τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Tantal

Usłyszałem dźwięk, warkotał zębami o moje przeguby; podzieliłem się igłą, na gramofonie tęczówek (o tych szpilek, pęka moje serce – balonik). Pada strzał, w zaułku seks, już tuli się do knajpy łom. Gdzieś… Miotam się na łóżku. Tak, to woskowa cera, wydatny podbródek i zapadłe policzki. Ja. Uwierzyłbym w absolut; objęcie lafiryndy? Mimo wszystko żyję. Żadna różnica. O jednego skurwysyna więcej! Czytało się Céline’a, dziś już tak nie zdychają – redukcja szkód. Ale, ale… Byłem kimś kim nigdy nie będziesz. Popłynąłem w życiu daleko – być może odnalazłem Indie, poniekąd rozbiłem się na rafach. Nie odnalazłem tam swojej Majtreji, którą mógłbym całować w brzuch. Arogancka buńczuczność ustąpiła epikurejskiej nostalgii za ucztą. Tak tęskno spoziera za siebie, umęczony ponad winę Syzyf, gdy przeciera skroń w połowie drogi. Eliade pięknie zwieńczył bałamutny proces twórczy, poprzedzając utwór dedykacją – „Czy pamiętasz, Majtreji? A jeśli tak, to czy możesz wybaczyć?”.

„Main d'artiste”, Robert Filliou, https://www.wikiart.org/en/robert-filliou/main-d-artiste-1967

Na peryferiach bytu jawią się kontury przyszłego napięcia, jakże zatraciłem ich sens. Nastał czas ciernisty. Jakby furia, z jaką grał na swej harfie Villeman, była dwakroć silniejsza, toteż jemu właśnie odebrała moc, szczęście przyobiecane runami, a nie trollowi co uprowadził Magnhild. Baśnie i legendy nie znają tego typu rozwiązań, gdy ulega się samemu sobie. Tak zespolić się z piórem, instrumentem, iż stanowi się jedność, aż słowa rozpadają się w wyznaniach, ukazując nagie napięcie erotyczne chwili. Oto powód niezapisanych kart, niemożność werbalizacji, zaledwie atrament starty na atomy.

I biegun myśli przesunął się ku nocy, beztroska powraca wraz z pomroką; ach mieć ten zaszczyt, by móc przesypiać dnie i nie słyszeć jazgotu ludzi, warkotu ich maszyn. Przywilej arystokratów i wykolejeńców! Podówczas, z nudów, nabiera się ochoty na tygodniowy maraton alkoholowy, z dawaniem po nosie, albo na napad z bronią w ręku. Wszystko, byleby już tak nie siedzieć, czekając na śmierć. W tle kawa, leci Cigarettes After Sex, już mnie bolą kości. Jeszcze jedna flaszka zanim świta – zaczynam nikomu-sobie nucić. Wszedłem marzeniom do atelier i ciepłe światło rozjaśniło twarz, czoło, śćmiło loki. Grete! Inaczej skadrowałbym to zdjęcie, ponad głową. Nie jest ważny obraz, ale twarz, smutek wzroku, jeszcze młodzieńczy uśmiech. Ma trzydzieści lat. Jaśko już nie wróci, szklanka ostrogami dzwoni – blatu wystukuję palcami.


Pewnego razu byłem włóczącym się ćpunem, przezroczystym na strupiałej twarzy. Myślałem tylko o strzale, speeda i morfiny – jedno po drugim albo naraz – w kabel i w łeb. Po czym wysiadywałem w barach, sterczałem w bramach, sporadycznie notowałem, nie tyle przemyślenia co impresje, o miłości: Pamiętasz jak miałaś osiemnaście lat, mimo że chuj wie kiedy to było i przeklęła cię Cyganka? Chwilę później poznałaś mnie. Nie zapadłem w noc życia, był to początek nowego i wspaniałego świtu – teraz się golę i patrzę w lustrze, jak dzień podmywa sobie pizdę; ledwie się spuściłem, zachciało mi się ćpać!

Jak widać impresje zawsze mi towarzyszyły, lecz nigdy nie dało się tego dostrzec po mnie. Dlatego, że nie dojrzewałem w łagodnym klimacie południa, w słońcu Italii, bym potrafił wysławiać się. Przeciwnie. Przesiąkłem wilgocią północy i przeniknąłem chłodem wschodu. Dlatego w poezji chrypię. W miłości zaś jestem prosty jak ten step, z rzadka zrywam się tumanami; schodzi lawina kamieni i porywa człowieka tak, jak ponieść umieją jedynie gwałtowne myśli. Dlatego Zaratustra powraca w góry, ja puszczam latawiec; śmiejesz się i mnie to cieszy. Bywało się też i takim mężczyzną, niemniej unikaliśmy konfliktów.

