Górna Engadyna. III.

Nic nie robię, jak siedziałem tak siedzę; niedziele przeczekuję, żadnych lektur, ani spacerów, myślę tylko o śmierci, wgapiony w horyzont ściany; apollińskie wyczekiwanie na karę dalszego życia[1]. Nihilizm jest w istocie depresją; — A Tobie jak czas przemija? (…) Przytulić mnie trzeba? Raczej zastrzelić albo wbić nóż, abym zdążył powiedzieć — Dziękuję — dobrze mnie wychowano. To słońce zza odsuniętej kotary jest takie zimne, kładę się i roję, że pójdę od razu się powiesić, jeśli ta słabość mi tylko minie — to jest słaniać się u konarów Matki-Ziemi; ponade mną korona z gwiazd dwunastu… Wstaję, aby puścić Hvernig kemst ég upp? Kælan Mikla, ponadto dostrzegam na ekranie komputera powiadomienie tekstowe. Gisèle przyjechała do ojca. Siadam przed laptopem, następuje czereda wiadomości tekstowych, tyle że boli mnie prawa dłoń, wbijałem zęby w palce, aby poczuć tępy ból, rozluźnienie, mimo tego łechta mnie miło, że piszemy do siebie zaimkami z wielkiej litery:

— Jest niedziela. Nie każdy zdążył siąść przed ekranem. Tylko o śmierci myślisz? Byłam na bardzo długim spacerze. Teraz wróciłam.
— Tak. Gdzie byłaś na spacerze?
— W lesie. Śląsk to jeden wielki las. Szkoda, że tylko o śmierci. Bo ja myślałam o Tobie i o tym co napisałeś wczoraj. Mam wrażenie, że Ci ciążę.
— Nie. Nie ciążysz.
— Przytulić Cię trzeba, w takim momencie.
— Zastrzelić albo wbić nóż.
— Potem. Najpierw przytulić. Cholerna poczta, te leki, tyle już w drodze.
— To nie leki.
— Raczej ich brak.
— Nie wydaje mi się, aby leki coś pomogły.
— Przeraża Cię to co przed Tobą.
— Nie, mam to w dupie. Co mnie to obchodzi, będzie konieczność, greckie ananke.
— Anankastyczny to od tego?
— Być może, całe nasze słownictwo naukowe i religijne pochodzi z greki, jeśli z łaciny to jest kalką z greki. Europa wydała tylko jedną kulturę, a wszystko co było później, żyło w jej ruinach.
— Ty tez jesteś wytworem owej kultury. Całkiem zresztą udanym — stawia emotkę uśmiechu.
— Czytam właśnie artykuł Güntera Wohlfarta, „Narodziny tragedii” Nietzschego. Stąd wiem, że mówiąc o czymś z przedrostkiem „pre”, to ludzie myślą, że jest to archaiczne, w sensie mało zaawansowane, ale to „pre” to od pre-eminence a nie precedence (góruje a nie poprzedza). Z racji tego powinienem powiesić się, jak ten chłopak ostatnio, co miał 18 lat. Jego powód jest mi nieistotny i niewiadomy, ale był bardziej męski.
— Nie rań mnie, proszę Cię o to. Może był bardziej bezbronny, czyli mniej męski. Przemek, co mam zrobić? Pomóż mi.
— Zrobiłaś już dość, żyję. A on? Miał dość zimnej krwi, aby odebrać sobie życie, a to czyni go rasowym.
— Myślę, że ja też już straciłam rację bytu, w Twoim odczuwaniu tego co istotne.
— Jeśli to prawda, to tym bardziej powinienem zaprzestać być.
— Sprawiłam, że żyjesz… Wątpliwa zasługa. Idę się położyć. Twój stan przenika mnie. Przechodzi jak przez sito. Nagle poczułam, że nic co między nami powstało nie ma dla Ciebie znaczenia.
— Jest niedziela, ja się tak czuję co tydzień. Odpocznij. Miałaś nie pisać do mnie, a się uczyć.
— Miałam pisać, tak myślałam. Wybacz.
— Miałaś się zająć sobą, tak mówiłaś – nauka, rodzina. Spacery.
— Czy Ty strzelasz dąsy?!
— Nie. Nie mam nic do powiedzenia.
— Zajmuję się nauką, rodziną i tak chodzę na pieprzone spacery!!! Ale Ty też jesteś. Nie jestem jak chorągiewka. Stworzyłam rdzeń, dla Ciebie.
— Wybacz. Wiem, że to rani, jak miecz obosieczny[2]. Wegetacja mnie męczy. Ale ja nie mogę, jak Ty czy on — przesłałem jej piosenkę KSU, Za mgłą.
— A Ty… W zależności jaka pogoda za oknem i tego czy zmienia się liczba mieszkańców w Twojej miejscowości… Tak, ktoś się powiesił, ale to nie jest żaden pieprzony znak. Dobrze. Zatem już nie przeszkadzam w przeżywaniu.
— Nie przeszkadzasz, rozmowy z Tobą to miła odmiana. Ktoś zauważa. Doceniam.
— Nie jestem żadną miłą odmianą. Doceniasz? Bardzo proszę.
— Gisèle to nie straciło znaczenia, ale to też nie przeminęło. Nie przeminie, jedno i drugie.

