Miłość ćpunów

Wykonanie Jacka White’a to najlepsze co mogło spotkać tę piosenkę. Zamieniłbym tylko Jolene na Morphine i wszystko, by się zgadzało. Poniżej krótkie opowiadanie, w klimacie Trainspotting Irvine’a Welsha, które powinienem przerobić na jeden z rozdziałów Juliette, ale to może kiedyś. Najlepsze jest to, że napisałem to zanim przeczytałem Trainspotting, film oczywiście widziałem lata temu. Podobieństwa wynikają z tej samej materii, jedno i drugie jest zabawne kiedy jest się czystym albo ma się materiał. Inaczej jest takie, jak się czyta.

„Miłość ćpunów”

Kocham tę ździrę. Zabiję.
– Cśśśś… Maleńka. Jestem już – szeptałem do jej ucha, masując po obolałym brzuchu i pod biustem. Waliło ode mnie piwskiem.
– Bolą mnie mięśnie i wszystko mnie jebie – mamrotała jęcząc. Jej głos pozostawał słodki, w swej chrypie, jak wtedy, gdy zaczynaliśmy się spotykać. Winne było nieogrzane mieszkanie, za oficyną, w kamienicy, a nie przepicie, ale spust miała dobry.
– Mam wszystko czego chciałaś – okłamałem ją.
Zastanawiałem się jakim cudem leżę obok takiej lafiryndy?! Nastąpiła wtórna barbaryzacja po czterech dniach niespania; nie mówię już kobieta i dziewczyna, ale pizda i cipa. Zupełnie przezroczysta, srało ją wodą. Powinienem był ugotować dla niej lekką zupę, zanim samemu dostanę dreszczy, byleby zawierała ryż, choć wolałaby MST-200, ale nie miałem floty. Nie jedliśmy Bóg wie ile. Puściłem alpre bokiem, był to chiński Xanax, ale hajs jakoś mi się nie zgadzał, toteż udałem się do kasyna, póki mnie jeszcze stymulowało, aby pomnożyć owoce własnej pracy, lecz zupełnie mi nie siadło i przekurwiłem wszystko. Nauczyłem się mówić ludziom, że nie ma tematu i nie będę o tym rozmawiał. Nie interesuj się – samemu słyszałem, samemu wypowiadałem! Jak ją w ogóle wyrwałem?! Wystarczyło tylko wypowiadać się w sposób pełen stereotypów i mniemań epoki, tej i minionych, przemieszany z wulgarnymi stwierdzeniami, byleby zaprzeczyć obiegowej moralności, a wtedy zdawałem się jej kimś intelektualnym.

Wyła przeraźliwie, zwijając się, a ja ją tuliłem, głaskałem po włosach i ramionach, całowałem. Nieustannie powtarzałem, że ją kocham, że się kochamy, iż wyjdziemy z tego, że nie jest to nam potrzebne, iż mamy siebie i jakoś to będzie. Wyjdziemy i nie wrócimy! Gówno prawda… Nie umieliśmy już bez tego być, bardziej w rozumieniu Sartre’a niż Heideggera, a przede wszystkim nie chcieliśmy. Najlepiej sytuację ujęłaby Simone de Beauvoir, że nie mogę uznać się za wolnego, jeśli ktoś inny pozostaje spętany. Gdyby nie to, że wszystko wpierdoliła to podałbym jej osiem tramadoli, które rozgryzłaby, wydłubała z zębów i popiła jaką dwusetą kolorowej i paroma piwami. Leżałaby zadupcona do ośmiu godzin, a przez resztę następnego dnia snułaby się na opoidowym chiloucie, nieustannie się drapiąc i dziwiąc reakcji histaminowej, ale będąc dla mnie grzeczną i miłą. Byleby nie drapała się po piździe przy obcych chłopach, jak to czyniła Malwida, gdy z nią byłem… Ja w międzyczasie leżałbym obok, trzymał ją za cycka, a drugą ręką walił konia, przy okazji oglądając pornola.
– Jadę do matki.
– Nigdzie nie jedziesz.
– Jadę.
– Nie.
– Dlaczego?
– Dlatego że w końcu jesteśmy trzeźwi i możemy coś porobić! Gdzieś pójść, zrobić sobie selfie, pójdziemy do Milo, na jumę, a potem ugotuję spaghetti, mimo że ci zbrzydłem na zwale. A zresztą nie jadłaś od kilku dni, a jak ci się włączy gastro, to będzie ci lecieć z dupy tak, jakbyś sypała ziemię szpadlem. – Właśnie sobie uzmysłowiłem, że samemu nie srałem od czwartku, a jest wtorek.