W równej mierze zadziwia mnie wulgarny powab nagiej nocy, ulic skrytych za makijażem neonów, gdy wzbiera tętno przecznic, to zdaje się mi, iż furkot dalekiego tramwaju popędza ku mnie, wraz z tembrem miasta. Nienasycony w swej żądzy Bachus, już szczuje beatem, tych którym przyprawiono dionizyjskie uszy. Coś więcej jak zgiełk, że byłbym wilkiem, a w nozdrza biłaby woń krwi, juchy poniesionej wiatrem. Zda się dojrzeć, jak to tkanka miejska oscyluje. Tętent obcasów, jakże różny wobec tych u progu ranka. Na ten czas kobieta przepędza się własnym przestrachem, raczej trucht a nie chód, skoro przemyka chodnikami blokowiska. Wtedy stukot zyskuje na finezji, jestże powolniejszy bowiem rezonuje wahadłem bioder, kokieterią kibici. Pląs ich talii wyznacza agresję rapu, rytm poezji; anapest jako metrum wiersza, kiedy stopa, o zmierzchu, dobywa akcent z nierówności trotuaru, zaś mniemam o trocheju, gdy świt pociągnie szpachlą brzasku, łunę amarantu, ponad kalenicą Bazyliki Bożego Ciała na Kazimierzu.

Co będę się nimi tak tępo kłuł, wzrokiem, na pusto? A jednak! Nie czuję emocji, piszę je z pamięci. Ile to już nikogo nie ma? Ze dwa, trzy, miesiące… Wyobrażone. Wzrok mój głuchnie na częstotliwość barwy, tembr spojrzenia, od którego powietrze gęstnieje w płucach. Wszystko zdaje się blade. Nastałem uczuciem, jakby miały wzejść ostatnie dni, czego bym nie spożył nic mnie nie upija. Pamiętam, że kogoś kochałem, lubiłem nawet jej niezdrowe zastrzyki. Amfetaminy. Dość się już ździr naruchałem; relacje oparte na pieniądzach i narkotykach.

Niech moja fraza będzie jak proza spod twych palców, widok napiętej przez ciebie twarzy. Zwięzła uśmiechem. Gdybym miał zdefiniować szczęście, opisałbym je tym, jak gdzieś siedzę i patrzę się w dal, wokół mnie nikogo nie ma, słychać tylko wrzenie morza, płomień wiatru. Rozgwieżdżone niebo, czekam nocy, skoro lękam się dnia, tych promieni światła co przeszywają mnie chłodem; ćma rozrywa kokon i wypuszcza swoje skrzydła, gdy obeschną wzbije się do lotu. Wypatrzyła źródło światła, goreje żarem czyjeś serce. Pora umierać, rzucić się z furkotem w ogień, niech skrzy się moja gwiazda – jesteś słońcem.

Trzeba się liczyć z tym, że nikt nie przeczyta tego co piszemy. Meander palców jednak nie nastąpił, wśród warkoczy perzu, moich, za jej uchem spacerów; nie zapisałem nic bowiem było to bezpośrednio przeżyte, wywędrowane w pojedynkę. Paradoksalnie to smutek trzyma mnie przy życiu, wiąże z ziemią. Nazbyt rzadko go przeżywam; nadmieniam kontrasty, nic ponadto, moich powrotów w objęcia Mai, jakbym malował przebicie boku włócznią w baroku. Ukrzyżowanie. Czas ulegał spowolnieniu; drobny dotyk wzrokiem, ukradkiem, wymawiamy sobie: P_rószą się gwiazdy, ostatnie promienie, będę żyć? Żaden szloch, ani trele u zarania, ledwie łuna – gwizd fabryki._ A łyk cesarskiego stouta przywodzi na myśl libacje, niegdyś przeżywane z przyjacielem bądź w samotności, kiedy ciemnieje niebo, ponad rozmiękłymi od mgły konarami, z jakich opada czerwony głóg; każdorazowo wielkie zmęczenie spadało na mnie, teraz wspomnienie rauszu. Anett. Wtenczas zmierza się tam gdzie nie ma pracy, nikogo; wybywa myślami na Jurę, co dalej skrywa w sobie załomy pogody ducha, mimo że przed dwudziestu lat rozlały się dziko estuaria ekumeny. Dawniej, jej rozległe łąki, pasały stada krów i kóz, a my, za ich sprawą, zbieraliśmy wyrosłe później enteogeny. Dziś już, szczególnie zimą, nie spojrzy się skrzących gór w oddali, za to widzi się gęsty smog nad doliną, gdy idzie się na skały upijać winem. Wtedy piorun myśli bije mocniej, dlatego że nic się tutaj nie dzieje, chyba że przechodzą burze. Schillerów.