Światopogląd dionizyjski

Pewne sprawy są nie do powtórzenia: obłęd jaki wabi gawiedź (Nietzsche oszalał, zatem dał dowód prawdziwości swoich twierdzeń — odnajduję upodobanie w obsesji i radykalizmie, aż do rozerwania w tłumie), niechrześcijaństwo co niesie metafizyczne znaczenie, jak i wytworzenie nowego, dionizyjskiego, toposu — który zapełnia kartografię psyche, topografią utopii i potworów morskich (hic sunt dracones — tutaj żyją smoki na dawnych mapach, toteż użycie przez Nietzschego „smokobójcy”[1] nabiera wyrazu), tam gdzie uprzednio porastały białe plamy; „Czy skosztowałeś morskiej soli, aby zaznać pływów? Jakich fale przynoszą nam pragnienie — nieznanych krain?”. Przynajmniej wiadomo już z czym mam się mierzyć, mimo że jest to ułuda — wcześniej czegokolwiek tamże, pod kopułą, nie było.

Marie-Lan Nguyen, „Pan having sex with a goat, statue from Villa of the Papyri, Herculaneum”. CC BY 2.5

„Bełkot” liryzmu? Toż to brzmi wobec mnie! Jest logicznie związane, na zasadzie asocjacji, jakie różnicują swój-obcy, wykorzeniają, zaprowadzają hierarchię wartości, w istocie bliskowschodnia mentalność, wyjaskrawiona bajecznościami medyny — gorąca masabaha podana na ostro; kwestia uwodzących detali, klejnot w pępku roztańczonego brzucha. Objaśniać utensylia? Podówczas więcej się mówi o ówczesnej i współczesnej publiczności.

Co więcej samowolny smak mnie toczy — nieraz nie czuję nic mówiąc kocham. Taki pożytek płynie z lektury „Narodzin tragedii”, iż człowiek tragiczny własną trwogę przekształca, poprzez sztukę, w dzieło, — truizm, lecz tutaj opromienia go nowe: sierpniowe popołudnie, przesycone sepią łanów, kiedy je się wprost z drzewa; wtedy kurkuma poi nozdrza, choć mówi się kocham — żaden archaizm, tylko odzyskanie słowa; queer. Dobrze się akcentuje, jakże z emfazą.

Stąd to jest mi wiadome katharsis, za sprawą archetypu kobiety, jaka dzierży klucz do tajemnic męskiego kosmosu — wyznanie co składa niepokój na kolanach ulgi, względem tego mężczyzna pozostaje lojalnym. Nadto wzorem Novalisa, którego jaźń skłania się ku refleksji, pod woalem nocy; karmiona szarpaną piersią kurczaka oblizuje moje palce z tłuszczu, gdy drugimi sunę wskroś uda, wtedy tkam poezję, prozę. Nie kreślę słów na modłę formalnych przesądów, bynajmniej nie chcę być uczonym, dlatego że tragicznie przeżywam sztukę życia, w liczbie pojedynczej — mnie; „Fall, fall, fall, fall, Into the walls, Jump, jump out of time, Fall, fall, fall, fall, Out of the sky (…)” — The Cure, Hanging Garden.

Pozostaje rzeczą bez znaczenia źródło greckiej tragedii, poza naukową ciekawostką — taka scholastyka nie jest empirycznie nieprawdziwa, jak teoria flogistonu, ale zbiorem praktyk; „Nauka nie odpowiedziała na żadne z wielkich pytań”, artysta poszukuje w akademii nie tyle sensu istnienia, tamże go nie ma, gdy nie znajduje już znaczenia w sztuce, kiedy sztuka przestaje być tylko instynktem, ale narzędzi służących opisowi własnej trwogi. Zatem „Narodziny tragedii” należało czytać, jako rodzaj manifestu artystycznego i pewne dzieło z zakresu e s t e t y k i, a nie fakultet. Przykre, że Stary kanonier[2] potrzebował poprzedzić „Próbą samokrytyki” ich drugie wydanie — mojemu uchu erogenny wydał się tembr dygresji, o „przecukrzeniu aż do kobiecości”, toteż czyta się ją z przyjemnością.