Pół roku temu było inaczej. Trudno stało się mnie pisać, wszakże co wieczór rozmawialiśmy po kilka godzin. Intymność rozmów kochających się osób, bezkompromisowa szczerość z mojej strony. Mówię o tym ile wypiłem, spożyłem, o kobietach co wpadły mi w oko. Pobrzmiewa w tle gitara Francisco Terregi, mówimy co nas drażni w pracy, o emigracji do Barcelony. Ciepło, ale nie tak upalnie jak w Madrycie, za sprawą ożywczych powiewów morza, o owocach co mają smak, nadto architektura tamtejszych kościołów cieszy oko. Teraz? Na przemian śmiałem się to zaraz płakałem, rozbłyskami słońca uderzały we mnie uczuciu zimna i gorąca. Błogość chłodu zwiastowała zasypianie, ciepło zaś nikczemnie aktywizowało, indukowało przykre myśli. Pozostało mi napisać wiersz:

Zasłaniają mnie szczur emki,
visuale wśród Pól Elizejskich,
CMC z targu minerałów,
sypie się ze skarpy ałun.
Wtóre piwo przy niewieście,
przegrywam z jej MST-200.
Zamiast się bawić mym chujem,
cipa żyły sobie pruje.

Rozwinęła się tolerancja na szczęście? To sobie je pokruszę i zapierdolę w nos! Anètt? Czuła się, jakby wyjebał ją pułk bolszewików, powyłapywanych gdzieś na stepach. Ostatni raz tak Polkę rżnęła kawaleria Gaj–Chana. Niemniej wymagają ode mnie bycia dalej mężczyzną, jakim byłem. I to jest problem, skoro nie umiem już być podwładnym, odkąd biegam. Mówię, że wiem, na chuj mi wygadują? Odpowiadają, iż pozostają świadomi, że ja rozumiem bowiem jestem, w ich mniemaniu, inteligentny. Rzekomo znam własne ograniczenia, a oni chcą tylko przypomnieć; po próżnicy coś tam do mnie bełkoczą, wyciągnęliby jaką dwusetę. Nie mają ochoty? Chętnie całą wypiję… Jeszcze na koniec, nim westchną i znade mnie odejdą, napomykają, żebym nie zabijał się w domu, później będzie problem z jego sprzedażą. Mam to w piździe, muszę odebrać, niby poród, siebie światu, ale ciągle o tym zapominam. Straszne dziury prześwitują w mojej pamięci. Wstałem o szóstej rano, wypastowałem buty i wyprasowałem koszulę, umyłem się, wypachniłem, wyczesałem brodę i pojechałem. Byłem ustawiony z pięcioma typami. Finalnie nic nie wskórałem i zawinąłem dupę z powrotem. Hajs się nie zgadzał, dlatego.

Nie wiem kim jestem. Wiem kim byłem, kimś kim już nie chcę być! Ale teraz? Zwyczajnym, jakimś tam, chujem, z niebezpiecznymi urojeniami pokroju, że wykazując inicjatywę, okraszoną stymulantami, mimo własnych Kann i Jezior Trazymeńskich, nieustannie dążąc do jednego celu, albo zginę bądź coś mi tam wreszcie pierdolnie, jak na automacie w kasynie. Należy tylko przeczekać nietrafione sekwencje i włożyć odpowiedni kapitał. Muszę zabić ostatecznie tamtego skurwysyna, on tam gdzieś tkwi we mnie, nie wiem, ale niedawno odkryłem, że jednak żyje i nawet zdobywa przyczółki w kartografii psyche, skoro miewam niezamierzone odstawki, trwające nawet do dwóch tygodni. Czego się innego spodziewać, skoro luzujemy patrole i ograniczamy naloty bombowe na Laos i Kambodżę? Widzieliby go, leśny człowiek… Dopierdolę napalmu! Nienawidzę i pragnę jego śmierci. Jestem kimś innym, kimś nowym! Dość tego, właśnie piję.

