τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Juliette. VI.

Tylekroć wracałem na tarczy, iż zdawało się mi, że upersonifikowałem w sobie zbiorowy archetyp oddziału partyzanckiego, wraz z jego latynoamerykańskim sznytem miejskiej guerilli. Nieustannie ulegał on rozproszeniu, przygnieciony do błot jestestwa działami teraźniejszości, za sprawą własnych błędów w sztuce dowodzenia bądź wyzyskaniem inicjatywy ze strony nieprzyjaciela. Zebrawszy się na nowo wypatrujemy luki, jaką przenikniemy do jednej z dzielnic, gdzie w utajeniu przemykając się, byleby z dala od wenerycznych ślepi konfidentów, uderzymy na oślep, mącąc tym samym święty spokój drobnomieszczańskiej świadomości.

Jim Beam Bourbon

Nie powiedziałem nic, gdy spojrzałem, jak osaczeni ginęli, naręczami krwi, prócz tego, iż dostrzegając marnotrawstwo zasobów odparłem, że liczyłem się z ryzykiem. Lądem posuwała się z mozołem piechota, wskroś nieba przelatywały ku nam rakiety, wystrzelone, gdzieś, pośród morza, tygodniami niszcząc jaskinie górskich kryjówek. Świat okrzyknął wielkie zwycięstwo, nas paliło stepem pragnienie. Trzy dekady przyczajenia i sporadycznej walki nie niosły metafizycznego sensu. Byłem już zmęczony sytuacją, sobą, życiem.

Nie ma już czasu na sterty dokumentów, notesów, niedokończonych wierszy i próz. Mimo że przyjechałem tutaj, aby pisać piękniej niż Rilke, mądrzej niż Camus, to był to wyłącznie dialog ze samym sobą, wszakże, zawsze, milczałem lub odpowiadałem półgębkiem bowiem nie niosło owe duchowych zysków. Temu nigdy nie kończyłem lub poprzestawałem na poszukiwaniu idealnej frazy. Przeżyłem co mogłem, w tym ciężka pracę, nędzę, nagłe przypływy gotówki, ojcostwo, miłość i rozpacz, a psychonautyką trzecie oko percepcji. Całe życie spędziłem w „wewnętrznym skupieniu samotności”. Pisałbym to tydzień, miesiąc, rok, choćby o tym jak uprzednio próbowałem wymrozić serce, mimo że do twarzy było mi z butelką i papierosem. Chadzałem na mróz rozpięty, z mokrą głową. Nie chorowałem już inaczej, jak melancholią, odkąd zacząłem pić codziennie. Uczyłem się czuć, niby Rilke, za radą Lou Salome. On przechadzał się boso po rosie, by rozróżniać poszczególne źdźbła trawy, nadto rąbał drzewo, ja uczyłem się żaru mężczyzny co płynie w żyłach, za sprawą juchy alkoholu, listopadowy ziąb – mrozem kobiecej duszy. Grudniem zatraciłem nadzieję. Los nieszlachetny, przegrywałem w karty życia, nie miałem zimowych ubrań, coraz rzadziej nie bywałem w mieszkaniach na Stradomskiej i Św. Tomasza, dogrzewanych palnikami kuchenki gazowej.

Dziś nie pójdę do pracy, ani z Dariuszem – na setę w bramie, do kasyna; tym bardziej nie spotkam się z Juliette. Mam coś ważniejszego do załatwienia, w pojedynkę. Jeśli Golański potrafi napisać o mojej dramatycznej męskości, to wspominam teraz, jak powiedziałem komuś, że widzę, nieraz, przed sobą czerń, iż muszę runąć w punkt, mimo że dostrzegam za sobą, po bokach, krajobraz, architekturę, to już znam alegoryczny kształt owej przestrzeni. Domyśliłem się go, podczytując ostatnio „Ortodoksję” Chestertona, fragment o św. Jerzym. Przede mną smok wznoszę Ascalon.

