Jännerwein, „Blühen und Vergehn”.

Pozwól nam zejść na psy,
chciej się nam zwodzić,
i chodź z nami razem.

Aby bujać w obłokach,
ot w żywe oczy tak marzyć,
nas, daj się nam nie zrozumieć.

Żywiąc nadzieję,
by dalej się wlec,
i nie zaginąć.

Ale to czego szukamy, każe nam czekać,
dlatego już więcej nie pójdziemy.
Czyż nie jest to nasze szczęście?
Poharatane, gdzieś tam w dali…

– Nie. Już nie musimy wciąż trwać.
– Nie. Już nie musimy wciąż umieć.
Wychodzimy teraz z cienia,
rozkwitniemy i zblakniemy.

Jännerwein, Blühen und Vergehn, tłum. Przemysław Pintal.

Anafora (pozwól albo niech nas) byłaby bardziej meliczna, ale polszczyzna tego nie wytrzymuje, kiedy tekst ma się „bronić” bez akompaniamentu i tembru śpiewaka. Piosenka prawie nigdy tego nie robi – teksty Osieckiej czy Boba Dylana (niektórzy uważają je za dożynkowe wersy, ale samemu nie jestem tak „krytyczny” względem nich), teksty Stanisława Staszewskiego tak. Liryzm pieśni tożsamy jest Zgaś moje oczy (Lösch mir die Augen aus w tłumaczeniu Witolda Hulewicza), kiedy nie wiadomo czy jest on o Bogu, a może kobiecie albo druhu, wspólnej sprawie. Dziś wiemy, że Rilke adresował go Lou Salome. Mnie się już też nie chce czekać…

Ostatnie dwa wersy uczyniłbym bardziej lirycznymi, jednakże zbytnio odbiegłbym od pierwowzoru, tak jest dobrze.

PS Eksperymentowałem z zakładkami, jak w Depresji, żeby z lewej był tekst niemiecki, a z prawej polski, ale głupio to wyglądało. Warto się też zapoznać z Liryzmem niemieckiego romantyzmu…