Rabbi ukłonił się z dystynkcją, gdy wychylałem kieliszek, zarazem zerkałem poprzez witrynę, na wycinek Paulińskiej, próbując kogoś wypatrzeć. Anètt. Pozdrowienie było kierowane ku Markowi, mimo że nie było nikogo widać zza książek, ale antykwariat był otwarty i ja tam stałem, i chlałem. Piłem za to, aby Konstantynopol stał się rosyjski; zapragnąłem ujrzeć, nim umrę, jak Hagia Sophia zostaje wyświęcona z powrotem na cerkiew prawosławną, a Putin do niej wchodzi. Nie miałem floty, a pora była obiadowa, nie potrafiłem się gdziekolwiek podziać i było zbyt zimno, aby usiąść nieopodal Wisły i gapć się – coś tam pisać. Wystarczyło mi na dwa piwa, dla mnie i dla niego, więc nie przychodziłem z pustymi rękoma. Niedługo zjawiła się Agata. Starsza kobieta, nie umiałem sobie jej przypomnieć, zaniedbałem swoją znajomość z Markiem, choć mieszkałem niedaleko. Było nas już troje, postawił flakon.

Stałem i milczałem, żałowałem, że nie jest to czysta. Nauczyłem się, w domu albo na robocie, nie wiem, pić wódkę na pusto, na ciepło, walić ją z gwinta. Najchętniej z zakąską – wędlina, ogórki kiszone. Nie miałem nic przeciw miętówce, jednakże potrzebowałem mocniejszych smaków. Wynikało to z potrzeb duchowych, spirytualnych, że tak powiem. Marek tak samo, ale flaszkę dobrała Agata, ona się po nią skoczyła, mnie wzrok zatrzymał się na okładce jednego ze spiętrowanych tomów – Ars Moriendi (sztuka umierania). Nie zaglądałem, domyśliłem się zawartości: parę anegdot, kilka cytatów z klasycznych autorów, wodolejstwo, bibliografia na trzydzieści przypadkowych pozycji, z czego część to encyklopedia i słowniki, brak przypisów poza edycyjnymi. Powinienem umrzeć, jak starożytny Rzymianin, z podciętymi żyłami w czasie biesiady lub brocząc w kąpieli.

Źle było wyjść z cugu po jedenastu miesiącach, jeszcze gorzej rzucić palenie po osiemnastu latach. Beznadziejnie jest wracać na magazyn po rautach, Rimbaudach. Jak to jest zawrócić po wyznaniu miłości? Dawno się nie widzieliśmy. Wracała z innego miasta, rano jeszcze rozmawialiśmy przez telefon, szykowałem się na wieczór. Popołudniem urwał się kontakt. Wydzwaniałem głucho – pisałem niemo, nagrywałem się na pocztę, słałem wiadomości przez internet. Wreszcie się dobiłem. Powiedziała, że zaczeka na dworcu, mimo że przez weekend zgwałciliśmy moje konto bankowe, wziąłem taksówkę, by zdążyć, nie obchodziły mnie już pieniądze. Zapłaciłem horrendalną sumę. Wręczyłem prezent, zdziwiła się, że o to chodziło, iż to jest tym co muszę powiedzieć w cztery oczy, przeszliśmy kawałek, przejechaliśmy przystanek czy dwa, i powiedziałem o moim zakochaniu się – zjebała mnie. Wtenczas przeżywała trudności życia, popłakiwała, musiała wypić wino bądź to ja czułem siebie. Człowiek który kocha okazuje szacunek, a nie wymaga rzucenia wszystkiego, by się spotkać, oskarżała. Wykrzyczała swój ból, było to zbliżeniem. Poczułem ulgę. „Ja w jeden dzień potrafię więcej potęgi włożyć w moją miłość niż on przez osiemdziesiąt lat, choćby kochał całą mocą swej marnej istoty” - Ellis Bell, Wichrowe wzgórza. Tyle mojego wytłumaczenia.

13 listopada 2019