τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Juliette. VII.

Jesteśmy jacyś popierdoleni, tak o mnie uważa matka. Każdy z nas odnalazł namiętność w życiu: białe–wóda–topy–majka–kniga–ździra; zebrałem wszystkie Pokemony. Być dumnym? Niby hymn monarchii francuskiej?! Musiałem, kurwa, wyjść i nawciągać się chrzanu, mimo że jestem amfetaminiarzem i nie muszę się odwracać za bratem, aby zamienić się w słup soli:
– A kim ty kurwa jesteś, żebym miała się ciebie słuchać, dziwko?
Mówią mi na mieście, żebym sobie ją darował bowiem wygląda na pojebaną lesbę. Tak jest w istocie, z charakteru przypomina Anaïs Nin, co jest komplementem i jebie się nade mną, z taką samą pasją.
– Jeszcze nikim. Chcesz żebym był kimś?
Nie umiem przestać jej słuchać. Barwa głosu? Tembr ciągnie się niby miód, ów między łyżką a słoikiem. Mogłaby czytać bajki dzieciom albo szeptać do mnie, gdy dogorywam na ćpuńskiej melinie, wtenczas zda się, iż idę do nieba, a ona jest aniołem – walkirią, skoro dostałem medal, Pour le Mérite albo Order Bohatera Związku Radzieckiego, za poniesione rany – wyżarta przegroda, zrosty wzdłuż ręki.
– Moje chęci nie znaczą nic w obliczu twoich zamiarów.
– Jakie masz chęci, a jakie ja mam zamiary według ciebie? Moje myśli siedziały w twojej głowie, niech teraz twoje zasiądą w mojej.
– Chęci? Na pewno chciałabym być. Nie mam zamiaru pierdolić nic o wyciąganiu z życiowego gówna, bo jeszcze oduczysz się dobrze pisać. Poszłabym na to dno razem z tobą i taplała się w słodkim gównie biedy, chlania i sztuki.
Jak jeszcze raz usłyszę od jakiejś ździry, że mnie kocha, to ją strzelę w pysk. Następna miłość będzie dla mnie śmiertelna; cipa będzie miała mnie w dupie, a nie na sumieniu. Nie wiedziałem, nie umiałem, skąd ludzie biorą takie ździry? Które dla nich wyniszczają się z miłości, dają się bić i okradać, wykorzystywać, a potem symulują samobójstwo. Nigdy takiej nie miałem, ale większość kobiet jakie poznałem była właśnie taka. Całe życie potrzebowałem wyimaginowanej opowieściami suki, a miałem pyskate, oziębłe, praktyczne. Mnie nudziło się ruchanie ich po tygodniu, finalnie zdradzały, wbijały nóż w plecy. Siedziałem z nimi i włóczyłem za sobą bowiem nie chciałem być samotny, niemniej byłem, lecz mogłem pokazać się z kimś w towarzystwie.
– Zaopiekujesz się mną? Chociaż na chwilkę, dopóki nie zdechniesz?
– Tak – nauczyłem się widzieć, że jestem samemu i nie ma nikogo, a teraz jestem tutaj i do kogo to, jak ja, nie widzisz.

Thérèse mówi z sensem, przynajmniej po ośmiu klonach, gdy wypije, zanim jej film się zerwie i odleci w niebyt. Nie chcę, aby umarła, martwię się o sukę, już lepiej, jak się tnie po udach. Dopiero co ją wyrwałem z patologii, na zadupiu. A teraz?! Walnęła łbem o posadzkę. Wziąłem miednicę, szmatę i letnią wodę, skoro jucha przestała walić. Blada i we krwi – wygląd ofiary, zgwałcenia i mordu. W tle, z cicha, leci „Milion szkarłatnych róż” Ałły Pugaczowej i podkładam jedną rękę pod głowę, drugą zaś pod kolana i podnoszę. Jest lekka, waży ekwiwalent dwóch worków cementu. Kładę ją na łóżku, przykrywam kocem i obmywam twarz, na ile mogę włosy. Wstanie to będzie chciała się uczesać, lecz będzie wrzeszczeć, dlatego że strupy skołtuniły jej fryzurę. Kładę się obok, patrzę jak śpi, bez makijażu wygląda na dziecko – toteż czuję się, jak Roman Polański u progu światowej kariery.

– Obiecasz mi coś?
– Tak.
– Nie zrób sobie celowo krzywdy, proszę cię. To jedyne o co cię proszę.
– OK.
– Ale na prawdę proszę. Zależy mi na tobie – dlatego że jest naćpana i właśnie dlatego ćpamy, aby się kochać i wyznawać sobie autentycznie pierwotne emocje, inaczej stłumione pozostaną mieszczańską ułudą chuj wie czego. Przestanie ćpać to zapisze się na siłownie i zrobi studia, zajdzie w ciążę z jakimś frajerem, toteż wezmą kredyt na mieszkanie, będą też jeździć na wakacje. Będzie smutną, zestarzałą, cipą, nadto chujowo pomalowaną, póki co potrzebuje majki, a ja floty.

