, tę lekkość stóp Zaratustry, jego radość, wszakże nie schodził karać ludzi, ale ich obśmiać.

Stąd twierdzę, że pisarze i muzycy są innej rasy. Dźwięk jest afektowny, modulując tembr wywoła się żałość bądź uwielbienie, podniesie się alarm, toteż człowiek słyszący śpiew albo widzący obraz, od razu poznaje, że jest to d o b r e. A tekst? Wymaga analizy i interpretacji, frazy jaką nieustannie się edytuje, aby zbliżyć się ku doskonałej formie. Czytając książkę, prozę wysokiego modernizmu, poznajemy bohaterów lirycznych tak, jak byśmy kogoś poznali realnie. Podczas lektury ma to miejsce w ciągu godzin, dni, w rzeczywistości zajmuje to lata. Dlatego nieraz wywołują oni w nas emocje bądź traktujemy ich lepiej i wyrozumialej, niż kogoś kto naprawdę żyje. Przypadek czytelnictwa pulpy literackiej, jest jak losowa i nieznacząca znajomość. Czy czytanie jest więc drogą na skróty, niemożnością budowania długotrwałych relacji? Rozumiałem, iż musi mnie przeczytać, by pojąć tak, jak ja poczułem ją, albowiem mówiąc zdawało mi się, że jestem podobny do widoku kwiatów co delikatnie opadają z drzew, wraz z wiosennym tchnieniem; poza chwilowym upojeniem nie pozostaje nic, a Arystoteles jest od tysiącleci istotny, mimo że jego ciało obróciło się w proch, jest wciąż żywy w naszej pamięci, choćby przypisami — oto życie pozagrobowe.

Ocknąłem się o swoim zachodzie i na domiar złego, paląc peta zza firanki, patrzę przez okno na knura obejmującego młodą Tajkę, kupił sobie ją na wczasach, teraz ją obściskuje obok Audi; moja gęba to nieoheblowana deska, trzydniowy zarost wyraża pogardę wobec ludzi, czego nie wypowiem to wbija drzazgę w serce — podówczas Gisèle mówi wredny kutas, z tą jej emfazą, co mnie aż tak podnieca. Po czym wróciłem do chłodnego atelier, zrzuciłem z siebie marynarkę i założyłem kardigan, położyłem się na tapczanie i wglądałem w pustą ścianę, niejako ciężko leżąc rauszem. Niegdyś powiesiłem tam wielki plakat z Florą Fischbach, aby ucieszyć Gisèle i dokonać zmiany w otoczeniu, co samo w sobie zadaje kłam apatii. Lubiliśmy jej muzykę, naszą nową Siouxsie. Niegdyś nie mówiliśmy ze sobą, tylko puszczaliśmy jej koncert nagrany w teatrze Bataclan, gdy wylegiwaliśmy się we wzajemnej słabości.

Wtem siadam i piszę list, i czuję się, jakbym ubrał koszulę z szerokimi rękawami na końcach — gęśl nurza się w inkauście, aby odegnać złe, aby utrwalić efemerydalne, jak wtedy, gdy na melanżach siedziałem zwykle na uboczu, notowałem, a zmanierowane lafiryndy podchodziły — wielkie słowa małych ludzi — zdegustowane mną odstępowały; przyjacielowi sponad szklanki i zwijki odpowiedziałem, że jego dziewczyna zamknęła się ze mną w łazience, tylko, dlatego że miałem kokainę, speeda to waliło się już na kuchni. Porobiony zatapiałem się w ścianie i pierdoliłem, bardziej do siebie — Jak wrócisz mogę przedzwonić, ale będę dziś stękał i słuchał cię co najwyżej, w sensie, nie jestem kompanem do rozmowy, ale mogę się naładować twoim głosem. Dotychczas kompletna pustka, ale teraz czuję, jakbym bronił murów oblężonego miasta, iż zakochałem się — tak intelektualnie, jak podejmuje się dzieło teorii naukowej i czyni z niego opus magnum, dzieło życia. Nie przeczę. Jest to bardziej na poziomie duszy, a nie komórki; ćpuny mówią — „wjebałem się”:

