Marguerite

Było coś ciężkiego w dniu, kiedy zauważony ufryzowaniem kark Marguerite odwiódł mnie od pisania wierszy, samotnej lektury. Krótkie włosy przydają kobiecie praktycznego sznytu intelektualizmu, niemniej pozbawiają brzasku ukazania się mężczyźnie, wyłonieniem spośród piany kąpieli, skoro rozplecione warkocze skrywałyby piersi, uwodząc nadmiarem życia, jakoby skrzydła Inany. Moment zwykle darzący pogodą ducha, mimo tego nie wzbudził we mnie erosa, toteż ubolewałem nad niemożnością tworzenia fabuł, moje słowa kreślą ledwie impresje. Umiem tylko odbijać innych, w krzywym zwierciadle niedowidzących oczu. Kalejdoskop.

Guy Rose, „Marguerite”, Domena Publiczna: https://www.wikiart.org/en/guy-rose/marguerite-1918

Jak wtedy, gdy przechadzałem się wraz z nimi, jeszcze zimną wiosną, nieraz mroźno powiało, skrzypiało pod nogami, lecz szedłem rozpięty, było wilgotno. Ona nie zawsze jest spokojna, dziś zechciała się rozbrykać; chciałbym tylko napisać coś, po lekturze czego powiedziałoby się – Szkoda, że zaprzestał być, a nie, że muszę przeskoczyć z meduz na kobiety z ikrą. Złotą rybkę. Brzydzi mnie litość i współczucie, żadnego z tych dwóch! A on? Makijaż może kłamać, ubranie może łudzić, usta tym bardziej, to jedno nigdy nie jest fałszem, to jak mężczyzna chodzi, porusza się – tu jest cały, nieodgadniony, kosmos. Odstąpiłem ich i czekałem, aż do mnie dojdą; stłumiony nerw erotyzmu.

Patrzyłem jak wyłaniają się z lasu[1], szli pod rękę, moja żona i przyjaciel. Przybrała dłoń pierścionkiem z rubinem i brylantami, jakże wątłe palce – inkluzje fioletowych żył, wśród płatów czerpanego papieru, cera wiolonczelistki; mój wstrząs samotności, toteż domknąłem oczy i pod powiekami wyraziłem fale, Księżyc, dryf. Sylwetkę Marguerite co skrywa się za musztardowym swetrem, nazbyt szerokim, rozciągniętym, niemniej smukłość linii przywodzi na myśl krzywiznę włoskich statków żaglowych – pierś odznacza się napiętą wiatrem żeglugą, zda się dostrzec wcięcie talii. Opuszcza głowę, jakby szukała czegoś u korzeni, nie w przestworzach; jej pochodzenie jest czysto podziemne, złożyła ofiarę mrocznemu bogowi, ale dlaczego zbiegła zimą? Zerka bokiem, spogląda pochyło i coś jej trwa w głowie; coś uprzejmego, zupełnie cudownego, jak pieczona ryba upstrzona chili. Dostrzegam to w napiętych policzkach, w potajemnym geście warg. Zasłyszany uśmiech, gdy oczodoły pulsują na modłę rozwijanych, obiegiem słońca, pąków kwiecia, wtedy pełne orejowanie rzęs wydaje infradźwięki. Mesmeryzm luźno związanych wersów.


  1. Zainspirował mnie wyimek z eseju Marcina Olszewskiego, „Drogi absurdu. W stulecie urodzin Alberta Camusa”. Tamże jest mowa o jego pierwszym małżeństwie z Simone Hié. Chciałem rozwinąć te akapity, ale uznałem, że będą przeładowane, jak pokój zatęchły kadzidłem. ↩︎