Na koniec mówię jej, że przepiszę nas na majeutyczny dialog w prozie, dzięki temu będzie miał opinię głębokiego; pisanie jest stawaniem się — nic ponad sam proces, nawet wydanie i jego czytanie; przerywam rozmowę, pochylam się nad edytorem, nad swoim esejem, niby o Nietzsche, ale jak zwykle o sobie i piszę przeżytym, nie będąc myślicielem tylko do zachodu słońca[3]. Kilka notatek:

Myślę i robię wszystko, aby nie myśleć i nie robić czegokolwiek związanego z doraźnymi i ważnymi życiowo potrzebami, toteż dogorywając popołudniu, rozważałem jakie „poglądy polityczne” miał Nietzsche, ale nie na podstawie jego prac filozoficznych, lecz listów. Bywa przeważnie, że jest się kimś innym, niż w oficjalnym piśmie albo znajomość życiorysu rzuca dodatkowe światła, a z cienia wyłażą kolejne elementy. Jednakże, w toku rozważań, uznałem, że wrócę do jego ogólnej biografii bowiem wybór „Listów” Nietzschego, pod redakcją Bogdana Barana, daje nam zawężony klucz. Ponadto doniosłe są konkretne frazy np. we wstępie do „Narodzin tragedii” – „problematu wiedzy na gruncie wiedzy poznać nie można”, tego typu zdania zamieniają pisarza w filozofa, a nie fakt objęcia przez niego katedry (antyczne „broda nie czyni filozofem”).

Zamiast stawiać go na konkretnej pozycji, należy raczej przypisać mu to gdzie stawiamy przedrostki „meta” bądź „trans”. Nie oznacza to od razu queer, ale krytykę dominującej kultury (mieszczańskiej, klasy średniej), która jest zestawem zachowań, a także wejrzenie wskroś, mimo że queer zawiera w sobie spojrzenie „poza dobrem i złem”, a także „przewartościowanie wszystkich wartości” (w wersji anarchistycznej np. węzeł gordyjski małżeństw homoseksualnych zostaje przecięty krytyką instytucji małżeństwa w ogólności, jako sprawę kościołów, a nie państwa).

Wydano niedawno w Polsce „O przyszłości naszych zakładów kształceniowych (…)” Nietzschego, są to jego wczesne wykłady w Bazylei, przeciw edukacji masowej i wołaniem o kulturę wyższą, jakie znam z recepcji anglosaskiej. W istocie jest to „nasza” (czasowo) krytyka neoliberalnej zamiany uniwersytetu w szkołę zawodową.

W liście, gdzie ubolewa nad pożarem w Luwrze, w ogóle nie pochyla się nad ofiarami w ludziach (stłumienie Komuny Paryża), co można różnie tłumaczyć (głosił tę swoją „presokratejską religię sztuki”), ale dziś WIEM, że rozstrzeliwanie komunardów poskutkowało zdominowaniem lewicy przez marksistów (jakich nie było licznie w czasie Komuny Paryża), a to wydało konkretne, wiadome, skutki.

Kolejnym gwoździem do trumny lewicy było stłumienie anarchistycznej rewolucji w Hiszpanii, przez radzieckich komunistów, do spółki z burżuazją. Nie było już konkurencyjnego ośrodka ideowego.

Na załączonej „rycinie” projekt popiersia Nietzschego autorstwa Maxa Klingera.

Po czym zawracam ku Gisèle i dodaję, aby się wytłumaczyć z tego, że nie przestanę nigdy o tym mówić — o śmierci, albowiem działa to jeszcze w ten sposób, że narasta, im bardziej poprawia się mi egzystencja — ja we mnie dąży do rozjebania się, wobec tego układ uzyskuje homeostazę: tak bardzo chciałem się dziś powiesić, taką mi to przyjemność sprawiało, ta lina wokół szyi, że nie będzie boleć, jak będę podskakiwał pod drzewem bowiem nie zerwie mi rdzenia kręgowego i będę do krwi zaciskał splecione dłonie, aby się nie wyzwolić, tylko nie miałem siły się podnieść, byłem senny, pozbawiony ciała którym mógłbym poruszyć.

— Ty naprawdę nic nie czujesz. Nie potrafię sobie wyobrazić, że można w innym wypadku być tak okrutnym. Do tego jestem dzisiaj potrzebna, żeby mi to napisać, bo pomyśleć możesz sam dla siebie, ale to za mało.