Klucze, 30.03.2021

Droga memu sercu Gisèle,

Darowałem sobie „Jedyną Duszę”, mimo że znalazłaś mnie w sklepie ze starzyzną, przerzucając kosz z pierdołami za dwa euro, toteż pragnę nogami zajadać ziemię — Tak iść! — Podobnie karmi się palcami, poniekąd wspina się wraz z czyimś oddechem, aby wypić oczy, zamknąć kawę i objąć włosy, jak i pocałować talię albo na odwrót, byleby wbiec wargami po schodach żeber, gwoli zdyszenia się wzajem. Troszkę egzaltacji nie zaszkodzi, niemniej Twoje usta to mój nowy dykcjonarz — zredagowany po reformie językowej, gdzie przesunięto akcent, zaś pewne słowa uznano za niemodne archaizmy, teraz Jakób pisze się przez u otwarte. Niegdyś będące mi bliskimi, słowa:

Dotąd nieznaczne czynności ciała — uczę się chodzić, żeby już nie stać jedną nogą, bodaj pójść do Twojego nieba, co mi zaleciłaś, ale dzisiaj nie wychodzę — choroba woli; mam szczękościsk, nawet pijąc kawę, zaś w oczach lata świetlne pustki. Nocami odmienne samowidzenie, w dzień tak bzdurzę, tyle że nie myślę teraz, o sobie samym bądź własnej śmierci, lecz roję inny wobec pozostałych rodzaj stresu: blat, a na nim nasze łokcie, piętnaście centymetrów ciszy pomiędzy dłońmi.
— Dlaczego tak się patrzysz?
— Żeby się nie odzywać.
Moje milczenie powinno się widzieć w spojrzeniu matki nad śpiącym dzieckiem. Niemowlę, zbudzone ciężarem troski, rozdziawia usta, wciąga powietrze i wypuszczając je wzdycha, jakby przeciągle gwiżdżąc, wydaje z siebie okrzyk radości — zew życia, a matka serdecznie się śmieje. Nim weźmie je na ręce, małe, nie umiejące się jeszcze podnieść, gaworzy, prędko porusza rączkami i nóżkami. Ująłem Ciebie, słowami, drżąc, jakoby o noworodka, a odkładając, moje ciało spowiło nieutulone zimno; wtedy Zaratustra zawrócił w swoje góry.

Spójrz! Czytałem listy Rilkego, to moja jego jadowitość; Malte: Deszcz pokrapuje, palę papierosa w kuchni i spoglądam przez okno na dwie kuropatwy. Są szare, z racji tego samice. Że też, dotychczas, nie uświadomiłem sobie, jak obecnie, iż u ptaków dymorfizm płciowy wyraża się odmiennie, niż u ludzi — samiec stroszy piórka, robię to teraz i ja. Uczyć się widzieć, patrzeć; patrzę jak sroki uwinęły gniazdo, na wiotkich ostrężynach, czymże to wiatr rzuca, jakbym się trząsł w delirium albo ukazywał siebie w febrze. Pewnie dlatego nie spada, tylko się gnie — nie złamie; ani chybi mnie, Twój prawdopodobny zachwyt nad ptakami wspólnie urządzającymi gniazdo, runąłby mną pod długie nogi. Wyżej, z wolna, podnosiłoby mnie migotanie powiek, refleks ust na lustrze uzębienia; Ty to jesteś plecak Stachury, wiersze i wspomnienia o podróżach. A ja? Pompatyczny obsesjonat.

Nie należę do ludzi, którzy odbierają mu wielkość i nazywają go oderwanym od rzeczywistości, jak w „Kulturze liberalnej”. Istnieje tendencja do odbrązawiania, o jakiej nie jestem w stanie szczegółowo się wyrazić, skoro mam to ręcznie przepisać i iść na pocztę, a także na spacer, abym zaczął zdrowieć.
Najważniejsze jest to, że nie było jego słabością, iż nabrał genialności dopiero w związku z Lou Andreas-Salomé. Szkopuł tkwi w tym, że nie istnieje samotny geniusz tworzący w oderwaniu od poprzedników, innych ludzi, a zwłaszcza kobiet. Fakt, że zwrócił na siebie jej uwagę, jest tu najistotniejszy — od tego się zaczęło.
Zwróciłaś na mnie uwagę.
Odwzajemniłem.

Mojej wzajemności dowodem jest ten list.

I nie bój się, pamiętaj, że mimo wszystko to Ty prowadzisz mnie za rękę, wzdłuż klawiatury fortepianu — pleców, brzucha, Twoich ramion, dłoni.


  1. Ernst Jünger, Na marmurowych skałach. ↩︎

  2. Friedrich Nietzsche, Narodziny tragedii. ↩︎

  3. Michał Bristiger, Nietzsche jako kompozytor : (kilka uwag po lekturze jego utworów). ↩︎