Nigdy nie chodziło o to, aby zrobić kwit lub wydać książkę. Pragnąłem nie patrzeć wzdłuż widnokręgu i myśleć, jakby to było. Chciałem poznać kogoś takiego jak Juliette. Nawet jeśli miałem się rozjebać życiowo: uzależnić, wylądować w psychiatryku, w areszcie, na ulicy i bić ludzi, dilować czy kraść. Sprzedałem wszystko i zaciągnąłem długi, aby zagrać w jej kasynie. Przekurwiłem. Dzięki czemu wypaliłem siebie i już nigdy nie napiszę wiersza, nie zakocham się i kiedy słyszę, że mam syna… Nie rusza mnie to. Obowiązek; pozostałe tylko elementarne, ciemne – chtoniczne. Czuję się jak po lobotomii; stałem się skurwysynem; trzeba było zabić chuja, mnie-tamtego! Ruchałem przeróżne ździry, ale kochałem tylko ją i wracałem do niej myślami tak, jak teraz; podobnie kułem się tępymi igłami na pusto.

Co ona mi powiedziała?
- Kiedy? - Mnie świat runął, „dobyło to iły z dna”.
Kiedy się starałem? Cały czas.
Zabrakło mi siły, aby wzdychnąć. Nie powiedziałem nic. I nie mogłem uwierzyć w tę zadufaną siebie ślepotę. Niepamięć na gesty, prezenty, kwiaty, telefony, smsy, randki, zakupy, na słowa, na czyny. Na cokolwiek, jakkolwiek. Mnie.

Aktualnie? Ja i pół szklanki Jim Beam Bourbon. Nasłuchuję zwierzeń barmanów, striptizerek, podziemną radiostacją jestestwa. Podówczas intymność rauszu tnie bruzdami duszę, niejako odsłania koryto rzeki dawnego bytu, toteż wabi odmiennym życiem. Są to pramowy dostępne uszom, wyłącznie po inicjacjach. Dochowując im wierności przybliżam się ku Misteriom Eleuzyjskim. Dlaczego mam w ogóle mówić? Wypowiadać słowa które ludzie chcą usłyszeć, by zapałali do mnie sympatią, kiedy nie mogę powiedzieć tego co pragnę, by nie uchodzić za nudziarza?! Chcą się śmiać z powodu zgryźliwych uwag, zdaje się to mnie podobne zabiegom higienicznym – spluwaniu, gazom, wymiotom. Duchowo czerpię większe zyski, kiedy w samotności wypowiem własną myśl, by móc usłyszeć ludzką mowę – owy psychopharmakon. Dlaczego nie szykujemy się do rozmów całe życie, jakby dialogi miały brzmieć, niejako pierwsze słowo, po którym nastało wiekuiste światło? O mądrości się milczy, nie dzieli się nią z przypadkowymi ludźmi, wszakże mogą zrozumieć ją opacznie.

Mógłbym mówić, że whisky wchodzi inaczej, niźli wódka, oparami. Nachyl się nad szklanicą, a oczy zaczną ci łzawić, jak pod Ypres – wskroś rozpędzonej, konną policją, manifestacji anarchistów. Nie nawykłem pić destylatów ze szklanki, tak po rosyjsku. Kieliszek – albo z gwinta, oto moja metoda. Nie słodzę herbaty i kawy, toteż nie rozumiem ludzi przepijających wódkę. Dla mnie może nawet być ciepła – im ciężej wchodzi, tym wyrazistsza w smaku, jak charakterna kobieta. Kolorowe napoje powodują wymioty, psują smak, lepiej zakąszać ogórkiem kiszonym bądź wędliną. Chyba, że tempo picia jest szybsze, wtedy przepalam papierosem, przepijam piwem. Tak mnie nauczył ojciec.

