Seemann

Ja? Galera we mgle; Seemann; na Turkach w Koroni straciłem wiosła, wybiło to lwu św. Marka jedno z greckich oczu; moment zgrzania, gdy patrzę wskroś umalowanej złotem powieki; szkwał z moich oczu gasi ogarek bowiem podaje uszminkowana, pięcioma milimetrami, śniada ręka. Żaden punkt g, ani złoty deszcz - tylko juma, ćpanie, miłość; nic na łasce! Serce zabiło, jakby kolbą o wnętrze piersi; zabito - Przede mną nieodwracalne! Nikogo! Trismus - tyleż z pozdrowień, skoro urodziłem się w nowiu… Dopaliłem peta; spadł popiół, ze mnie Ikar. Jeszcze ta uporczywa chęć zadania ciosu, zadzierzgnięcia paska od spodni. Pamiętasz? Tak wybił gejzer przed dwunastu laty, zanim wypaliła się pasja i wygasł Wezuwiusz pomiędzy nami… A teraz?! Nie wiem, spojrzałem w oczy kobiecie, kiedy wychodziłem o zmierzchu, aby zrobić jakiś kwit. Zwyczajowy dekagram białych wierszy, recytowanych Na pętli czy Pod arkadami, toteż móc pójść na browar do Loli, ale zadziwia mnie wciąż co to za niebieski kwiat, z nagła, wzszedł nieopodal mnie? Przestrach mojej duszy, skoro kolą mnie sople, cierpkie płatki lodowego błękitu, pośrodku nich czerń absolutu, skąd to, coraz głębiej i dalej, uwodzi mnie jaśniejącym fioletem na krawędziach… Zda się, iż już świta, jakby dłużej. Odkąd? Dlaczego mnie tak pochłania? Skąd te iniekcje słów, co tkwią wśród mnie, jak pięć pocisków w ciele Araba, na plaży w Oranie?! Bym mógł wspomnieć sobą, jakby indziej przeżyte życie? Że słuchałem wiatru i gromów, nocą, a nie jej oddechu; w nozdrza uderzyło petrichorem, stąd to wzrok zasnuwa mi opioidowa mgła? Zasnuwała; słyszę muzykę Rachmaninowa; ledwie mnie uderza, iż mówiąc o sobie używam zwykle czasu przeszłego. Na ten moment moje ciało napięło się w krzywą z marmuru i opadł na nie kurz, a to mnie tak paliło; ono zdaje się, jakby arą, co się równobarwnie pierzy siniakami, gulami, otarciami… Symboliczne jest to, że pierwszą piosenką jaką usłyszałem po wyjściu z dołka było “Clandestino” Manu Chao, dlatego że Annette jest “clandestino”, “ilegal”. Musiałem, wszystko to przeżyć, aby odmiennie, niż dotychczas, pomówić z Wioletą i mimo wszystko pozostaje to duchowym zyskiem, pomimo bycia biednym, jak Algieria; słodycz mojego życia to bletka o smaku lukrecji, konstatuję owe spoglądając przez okno, kiedy Księżyc opromienia chmury. Dlatego pozostało mi wyszeptać siebie, niemym pościeli i pokojowi - Chcę być dla ciebie, cały twój, dzięki tobie - wtulam się szepcząc, niejako spowiedź. Teurgia.

– Żegnaj.
– Bywaj Jane Eyre!

Nie umrę w spokoju. Ten wiek odmawia uczuć innych niż wyreżyserowany plastik filmów na żądanie, szkół pisania. Właśnie dlatego.

„Życie społeczeństw, w których panują nowoczesne warunki produkcji, przypomina olbrzymie zbiorowisko spektakli. Wszystko, co dawniej przeżywano bezpośrednio, oddaliło się, przybierając postać przedstawienia” - Guy Debord, Społeczeństwo spektaklu.