Co miałem napisać?! Co inni piszą? Ci co piszą zawodowo, zwyczajnie siadają i piszą, zakładają garnitur i przystępują do biurka, w gabinecie wyłożonym korkiem, aby nic nie było słychać, na modłę Marcela Prousta, no i piszą — L i t e r a t u r ę. Jaki problem filozoficzny podjęli? Żaden. A nawet! To ziemia ani drgnęła; bezsens jakichkolwiek poczynań — iluzja sensu w losowym świecie, a przecież te zdarzenia, jakich doświadczamy są zdeterminowane, dlatego że właśnie się wydarzyły, a mając wyobraźnię nakładamy na siebie kajdany iluzji optycznej, wiążącej nas z ziemią i ponawiamy to samo… To wszystko musi być wywędrowane w pojedynkę, podjęte natchnioną chwilą, przeczute, a nie na chłodno wykoncypowane, inaczej powstaje n a u k a, jaka dla nich ma tę zaletę, że nie wykładają towaru w sklepie bądź nie myją naczyń w knajpie, a publikują sobie w punktowanych czasopismach albo w periodykach literackich (filisterstwo oczytane) i jeżdżą na konferencje, gdzie wygłaszają swoje stand-upy. To nie jest praca, to jest gówno — już sam fakt, że ja czy oni piszemy w języku kraju, jaki w dziejach pełnił rolę gospodarki peryferyjnej, jest tego dowodem, abstrahując od tego, że w angielskim wszystko brzmi jak instrukcja obsługi frytkownicy. Zresztą jaką pracą może być zdolność do przekazywania w manii woli Apolla, w przypadku literatury polskiej jest się dzieckiem gorszej manifestacji boga.

Narodziny tragedii z ducha muzyki czyli hellenizm i pesymizm złamały karierę akademicką Fryderykowi Nietzsche, mimo że książka jest dobra, takoż podjął w niej dotąd nieznaną perspektywę. Nawet zmilczał ją tajny radca Friedrich Ritschl, jego protektor, który załatwił mu profesurę nadzwyczajną w Bazylei, zanim Nietzsche uzyskał doktorat, jaki na szybko przyklepano mu w Lipsku, na podstawie dotychczasowego dorobku. Zresztą ta Bazylea to niczym, podówczas, jakaś wyższa szkoła w Dąbrowie Górniczej, tylko stu studentów, też mu przysługę wywdzięczył — z drugiej strony było stamtąd blisko do Italii.

— Trzeba ci zejść w tym momencie z drogi, bo cokolwiek nie powiem czy napiszę, napotka mnie pewien rodzaj aleksytymii, jakbym mówiła, patrzyła, na kogoś kto śpi. Czuję, że nie chcesz tego spotkania, czuję, że nie chcesz czuć. I nie czujesz mnie. W tym momencie tli się od środka taki piekący ból.
— Chcę się spotkać, jeśli mam się spotkać, to muszę coś zrobić, o czym mówiłem, wybrać życie. Pragnę się spotkać, dlatego że jesteś w moim sercu. Pamiętam o tym, nawet dziś, ale chcę też śmierci. Kogo bardziej kocham?
— Śmierć. Jej wyobrażenie. Dobranoc. Nie jestem w pracy, w klinice.

Plotę bowiem jest mi potwornie ciężko, że nic nie mogę zrobić i tylko to skończyć nikomu, i pójść się powiesić. Wymawiam sobie przepraszam, a potem zamykam oczy, tyle że nie zasypiam, lecz chcę się kłaść razem z Gisèle. Teraz to i mnie tak boli, pali, głodzi. Czuję się na sposób wyczekiwania egzekucji, bez mała nie byłem już w jej wyobrażeniu świata, skoro się obwiesiłem we własnej świadomości. Próbowałem odegnać to, ale pochłaniała mnie ta fala dryfu, topiący także walczy! Raz się topiłem i zwyciężyłem, ale trudno domagać się podobnego szczęścia w przyszłości; to żre, jak woda wdzierająca się w płuca, to co nakreśliłem, niegdyś pisałem. I nie, nie była w pracy — nie potrzebuję lekarki. Ukochanej potrzebuję. Potrzebowałem? Teraz, kiedyś, nie wiem.