Bywałem też tam gdzie wnętrze przygaszono świecami, słabymi żarówkami, o ciepłej barwie, wespół z bordowo pomalowaną ścianą i drewnianymi schodami, prowadzącymi na kameralne piętro, by można było posiedzieć z dziewczyną. Napchać ją wrażeniami, ersatzem high life. Co jeszcze? Perski dywan na ścianie, krzesła na zewnątrz mają czerwone obicie, jak w kinie, tyle że będąc pod krużgankiem rzeczywiście czuło się magię kina, siebie niby w scenie filmowej, tę kinematografię kawiarnianych intelektualistów. Nadto pojemniki na świeczki wykonane z zielonego szkła, byśmy mieli poczucie absyntu cyganerii, wchłaniając zabarwione światło. Lubowałem się w przesiadywaniu przy małym i okrągłym stoliku, z jednym krzesłem, zaraz przy wejściu. To właśnie przy nim siedziałem pierwszy raz z Juliette. Tyle że nie dziś; piję piwo i palę papierosy, spoglądam na przechodniów; zaraz będzie wlókł się tędy Dariusz – on ma pety, ja dwusetę. Pierdolniemy! Właśnie drugą stroną, janusowego oblicza, jest przyjście tam z kimś, coby pielęgnować więzi na modłę starych winogrodników. Kiedy głośne zaciągnięcie się, wzdychnięcie nad literatką, stanowi tajny język bliskich sobie. Ja przychodziłem łudząc się usilnie, że jeszcze raz tam ją spotkam, usiądzie obok, choćby ponaglona moim krzykiem i będziemy milczeć. Nic ponadto.

Później lądowałem w odmiennym przybytku, aby się dobić, gdy byłem poirytowany bądź pragnąłem posłuchać pozostałych alkonautów, narkomanów, mitomanów, kurwiarzy i kryminalistów. Najpierw bania, potem whisky, wreszcie piwo. Od czwartku do niedzieli grają tam bluesa na żywo. Idealne miejsce do przesiadywania pod barem, przez kilka godzin. Najlepsze puby to te gdzie czasem policzą mniej, doleją więcej, mówiąc – Nie zaszkodzi ci! – kiedy barman nie jest po kursie, ale ma dziesięć lat doświadczenia. Stali bywalcy mogą wnieść swoją flaszkę i rozlać ją za przyzwoleniem. Stanowi to zysk, ludzie z zewnątrz widzą, że ktoś siedzi, iż ktoś się bawi, wtedy wstępują. Lgnę do nich jak ćma do lampy. Wymaga to poszanowania praw gospodarza, co w Polsce z wolna zanika. Bez francuskiej pretensji, iż nie ma wina, że coś nie jest takie, jakie powinno być. Brać bar, zwyczajnie jakim jest! Nie wchodzić za kontuar.

Wychodziłem do pracy, rankiem lub popołudniem, brałem nadgodziny. Potem wracałem, jadłem bądź nie. Smażyłem kotlety o dwudziestej trzeciej, prasowałem o pierwszej w nocy, przypadkowo wychodziłem o północy i szedłem z Łagiewnik na Kazimierz. Pragnąłem się przejść, czułem napięcie, pragnienie. Nieraz tylko umyłem siebie i biegłem z mokrą głową na tramwaj. Rano budziłem się skapcaniały, udawałem się na magazyn bez śniadania, kawy. Na szczęście wystarczyło mi na nowe buty, bym mógł poprzednie zanieść do szewca. Nie mogłem znieść myśli, iż będę mówił komuś coś intymnego, wzniosłego, a one będą skrzypieć! Ostatnią stówę oddałem Dariuszowi, bardziej jej potrzebuje – ja mogę znieść życie. Tak upłynęły dwa miesiące. Teraz wracam do Ernsta Jüngera, aby odnaleźć pewien spokój – znaczenie w błahostkach. Ciotka dowiozła mi książki ze wsi i pyta się mnie co porabiam na Kazimierzu? Patrzę, piję, rozmawiam z przypadkowymi ludźmi. Odparła ze śmiechem, że niewiele zmieniło się w moim życiu. To co zmieniło się to to, iż nie doszło do skutku moje spotkanie wczoraj, z Juliette. Pragnąłem „wydobyć iły z dna”. Może i dobrze, tamże rtęć i ołów.

