Juliette. V.

Nocą, krakowskie krużganki promienieją makijażem dziewcząt, brzaskiem kobiet, udających się do barów, dla niedawno poznanych mężczyzn. Za sprawą neonów, świec, lampionów – zmysły uderza, grą świateł po ścianach – zieleń, pomarańcz, róż, gdy ot tak łyka się wytrawne piwo, zaciąga papierosem. Wtem na horyzoncie zdarzeń życia zjawia się piękność – dłuto Fidiasza, dłonie Buonarrotiego. Na ten moment porusza mną tembr fortepianu w „Lamentate” Arvo Pärta i pierwszy akapit „Wagnera w Bayreuth” Nietzschego. Jego barwa podobna kroplom deszczu malejącym w rozpadlinach kniei, porosłych na Jurze. Gdzieś staw, w lesie, a na nim trącane lilie powiewami zasnutego kłębiastym szelfem sklepienia, wtenczas smyczki wstrząsają nagraniem. Krzta wody kolebie kwiatem, swym burzowym zagonem na taflę ruczaju, jakby kobieta we wściekłości targnęła się, w pobliżu mężczyzny, wszak nade mną stroszy się upierzenie sfery. Anturaż łabędzich i różanych pąków niknie i wznosi się pędami, nabrzmiewa schwyconym powietrzem, niejako uderzeniem palców w klawisze. Niepokojem tężeje w swej barwie niebo, ja bezdnią szeolu. Potrzebuję jej teraz, jak tary i srebra!

Widzę spojrzenie, zbite lustro, krew. Biją mnie mnie myśli, ich wisielcze tłumy. Ciszą zalega pytanie, jakbym słuchał pieśni motyla, mimo że jest zima. Domyka się światło, życia i nozdrzy. Wystrzeliłem się w kosmos, aby pozostawić ślad własnych butów na Księżycu! Który kat skroi pętlę na moją szyję? Niech się zaciśnie! Niepotrzebny jest tu prestidigitator. Samemu trące taboret! Albo chociaż niech mi jakiś wstrętny ćpun ożeni kosę w grzbiet, w głupiej sprawie, gdzie poszło o dwa giety fury-ździry-kurwy, mimo że znajomym w weekend sypię i dwadzieścia.

– Dokąd idziesz? – rezonują wsobne słowa.
– Nie interesuj się – wypowiedziałem, niby właściwe mi – Noli me tangere.

Mężczyźni sowicie przepłacają, bytując w modnej dzielnicy miasta, zamiast spożywać alkohol po domach, aby móc przybliżyć się do inaczej niedostępnej im sfery duszy. Na rauszu, słysząc hipnotyczny pogwar lokalu, blond włosy wybranki srebrzą i przechodzą we fiolet nad uszami, mienią się psychodelą w kątach głowy. Tamże skrywa się Eros, w cekinach bluzek co skrzą się feerią barw. Zadziwia mnie wtedy, tożsame tu, wspomnienie moich eskapad po zażyciu LSD, jak kładłem się na tapczanie, a zaróżowione wzory unosiły się dokądś, z tapicerki. Próbowałem je chwytać, łykać, lecz to wzlatywały, w przestwór powietrza, motyle królewskich marzeń. Ich sznyt, azteckich malowideł, był tajnym językiem piszących ikony, na końcu drogi i tak oczekuje się od nas dania głowy, daniny krwi, tego męczeństwa egzystencji, by mógł, nadzieją, nastać nowy dzień następującego po nas pokolenia. Zdarza się, iż metaliczny połysk okazuje się tacą biblijnej Salome. Ona wytańczyła swoją prośbę, głowę Jana Chrzciciela – zupełne zespolenie śmierci i erotyzmu, a wiemy od Nietzschego, iż jest to przejaw dekadencji, w osobach Baudelaire’a, Wagnera.

Jednakże żyją, jeszcze, we mnie noce spędzone w Ogrójcu – płacz dziecka, wołanie kochanki. Jestem taki ufurany, skoro jej oczy śmieją się wraz z ustami, gdy jasny prosem meander włosów, jakby w ich końce zadął wiatr, w sytym żytem polu, wystaje ponad ramionami i obsypuje twarz – białą, niejako kościołem. Nadto wzrok, jakże wilgny, dopiero co położonym tynkiem, wymalowanym freskiem, tylko się na nią popatrzę… Biegnąc trzymamy się za ręce, spieszymy ku jabłoni, już sypie się kwieciem – my w pocałunkach. Słuchamy głucho kamieni w studni, rzuconych wiosną, plamią nas jeżyny. Piszemy do siebie turniami, wskroś tafli stawu, kruszyłem je palcami; podciągasz sukienkę, zapłonęła strzecha – pędzą wozy, my saniami, wtedy krzyczysz moje imię. Byłem Człowiekiem Który Żyje! Jestem kimkolwiek ty będziesz. Jesień spędzisz w memuarach, mnie nikt nie czyta, prosiłem o peta pod zegarem. Sczernieją mi kości, ty pójdziesz do nieba; sobie wydasz się durna, ja tobie błahy.

Jednakie smakuje nam odmiennie, wyrodziliśmy się wzajem? Wciąż się śmiejesz, ale potrzebuję nowych słów, innych gestów. Nosisz je w sobie! Nie wiem nic, aby dwujęzyczność uczuć uskrzydliła kogokolwiek, na przekór Ikarowi. Chcę podjąć ryzyko! Tak samo zaciągać kredyty, jak dociąga się kreski, aby grać w kasynie, coby się odkuć i wyrwać, ale przekurwiłem. Mogłem wygrać wszystko, kiedy do stracenia miałem gówniane życie i było to lepsze od nieustannego popatrywania wzdłuż widnokręgu, wysłuchiwania pił i kosiarek, krzyczących gdzieś po wsi dzieci, byleby nie myśleć o tym, jakby to było?! Móc się czuć niby Francisco Pizarro, to nowy rodzaj narkotyku - Hernán Cortés – i ja nieustannie go ćpałem, rzucając siebie na jedną kartę! Przerażam prawdą o sobie? Wypierdalam.

I boli, i nie mogę spać, mięśnie palą stosem; to anieli wystają dalekim krzyżem – jego zapomnieniem, skoro życie znów się we mnie rodzi – jego przypomnieniem. Jeżeli samotność Rilkego jest wymogiem tworzenia, stąd oddala się od żony i córki, to Trakla jest gwałtem, gdy niebo barwi się łuską śniętej ryby. Jego śmierć rozbiła brew Europy, niech moja roztrzaska drugą! Móc znów ujrzeć piękno tragiczne? Piękno męskie, figuratywne, nieskalane eksperymentem. Właściwa mnie śmierć okazała się dopełnieniem bytu. Uderza metafora, jakbym przed piątą rano szykował się, by wyjść do fabryki i stanął nagi przed lustrem, odbiciem stryku co oplótł mi szyję. Moje słowa nie inne od twoich, jednakże usta mi jaśnieją, odkąd nie obdzielasz ich własnymi. Niejako agrest, byłyby czerwone porzeczki? Tak nie darzy się sąsiadów i dzieci, skoro rwane, pomalowaną nocą, granią dłoni, podasz mi językiem bowiem miłość skryłaś za przytułkiem zębów? Słońce nie było dość szczodre, temu owoce pozostają jasne rysami twarzy, jak u nie wiadomo kogo. Tej oczy zapadają się grząską łąką, umajona sukniami nosi się kwieciem, choć fryzurą przywodzi jesień, gdy w ogrodzie orzech opadł już płowo powykręcanymi liśćmi.