Jura

Wyjechałem na wieś, na głęboką prowincję, gdzie nie mam żadnych przyjaciół. Miasto zbytnio mnie odmieniło. Dawniej, będąc młodzieńcem, wracałem tam, do rodzinnych stron, z poczuciem przygnębienia. Metropolie drenują peryferie z młodych kobiet, przez co nie oferują one wyszukanych rozrywek, a sklepy nie są odpowiednio zaopatrzone, ze względu na świadomość i niskie pobory. Nie miałem dokąd się udać, ani pieniędzy, mimo tego wziąłem to za dobrą monetę. Te same skałki i rzeczki, widziane codziennie, potrafią obrzydzić piękno, podobnie jak miłość niszczy bycie cały czas z tą samą kobietą.

Autor fotografii - Jacek Pełka.

Umiałem docenić prostotę tych ludzi i zachwycić się romantycznym krajobrazem, mimo że nie było to Sils Maria, jednakże nie wracałem dla nich. Bawiły mnie te pragnienia wielkomiejskich nuworyszy. Te ich domki nad spokojnymi stawami, z wiecznie zielonymi lasami w tle, wzięte z modnych folderów, gdzie można siąść i zamknąć oczy, jak Budda, lecz upragnioną sielankę przerwie dramat zimy, pora gwałtownych wiatrów. Wycofanie się do bezpiecznej przystani i poprzestanie na drobnych przyjemnościach, jakby zintegrowało się ze światem, przerywało linię ciągłości z porywami życia, zwyczajowo przypisywane młodym. Nie miałem nigdy szans na karierę, o czym samemu zdecydowałem u progu swego wejścia w dorosłość, ale gonienie za pieniędzmi, aż do późnej starości, widziało mi się jako jałowe, wszakże ciało będące karykaturą dawnego siebie odbierałoby mi smak życia, gdzie posiada się coś, kogoś, ze względu na pieniądze, a nie pomimo ich. Kontrakt pomiędzy dwojgiem nie jest tak przyjemny, tak namiętny, jak niepewność i okrucieństwo zbrodni, do której może dojść pomiędzy mężczyzną a kobietą, szczególnie w trakcie kopulacji. Kiedy jedno musi drugiemu ufać, będąc skrępowanym, żyjąc grozą wyolbrzymionego bólu, jaki może nadejść. Gdzie nie sam ból, lecz napięcie oczekiwania miesza zmysły. A po wszystkim, po akcie miłości, nawet nie wybaczyć czy zrozumieć, ale uśmiechnąć się. Pozostawało jeszcze finansowanie badań i wynalazków, albo polityka, jako zajęcia godne po zrobieniu pieniędzy. Za grosz nie ceniłem tego. Nie należałem do ludzi co zrzucają z tronu Boga chrześcijan, a na jego miejsce, na cesarskim tronie, osadzają bożka Techniki i Rozumu, owi pretorianie postępu. Królobójstwo powinno zrodzić chaos, z ognia jakiego wyłoni się nowa rzeczywistość.

Nie umiałem już, nie jechałem po to, aby wyjść, jak u Rilkego, tak bez pieśni, traktatu, napiera upór życia. Iść nad wodę, do lasu, na buczynę - tam zalane sztolnie, byleby strzyc okiem w nadziei, coby w rzęsie spojrzeć ikrę do kobiet, choć piękno. Tu być i pojąć swą męską wrażliwość, w niedbałej przechadzce na umajonych błoniach, gdzie biega sarna. Te tysiąclecia maskulinum! Któż pisał, malował, tworzył muzykę i zabijał, by wyznawać miłość, jak nie oni? Naprzód! Kroczyć aleją, byle do skał, otula duchota. Odtąd, pod stopami straszą się jaszczurki, a świerszcze dybią na owych pątników, skaczą bez lęku. Jak one irytują swoim ćwierkaniem, kiedy gardło pali ogień, byle zeżreć człowieka, jak sępy, skoro padnie na piaszczystej ziemi.

Uciekałem od dekadencji – erotyzmu i śmierci, w sztuce wyrażonych poezją Baudelaire’a, muzyką Wagnera. Niemniej, wychodząc na skałę, poczułem, że ponade mną jest już tylko Słońce Niezwyciężone.