Na moment odrzuciłem, speedem, melancholię tak, jak kochankowie odtrącają się w duszną noc. Ale wraca do mnie w sposób, w jaki obcy mężczyzna wchodzi do łóżka młodej kobiety, która lubi spać przy otwartym oknie. Uprzytomniło to mi, że zawsze starałem się eradykować ją tak, jak „matka dusząca niemowlę w kołysce, z obawy przed złem jakie może je spotkać lub wyrządzić”. A te rodziny co pozwoliły, aby komuś, z ich krwi, poszatkować fragment mózgu, przez oczodół – szpikulcem do lodu? Lobotomia koiła im nerwy. Musiałbym urwać sobie jaja bowiem patrzenie, poprzez światłocienie melodyjnie zorganizowanych wersów, podobne było sterylizowaniu niezamężnych kobiet, przesiadujących w szwedzkich barach. Skłaniało w stronę ducha, zaświatu rojeń o ideach, wszak nie robiono tego żonom przemysłowców i adwokatów, a przecież ten sam ekonomiczny powód skłaniał je do jednakowego rozkładania nóg.

Nienawiść klasowa oparta na ułudzie intelektualizmu, jaka hipnotyzowała mnie bożkiem piękna duszy i deprecjonowała atrakcyjność ciała, kobiecego. Nie tylko odpowiadała za eugenikę, także kurwiła logikę. Wszakże miałem być niezdolny do własnych ocen tego co dobre, bez szkody względem otoczenia, dla mojego ciała, a wykraczającego poza ustawę. Zrzekać się własnej władzy nad sobą, finansowej i obyczajowej, na rzecz centralnego ośrodka i opinii publicznej, podobne jest powiedzeniu, że nic się nie znaczy, że się jest jak paznokieć do przycięcia, wreszcie nie zależy sobie samemu na własnym szczęściu. Za każdym razem, jak przedsięwzięty ręką legislatora gang, przykłada mi do skroni, umundurowanym łapskiem, spluwę, bo czegoś nie mogę albo muszę, czuję się jakbym był trzymany przez potężne ramiona negrów i był gwałcony ich kutasami sięgającymi kolan. Cała opozycja wolnościowa jest świadoma swego i powszechnego spedrylenia. Upokorzona tym bardziej, że zorientowana w całym procederze. W całym swym niewolnictwie zdolna jedynie do jękliwych pisków eunucha, pobrzmiewających na wskroś internetu, co wyłącznie irytuje zmysły i nabiera się słusznego przekonania, że należy strzelić otwartą dłonią w potylicę, jak gówniarza drapiącego po tablicy.

Ta perwersja współczesności polega na zaproponowaniu różnych technik ekstatycznych, mających trzymać frustrację w ryzach. Napoją cię ziołami i każą walić w bębenek, byś udawał szamana. Albo zaczniesz słuchać poezję śpiewaną, będąc w obawie okazania się kimś nieatrakcyjnym dla kogoś, przez to miętosił w sobie lęki miesiącami, ba nawet latami. Odczułem ulgę uświadamiając sobie, że nie spoglądam na obraz, ale na dłonie które go namalowały. Że nie zachwyca mnie technika gry na instrumencie i wydobywane z niego fale akustyczne, ale to jak flecistka porusza się w trakcie wykonywania sonaty Claude’a Debussy’ego. Nie dźwięk, tylko jej uroda opisywały w mojej świadomości zwiewne piękno nimfy Syrinks.

Melancholia brała się właśnie z popędu seksualnego, wypartego za pomocą sztuki. Z niezaspokojenia ambicji wyszeptania komuś konkretnemu swojego wyznania, że dotykałbym, gładził niespokojnie, niejako odganiając od mrówek, aby móc oddychać z trudnością, jakbyśmy byli spragnieni wody, głodni jedzenia. W efekcie padłbym na kolana i zdjął koronki – wzniosłaby się w powietrzu melodia i poniosła w stronę Słońca, by ożywić nowy dzień bowiem jej ciało na moment stało się harfą, to od muśnięć moich palców wyzwolił się tembr starożytnych zaklęć, ku czci bóstw jakichś, niby rytuał niepozwalający przepaść światu.