Widzę to, być może, dlatego że samemu jestem dziwakiem, mimo że nie zakładam rajstop. Przede wszystkim stanowi to o intymności, nasza fantazja, a fetysz nie jest elementem stałym — to co podnieca, wyzwala, rozpala, co transfiguruje w kaskadach, zawiesza w stasis reorientującego się ruchem koła czasu. Nasyca się imaginację radykalizując bodźce, oczekiwania; kolorowe włosy subkultury i wysokie buty alkowy, to frazes, tylko przedmioty co się w nie stroi człowiek, ale to wskazany człowiek nas podnieca, to jego ubieramy w wyobraźni. Mężczyzna nosi się jak kobieta, tym samym adaptuje wyobraźnię dandysa, jakby opiewało się plastyczną masę onnagaty — jego puder, farbę do ust. Nie tyle przez to co nakłada na siebie, ale że przywdziewa, iż pielęgnuje siebie — to jak wyjście do fryzjera, z wprawą dopasowany makijaż u konkretnej kobiety. Jeżeli człowiek o siebie dba to już jest dość, także, owe, zawiera pewną teorię stojącą za tym, przemyślenie, dobranie według klucza, ale nie schematu — niemniej wkładamy mundury, podnosimy chorągwie, następuje rausz bólu, jaki jest najwyższym stopniem koncentracji, szczególnie jak nie możemy go przerwać czerwoną kartką — hasło w pewnych kręgach BDSM, wypowiadane, gdy napięcie erotyczne przekroczy próg bólu, tyle że nie zawsze ono działa i wtedy robi się krańcowo dla jednej ze stron.

Jako że to wytwór czystej imaginacji — te dialogi w naszym życiu, to kopiuj-wklej skądkolwiek, analogicznie wszelkie nasze myśli są wtórą iteracją tego samego, od tysiącleci, wszakże nie różnimy się pomimo upływu epok — jednakie boli nas tak samo. Filozofia nie daje nam asumptu do tego, aby zaprzestać być, to znaczy zabić się czy cokolwiek zrobić ze swoim życiem. Nie jest w stanie nadać sensu — zdeterminowanemu do upadku, świadomości straty i kompensacji, wreszcie śmierci — pojebanemu życiu; żadna myśl nie jest w mocy nadać sensu, a te sporadyczne ukojenia co pojawiają się wzdłuż egzystencji, przejawiają charakter narkotyczny — odurzają, a ich brak boli… Świadomość tego, iż nadaliśmy sobie ułudę przeznaczenia w losowym świecie, z przypadkowym rozkładem cierpienia; Dionizos zostaje rozerwany i się odradza — nasze pragnienia rozbijają się w proch o mur rzeczywistości, ale odradzają w tym czy innym życiu.

Możemy tylko biec i krzyczeć, niby prymat tak, jak w zakończeniu „Teorematu” Pasoliniego.

PS Wynikło, że na czas nieokreślony przestaję pisać.


  1. Fryderyk Nietzsche, Narodziny tragedii, przeł. Leopold Staff, Warszawa 1907, s. 126-127: „Jeśli wyobrazimy sobie dorastające pokolenie z tą nieustraszonością spojrzenia, z tym heroicznym porywem ku potworności, jeśli wyobrazimy sobie śmiały krok tych smokobójców, dumną zuchwałość, z którą odwracają się tyłem do wszystkich słabowitych doktryn optymizmu, by w całości i w pełni »żyć rezolutnie«: to czyż nie zajdzie potrzeba, że człowiek tragiczny tej kultury, przy swem wychowaniu siebie do powagi i grozy, będzie musiał pożądać nowej sztuki, sztuki pociechy metafizycznej jako przynależnej mu Heleny i zawołać z Faustem : »I nie miałżebym, wśród dzikiej tęsknoty, Do życia ściągnąć najdroższej istoty? « *)”. ↩︎

  2. Eufemizm Ernsta Jüngera. Nietzsche niekiedy podpisywał się w listach jako artylerzysta konny (odbył służbę wojskową). ↩︎