Nic już nie wiem — wiem, że nic nie chcę. Nie chcę żyć, nie chcę pracować, nie chcę z tym s o b ą robić nic i nic z nim nikt nie chce robić, chyba że ukarać lub pastwić się dla zaspokojenia — szczególnie ja, autoagresja rozładowuje napięcie. Nadto nie chcę walczyć o czas wolny, nie chcę mieć poglądów politycznych, ani użerać się z ludźmi którymi gardzę, za jakąkolwiek zapłatę, ale nie chcę też podnosić kwalifikacji, cokolwiek zrobić na tym polu, skoro nie chcę z nikim rozmawiać — z żadnym wydawcą, pracodawcą, lekarzem i kimkolwiek mi bliskim, toteż wszystko buntuje się we mnie przeciw temu, jak został skonstruowany świat, co istnieje o tyle, o ile go postrzegam, a kiedy perspektywę mam ograniczoną do szerokości własnego nosa, to światopogląd mam rozszerzony do percepcji mikroskopu elektronowego, wobec tego w i d z ę, że unicestwiam świat, kiedy umieram, jakiego nienawidzę bowiem nienawidzę siebie i mojej matki, dlatego że mnie urodziła; dobrzy i źli demiurgowie jaźni zostają pochłonięci w bezświadomości mikroorganizmów, w celu ich własnego powielenia — odbiorą resztę energii z mojego truchła, tym samym przydając mi ulgi, same się przy tym nie męcząc. Oto rzeczywista pustka, oto nihilizm i jego apostoł.

Ta konstatacja każe mi się zabić, jeżeli mój świat ma nie utracić logiki; oto mój przedmiot, a nie konfiguracja — złożoność mnie jest pozorna, a myśląc dalej o Wittgensteinie, jakim się nigdy nie fascynowałem, acz w Traktacie logiczno-filozoficznym przyjął zgrabną formę aforyzmu, którego rozważam teraz frazę — „Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata” — w takim razie nie sposób mi wyciągnąć odmiennych konsekwencji.

A nie walczyć z samym sobą! Byłoby to wołaniem o autentyzm?! Przez moment byłem wkurwiony, zachłanny, o to, że wprost tam pojechała, do rodziny, że ma inne priorytety, a nie wprost do mnie. Co kwitowałem w swojej głowie jako głupstwo, że rozumiem to wszystko i umiem czekać, dać przestrzeń. Tak jestem egoistą! Mam mentalność człowieka który wysadza się w tłumie, we wszystkim dążę do narkotycznego rauszu. Pytaliście się czemu Hitler i Stalin zabili tylu ludzi? Zapytajcie mnie, póki żyję, dam tę samą odpowiedź — Bo mogłem; bunt przeciw stałym kosmicznym musi kończyć się zagładą.

Inaczej nie czuję, że żyję szczęśliwie — ledwie wegetuję, tkwię w nędzy, głupocie, marazmie. Jedyna różnica między mną a pozostałymi, to świadomość tego, że umiem to wywieźć w rozumie czy zacisnąć zęby, ale to pozostanie zawsze. Teraz jest to wybór między Gisèle a śmiercią. I co ja mam zrobić? Ranić ją dalej czy skończyć ze sobą? Będę iterował owe, aż do śmierci.

I jest mi tak źle, że to wszystko tak przerazi Gisèle, że sobie pójdzie w cholerę, iż nie utrzymam fikcji mężczyzny wychodzącego z s i e b i e, działającego na rzecz miłości, z uśmiechem na kaprawej, niedogolonej, mordzie.

I jest mi kurwa źle, że ją straciłem, jak mniemałem, aż do rozerwania.

Trwam wypowiedziany, w tymże bólu.

— Bycie kobietą też tego wymaga — tego, czyli odpowiedzialności, odwagi i poświęcenia. Myślisz, że nie potrafię, iż nie znam się na tych trzech rzeczach… Bo się znam! Tylko nie miałam dla nikogo. Ty jesteś dla mnie wielkim… bardzo silnie przestajesz być dla mnie, po prostu, zwykłym nieznajomym. Dla ciebie jestem gotowa, do poświęcenia, żeby być odważną, na to, żeby być odpowiedzialną, aby być czujną, uważną. Po prostu podejmować wyzwania, jak Jezus. Żyć! Zamiast płakać w sobie i w swoim łóżku; wpatrywać się w sufit całymi dniami. Bo świat jest zły, bo życie mnie przeraża, i tak dalej. Tutaj wcale nie chodzi o to czy antydepresanty działają, czy nie. Tutaj chodzi o to, żeby znaleźć kogoś, dla kogo będziesz chciał żyć i ja znalazłam. Ty jesteś tą osobą.

Waliłem głową w ścianę, aby poczuć inny ból.


  1. Giorgio Colli, Narodziny filozofii, s. 28. ↩︎

  2. Hbr 4, 12. ↩︎

  3. Ze wzmiankowanego i zalinkowanego tekstu Güntera Wohlfarta, „Narodziny tragedii” Nietzschego: „Pogardzał „sowią powagą” akademika, którego myśl zrywa się wraz z nadejściem zmierzchu i który rację swego istnienia znajduje w rozpalonej czerwieni zachodzącego słońca”. ↩︎