Juliette. III.

Tęsknie za kimś i patrzę jak słońce zachodzi, palę peta. Zachodzące słońce jest obietnicą jutra, nawet jeśli ono jest moim końcem. Mam awanturnicze serce, a ci co mówią, abym się ogarnął – są łajzami, są słabi. Zwykle. Nie mieli odwagi ryzykować pieniędzmi, ciałem i życiem, wolnością i reputacją. Co będę robił kiedy przestanę ćpać i pić, grać w kasynie? Nic. Co się stanie jak pierdolnie mnie policja? Poczuję ulgę. Kto mi będzie zajeżdżał rakietami do puchy? Nikt. Jeszcze na dołku, pierwszej nocy, pogodzę się z możliwością, że to nie jest doba hotelowa albo cztery osiem i będę miał na to wyjebane. Przeżyję zwałę i skręt, wyjdę bez floty, materiału i telefonu, więc walnę na jumę i zrzucę się u żyda, biorąc po drodze peta z chodnika. Skąd się dowiedzieli o mnie? Z rozjebania.

Noir

Miałem dobre tempo, ale karma powróciła i wyłapałem od życia plombę, a potem drugą, trzecią, pomimo wzniesionej gardy. Na farcie wyprowadziłem kontrę, niemniej wylądowałem na deskach. I czekałem tylko na buty w żebra, w łeb, gdy w tle ujadały kundle, suki wyły na sygnale. Była chwila, była potrzeba. Był głód. Był rausz, była kobieta.

Nie myślałem, tylko spoglądałem za niemrawym ruchem wychudzonej dziewczyny, która snuła się pod arkadami, mimo że mnie nie zauważyła i nie, dlatego że siedziałem na uboczu wsparty o kolumnę i skręcałem szluga, lecz tępo się patrzyła donikąd. Cała wypalona z neuroprzekaźników, białka zwierzęcego i minerałów, choć sprzedałem jej niegdyś amfetaminę i ewidentnie znów jej potrzebowała. Mnie zaś paliła rura, temu nie krzyknąłem. Wprawdzie podobała mi się, niemniej samemu musiałem wpierw dać po nosie, jak i w szyję, no i na dobitkę przygrzać w kabel, w ów przy nadgarstku lewej dłoni, aby zachciało mi się z kimkolwiek gadać, a co dopiero z nią, skoro miałem się jeszcze zrzucić z fantów u żyda i czułem się zmęczony brakiem stymulacji, opadłym napięciem walenia na jumę, na rympale, bowiem głód zajrzał mi w bebech. Z nagła refleksję przerwało mi wrażenie, że ona jednak kręci dupą na ten sam bajzel co i ja?! No bo gdzie tu mogła iść? Z pewnością nie do sklepu dla plastyków, tylko do apteki po sprzęt, po czym skręcić za winklem i pójść, już prosto, w kierunku Wisły.

Rzucam kiepa na jezdnię. Idę! Walę bok, w noir Kazimierza! Przede mną tafla witryny jest wyraźna; czuję się jak na filmie. Widzę płomień, co wysoko strzela – płoną listy, tlą się wiersze; podąża za mną dwóch byków – zielona flanela i czerwony Jordan – już ich nienawidzę. Purpurą zachodzi villa romana, ekwita pogania niewolników, grozą ruiny nastaje brzask; gram wariata – zwalniam, się odwracam i patrzę na przepalone ketonami ryje. Nazajutrz, ponad dogasłą kalenicą, gwaszem liliowca pomału się trze niebo; z wnętrza rozchłestanego płaszcza wyciągam brechę i skaczę! To słońce, niby girlanda, skrzy u zarania; dwa ciosy i leżą, biorę telefony, liczę pęgę z portfeli. Blade mam lica, niemalże pańskie, tułam się myślami: piłką po rulecie, ferworem kości wzdłuż stołu, cwałem koni w hipodromie; zrzucam się z jumy u Króla Cygańskiego. Szczujemy przeciw sobie koguty, brzęczy moneta, wdzięczy się kur – krwią przebitej gardzieli, pióropuszem ognia. Trzask rzeźb wskroś perystylu, zawiniony ręką Traka, wzwyż atrium niesie się ku dali. Nie tego chciałem, nie tego czekałem! Gnaty zdają się puste, mięśnie zerwane, jednak dyktuję Grekowi proskrypcje – Mandata captate! – teraz inny mnie strzeże mur – Agmen formate.