Wesen

Marcie…

Ludzka prakultura pozostawiła po sobie malunki w jaskiniach i ryty naskalne – owe tekstualne arche. Uważa się, iż były one ekspresją prehistorycznych szamanów, toteż nie dziwi charakter zabytków średniowiecznego piśmiennictwa, zdominowanego przez Nowy Testament, ewangeliarze i modlitewniki. Edda poetycka, Pieśń o Nibelungach i Beowulf traktują o sferze mitycznej bądź uheroiczniają zniekształcone pamięcią wydarzenia z zamierzchłej przeszłości. Czymże, jak nie właśnie tym, są żywoty świętych? Nieprawdopodobny, w swoim cudzie, Błękitny Koran, przyćmiewa pięknem romanse rycerskie. Osiągnięcie kompozycji: niebieskiego, złotych liter, treści. Wszystko co później napisano, a uznano za klasykę europejskiej literatury, było mierzeniem się z wiekuistym; literackie kreacje nihilistów i ich rzeczywiste pierwowzory, jeśli nie zdążyli się wcześniej zabić, nieraz kończyli na pozycjach katolickich (Przybyszewski) lub w klasztorze (Na wspak Huysmansa), dlatego że „miłość absolutna” nie istnieje w naszym świecie, inaczej jak w religii. Niestety ja nie umiem uwierzyć, niemniej trafiają się ideé fixe, po jakich widuje się inne galaktyki.

Obsiada mnie muchami groza tego co żywe; przedprożem winy ciepła, obfita, pierś Juliette. Niezawiniony, jeszcze, grzech, kołysze się w polu, sierpniem, jego perz. Wypalona słońcem rzeka cieknie błotem, źródło bije gnojem; gęsty latem tętent mojej krwi. Wyrównany, depresyjny, nastrój, nabiera ostrości, zewsząd puścieje; bezwietrzna, bezgwiezdna noc, jakże zatruta światłem...

Tamże śmierć trwała przede mną, na modłę średniowiecznego drzeworytu. Wyciągnąwszy szkielet swej dłoni, wyczekiwała gestu wzajemności z mojej strony. Dusiłem się biciem serca, wystąpiły poty, kiedy pomnik miłości erodował wizją niebezpieczeństwa wzgardy. Napięcie doskwierało upałem, doszczętnie się zrosiłem, a gardziel zeschła, gdy tętno biło, chcąc eksplodować ciałem, jego skwarem. Doznawszy wstydu, niejako odrzuconego wyznania miłości, wyśmiania – myślałem, skoro dotąd mogłem żyć ułudami współistnienia w ekstazie, uchylając się tremą przed pchnięciem szpady – We krew! – to czemu to ona, a nie ja, odsunęła głowę, kiedyśmy, wreszcie, składali się w pocałunek? Wywlekła wprzód oskórowaną żuchwę, ja usta! Niemniej żyję, nie bacząc, że w bólu. Wciąż krzyczę z werwą, tudzież muszę, bodaj jękiem zaropiałych ran, sykiem rozerwanych z przesytu pęcherzy, aby konając nie zwieńczyć wszystkiego skrzącą się bezimiennie iglicą.

U kresu nie pozostaje nic ponad ból. Póty boli tylko trochę, codziennie i jednostajnie, „nieokreślony” element egzystencji stanowi funkcję paliatywną. Wtedy umiera się długo i powoli, łudząc się iluzjami danego psychopharmakonu. Onegdaj, pod ułudą normalności, skrywają się stłumione popędy; uświadomienie owego prowadzi do samobójstwa. Tragedią jawi się fakt, że nie umarłem bądź się nie zabiłem, lecz tęskniłem, wbrew życiu, wobec uprzedniej dyspozycji woli. Podówczas nie istniałem poza ukojeniem, jakim ukazywała się sensem możność rauszu.

Wtedy utrwala się w niniejszym archetypie:

Archetyp

Gdzie była istota [Wesen] podczas tych nieobecności, których trwanie dawało się określać w równie małym stopniu co ich treść? Czym w ogóle jest istnieć [wesen]? Długo zanim nastali filozofowie, kosmos został podzielony przez garść indogermańskich czasowników posiłkowych -

Ernst JüngerPrzybliżenia. Narkotyki i upojenie.

Archetyp humanisty który zdaje się bytować na modłę chimery, pokraki, jaka niekiedy objawia się w naturze, kiedy rodzą się bliźnięta syjamskie, niejako człowiek który wymaga kosztownych leków i aparatur bowiem jego ciało jest tak słabe i powykręcane, a moralność nie pozwala nam go zabić. Najwłaściwszą jego metaforą jest zdanie Ericha Auerbacha w Mimesis, traktujące o mieszaninie stylu wysokiego z niskim. Rozumuje to jako kreację przestrzeni literackiej, gdzie historia nie ma zbytnio akcji, trudno też mówić o fabule, za to porastają gęsto kłączami refleksje, reminiscencje, jest to świat widziany za pomocą przeżyć wewnętrznych, gdzie poziom liryzmu punktowo osiąga taką gęstość, iż jest się oskarżanym o grafomanię i kiczowatą metaforykę, wtenczas sporadycznymi dialogami ukazuje się kontrast, dowód trzeźwości własnego myślenia. One są wulgarne tak, jak w codziennym życiu. Prymitywnie określa się to zabiegiem stylistycznym, de facto jest to świadectwem absolutności cierpienia jednostki, co pozostaje anonimowe dla innych, bezwartościowe, implikuje to niemożność konwersacji – milczy się, mając dość wyświechtanych frazesów! Nieuznanie człowieka pozbawia go możności pięcia się w hierarchii. Temu pomieścił horyzont myśli i zainteresowań w szerokości własnego nosa? Jeśli zyskuje czytelników to o poetyckim sznycie, zwabił ich zapachem przypraw języka.

