Juliette. IV.

Nie dane mi zasnąć, mogłem tylko myśleć o jego kutasie… Nanizał setki ździr! Upiwszy się wyłudziłem od nocy klepnięcie w plecy, co nadejdzie w dzień pogodnym uśmiechem. Powróciło wspomnienie. – Papieros, kreska i dwusetka! Takim cię lubię! A nie Juliette, Juliette, tylko Juliette! – Szczałem właśnie o mur, pośród syfilitycznego podwórca na Stradomiu, kiedy zaczął wypominać mi grzechy własnej namiętności. Zaś wychodziliśmy do baru, całkiem porobieni i znów miał czytać jakiś tekst, ja nigdy nie miałem własnego, ale zapragnąłem porozmawiać z drugim człowiekiem, bardziej jak beatnik narkotycznego jazzu, a tamże brakowałoby kogokolwiek, toteż udałem się do odmiennego lokalu.

– Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz – Wypowiedział się ku mnie tak Król Cygański, bardziej jak sufi niż mułła, a ja nibym się rozbił i zapłonął, pędząc bolidem wokoło motodromu; tym wśród mnie nastało, owe odsłonięcie Anètt, u progu Karawanseraju. Zewsząd słychać aplauz! Wtenczas życie wybuchło nowym uczuciem, skoro odgrodziłem się, niemalże limesem, wobec uprzedniej dyspozycji woli, co we mnie nastała, odkąd włóczyłem się, niby marabut wśród algierskiego interioru, byle z dala wobec francuskich katowni, ułudy Juliette, co ścięła mi łeb, jak nadużywanie teraźniejszości Yukio Mishimie. Juliette była moją Śakti, utraconym psychopharmakonem, nim runąłem w mrok, czerń, odtąd pieści mnie tylko Anètt. Niemniej nie istnieje miejsce w którym, by mnie witali i oczekiwali, nie zaistniała dotąd przestrzeń, poza światem przeżyć wewnętrznych, za którą bym tęsknił. Jestem nomadą, a wszelkie moje relacje z ludźmi pozostają tymczasowe.

Ja pisałem, a Juliette malowała, grymasami wskroś twarzy. Wpierw kreśliła szkic, wszystkiemu co powiedziałem i uczyniłem. Sobie i jej! Siedziałem niemo godzinami, kiedy parzyłem na ścianę, wzdłuż widnokręgu, gdy zakochany mówiłem, a we wzburzeniu milczałem. Notowałem strzępki naszych rozmów, aby zarejestrować dialogi. Wymagało to odmiennej przestrzeni, łąk jakie nie zostały pocięte nowymi domami, estuariami ekumeny. Bardziej rosyjski niż zachodni nihilizm, ten co wymaga carobójstwa i świadomości, że trzeba oddać własne życie, by mogło nastać coś nowego, mimo że nie wiadomo czym miałoby to być?! To Bakunin piszący w Bernie, Kropotkin opisujący Korpus Paziów i Syberię.

Nie chciałem bredzić, tym bardziej słuchać wyświechtanych frazesów, zresztą o czym miałem mówić? Kinematografia jest mi zupełnie obca. Wykonywałem biologiczne sekwencje nikotynizmu i alkonautyki. Zaszyłem się w kącie, jestem ja i notes, i ta blondynka dalej, zaczynam o niej pisać. Wyczekuję, aż Król Cygański wskaże na mnie, wtedy podejdę do stołu. Jest nas dwóch, robimy interes. On brunet, ja szatyn, obydwaj mamy brody, on przyciętą właśnie u golibrody, ja dwa miesiące temu, jestem blady, on lekko opalony – tylko kondor andyjski pobielił mu oczodoły, prosił bóstwo o dobry zasiew, jakie skrywa za okularami przeciwsłonecznymi, co przyniosły mu jakieś typy z miasta, z jumy. Wziąłem to za dobry omen! Nadto zna wszystkich nieudaczników z bohemy, stąd wzięła się jego ksywa. Mówi, że trzyma Anètt, gdzieś tam na zapleczu. Wykupiłem ją właśnie z haremu!

Widzieć miłość czyjegoś życia, jak ślicznie tak śpi, a potem bawi się mną, słucha mnie; moje rauty, moje życie, moje wniebowstąpienia! Pragnąłem jej warg tak, jak papierosa z rana, byleby zalać się wódą, jej smołą, wtargnąć dymem w opłucną i rozedrzeć tkanki trucizną! Albo mnie to zabije bądź otworzy przede mną wrota liryzmu! Wpiekłowzięty wrzałem giętym metalem, rozpalonym torowiskiem, tarciem kół, jego chrzęstem, niejako łamaniem zębów – butem, wymierzonym w typa kopniakiem, którego rzuca się o bramę kamienicy, a jak PIN się nie zgadza, to się wraca i bije go dalej!

Wchodzę do toalety! Tamże się melinuję i wyciągam na wierzch utensylia. Dobywam z samary psychopharmakon i opisuję nim na książce stożek; spod kopca widnieje napis „Eumeswil”. Przykładam kartkę z notesu, dociskam białe zapalniczką i ścieram je na proch, niby w moździerzu, jakby w aptece. Pozostało mi jeszcze użyć dwóch narzędzi. Karty do gry na automatach w kasynie i obciętej słomki. Inhaluję i nic mi nie leci z nozdrzy; czuję w gardle, to Juliette mnie karmi! Mrok kibla barwi się fioletem, euforią zapadam się w kafelkach… Juliette do mnie mówi!

Ja, gdybym umiała pisać, ograniczyłabym się do stwierdzeń. Trywialna tonacja miasta, wzięta z nowej fali francuskiej, jakże daleka od pozowanej fotografii, w lecie ustępuje światłu, w jakim dają się lubić poczerniałe kamienice. Ponoć ruinom Grecji i Rzymu dopomaga specyficzna promienność słońca, dookreślana krajobrazem. Cygańskie obycie osób, z pretensją do bycia światowcami, z racji ich wojaży, zezwala na cieszenie się architekturą, jak japońską sakurą. Aż docieka się prędkości opadania tynku, skoro pozostaje on niezauważonym? Zbyt szybko, by objąć percepcją, względnie na tyle powoli, że przestaje się o to dbać.

A ja, gdybym umiał malować, kreśliłbym kraty, klatki, maski i człowieka samotnego pośród tłumu, opuszczonego w domu. Gdzie zatłoczone ulice są jak rzeka, a postać ludzka siedzi na brzegu – on i ono bezwolne, beznamiętne, spokojne. Zaniepokojone, jak przyroda na moment przed burzą. Gdzie pioruny biją, już nie w dali. Słychać krzyk – Prospero! Eros śpieszy ręką, do kołczanu z powały chmur, tumani się niebo, łoskot gromu, napiętego o łuk nieba, sunie się w dół. Rozkoszuję się widokiem. Odłamki szatkują moją twarz, kiedy pełznę trotuarem, kroczę arteriami brudnej metropolii.

Za sprawą tego malowałem słowami, ale nie było powodu innego poza tym, aby to robić. Nasze dzieło stało się jednorazowe. Widziałem wokół ludzi, architekturę, a przed sobą pustą przestrzeń, w którą muszę runąć, ale się boję. Myślałem, że mnie podtrzyma, ale niemo się tylko patrzyła, a ja zachłannie kochałem jej oczy, gdy mnie jadły, jakby wprost z krzewu. Runąłem. Wszystko uległo zatraceniu, nie ma już dokąd pójść, ani kogo spotkać. Nie czuję nic, wypaliły się emocje. Muszę indukować je narkotykami.