Syntetyzm akademii rozdziela logos, thymos i praxis osób na oddzielne frakcje, niejako następujące po sobie warstwy geologiczne, lubując się tym samym w wyszczególnianiu młodszej i dojrzałej fazy myśli.

Mimo dziwactw uważa siebie za ze wszech miar normalnego, jednakże zdawkowe rozmowy zaczęły w nim urastać do rangi symbolicznych przełomów. Jeśli za sprawą dystansu do siebie uśmiechnie się, dzięki ironii, to uważa ją za zamaskowane znęcanie się nad kimś.

Ważką poszlaką jest jego własna refleksja, iż żyje się całkowicie zwyczajnie, lecz tlił się, nieustannie, bunt przeciw mieszczańskiemu stylowi życia. Pracuje się i podlega obowiązkom rodzinnym, jednakże rodzi to poczucie nieszczęśliwości, wszakże czas przemija, starzeje się, wreszcie umiera. On dostrzega całkowity bezsens tego poświęcenia – ono było i pozostanie tysiącletnim prasensem narodzin, dalszego trwania, człowieka. Toteż nieważne jak radykalnie korzysta się z życia, sposób definiuje jego egzystencję jako inną jakość w porównaniu do ogółu, którą widzi jako żyzną glebę dla artyzmu. Cierpi świadomością przemijania tych niemożności życia, choćby zaniechaniem, innym wyborem, snem, pracą, miłością… Rzucając edukację, niejednokrotnie zmieniając pracę, wreszcie wzgardzając kobietą, porozbijał się życiowo, pozamykał sobie ścieżki ku zamożności wynikającej z określonej posady, a ta wymaga licznych poświadczeń pieczątkami i dokumentami. On wciąż spoglądał na dzieło literackie jako upragnioną ucieczkę poza czas, realny sens tego jak zmuszony jest żyć.

Edukacja jaką sobie musiałem samemu zapewnić.

Fikcja literacka nosząca znamiona diarystyki i epistolografii. Prawdopodobnie nie jest możliwe, a nawet właściwe, aby oddzielić jego biografię od bibliografii. Toteż styl nie jest pozą, ale próbą uchwycenia swoich doświadczeń, o jakich mniema, iż stanowią absurdalne pasmo klęsk, lecz nie popada w resentyment, chce się chełpić postrzeganiem, że bez złych zdarzeń, tak częstych na tle rzadkich doznań szczęścia, nie byłby tym samym człowiekiem, ukształtowały go one charakterologicznie. Reminiscencje stanowią zaś sejsmograf, mierzy on wstrząsy jakim ulegała jego wola, jaką rozumuje po nietzscheańsku: jest to ciągły puls, raz słaby a raz silny, ale nigdy stały, można go wyćwiczyć. Najwłaściwiej nie książkami, ale żyjąc pełnią życia, umieć ponosić konsekwencje idiotycznych wyborów, aby pobudzić mięsień ducha. Niech przytykiem będzie, że z boku brzmi to wszystko jak mantra, a powtarzanie jej pozwoliło wmówić sobie dobrze przeżyte życie, wybielić porażki i zaniechania. Heroiczność perspektywy rozdęta do megalomanii.

Przeintelektualizowany robotnik, wszakże nie jest pracownikiem naukowym bowiem brak mu wykształcenia formalnego. Dochodzi tutaj przypadkowość oczytania, co tłumaczy brak czasu, skoro pracuje się, a po kieracie musi się smażyć kotlety o dwudziestej trzeciej, prasować koszulę, choć zegar wskazuje pierwszą w nocy. Trzeba jeszcze wstać, by o czasie odbić kartę, a te parę godzin snu nie jest zawsze z ledwością wyszarpane. Nie śpi się, ponieważ pragnie się podjąć kolejną próbę buntu przeciw mieszczańskiemu stylowi życia, robiąc coś z czego nie będzie nigdy pieniędzy, być może miłość… Narkotyzując się, ale bez upadku moralnego, aby móc maksymalnie skoncentrować umysł na wydukaniu par zdań, kilku pociągnięciach pędzlem, marznąc w dogrzewanej palnikami kuchenki gazowej kamienicy. Dlatego że cierpiało się, iż męczyło się, tak płakało i czuło przegranym wobec historii.

Jednakże uwarunkowania materiałowe nie determinują jego możliwości intelektualnych, własna jaźń definitywnie zdradziła się mojrą, co wplotła w szpulę życia sznur nędzy. Zawinił swoją hybris, wynikłą wielością niezaspokojonych popędów, zwykle oczyszczały go krańcowe przeżycia, nadto dźwigał brzemię zobowiązań tonujących, wiadome sobie, predyspozycje, za sprawą percepcji obarczonej mitem mężczyzny. Pragnienia odnajdywały ujście w nieumiarkowanej samotności, wszakże matowiały oczy bowiem wzrok zatracił blask odbić metafizycznych sensów, gestów co się je wykonało, mimochodem, wtem przeciwległy biegun życia radykalizował je możnością jego ekscesów. Były to wędrówki poprzez przestrzeń ekstazy, pola minowe psychonautyki. Widmo tamtego wciąż kładzie się cieniem, dodając gorzki posmak sporadycznym zjawiskom szczęścia.

PS Są to moje impresje związane z lekturą książek Ernsta Jüngera, pewien stały tembr, jaki w nich wychwyciłem. Być może są to ekspresje na mój temat – stary trik, żeby pisać o sobie, ale mówić o czymś znanym. Nakreślone przeszło dwa lata temu, dziś zebrałem do kupy, resztę sobie darowałem.