Niemniej nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi. Nie mam przyjaciół, nie mam kogokolwiek. Nie mam nawet tęczówek. Nigdzie nie przynależę, zawsze na uboczu, na około, póki mam flotę i dragi, i nie jestem w stanie stworzyć relacji opartych na czymkolwiek innym! Dokąd pójdę? Idę do Karawanseraju. Po drodze widuję się z kurwami, żebrakami; ludzie których nie zniewala świat materialny, ale idea. Tym właśnie jest orientalna religia? Nie doczytałem u Ciorana, gdy go sprzedawałem wraz Ernstem Jüngerem. Czuję w sobie te warstwy, narastają erozją bytu, niekiedy dobywam na wierzch skamieliny. Rdzenie lodowe wyjęte z serca są ciemne, głęboki śnieg; lubię jak mi szczęka lata, a zęby się kruszą.

Poszedłem do Króla Cygańskiego, dlatego że to mój ostatni kolega. Chciałem mu powiedzieć, że tak naprawdę nie chcę się zabijać, mimo że mam funeralne tendencje – czasem trzasnę typa co ma kilka suicydalnych–stów w kiermanie. Kocham żyć! Ćpać–ruchać–jumać, lubię jak się mnie boją, kiedy mnie czytają, jak wiszą mi typy flotę i nie ściągam, skoro pozostaje między ludźmi niewypowiedziane i można liczyć na farta, nostalgię, gest… Słowo, sznyt! Kurwa mać pojebane jest, że nie wychodzi nam z kobietami i nigdy nie mamy kwitu, tyle że pozycję do jego zrobienia. Z resztą nie ważne ile się komu wisi, ale istotne, że utrzymuje się płynność finansową. Właśnie ją uzyskałem, pierdolnąłem na jumę, żeby dać w szyję, w nos i w kabel, sobie–tobie w dupę!

Juma? Minąłem, na ukradzionym przez znajomego ćpaka rowerze, jakieś dziewczyny z korpo, wioząc w torbie, dopiero co zajebane, tarcze do cięcia betonu, warte tyle co ich cipa. Były piękne, ja śmierdziałem niechlujny. Pogoniłem je w lombardzie, kupiłem kreski i owsiankę. Agonia w apatii; wegetuję, ćpam samotność. I zaś noc spędzić bez słowa albo pierdoląc do siebie? Sporadyczny ruch – kręcę szluga, gaszę peta. Wtenczas paraliżuje mnie napięcie, niezaspokojone pragnienie zaś trwoży bólem życia zmarnotrawionego gonieniem dziś, nim doścignie mnie rzeczywistość. Doścignęła. I chuj, i sztos! Teraz gonię przeszłość płacąc długi, mandaty i alimenty. Nigdy nie miało to innego sensu, jak trwoga nienasyconych ust, wargami wyobrażonego.

Tymczasem, w Karawanseraju, nie posiadają terminala płatniczego, przypadkowi klienci i turyści nie wątpią, iż znaleźli się w podrzędnym barze, mimo że szyld widnieje przy głównej ulicy. Poprzestają na jednym piwie, pośpiesznie wychodzą, nie patrzą na ludzi, ale w telewizor – program z meczem lub muzyką popularną. Dla mnie to znak, że bywa tu juma i dilerka. Pozostało nas niewielu, dlatego siedzimy w refektarzu, a nie w ogrodzie. Nie uzasadnia tego młoda godzina, środek tygodnia i zimna pora roku. Nie jesteśmy cezarami, niemniej półświatek, jak każda hierarchia, odnajduje analogie w dyktaturze. Zda się, że straże opuściły zamek bowiem nastał spenglerowski czas, wrogie plemię wystawiło czarnuchów w awangardzie.

Dzierżymy nieoczywiste insygnia. Król Cygański pobiela oczodoły spopielonym kondorem andyjskim; mnie, pod nozdrzami, wytatuowano krzyż św. Andrzeja, lecz mimowolnie zakrywam go wąsem, bez którego broda okazuje się niepełna. Orimo roztacza się nimbem gestów, jest jak Merkury; wciąż jedną stroną do światła rozmówcy, unika wzroku, oddala się, obiega rejon, po czym zawraca i transakcja dochodzi do skutku bądź nie. Jemu świat jawi się jako scena, mikrofon to jego berło. A ja znaczę nic, pretensjonalnie figuruję, nie umiem znaleźć sobie miejsca. Na odchodne stawiam po bani, trzy shoty za dwanaście złotych. W tymże geście objawia się staropolskie zastaw się, a się postaw. Wiedzą, że nie mam pieniędzy i jedyne co mi pozostało to imię, jego słowo. Nawet, gdy jestem zupełnie przezroczysty, na swojej fizys, to dbam, aby obuwie było wypastowane, a spodnie wyprasowane. Człowiek żyjący kulturą, a nie cywilizacją, dostrzeże sznyt.

Walę banię i myślę co dalej, ale alkohol mi nie pomaga, potrzebne są mi narkotyki. Muszę czekać aż przyjdą i się doczekałem.
– Jestem Ci wdzięczny, w chuj – zalotnie prychnęła. Ja się śmiałem. Ożeniła mi dekagram przekopanej ostro z kofą fuki, za sto pięćdziesiąt. Mnie to jebało, byłem pogięty, musiałem przyfurać, aby odzyskać beat, zyskać wyczulenie na uliczny puls. Wystarczyłoby parę grudek… Poza tym wpadła mi w oko, metr sześćdziesiąt dwa, blond włosy ścieniowane nad karkiem, czerwień na policzkach – rozmazany tusz na rzęsach, ma trzydzieści lat, a zachowuje się na czternaście. JuJu. Rusycystka. Jestem pewny, że za tydzień przefarbuje się na niebiesko, a jeśli mnie lubi to na rudo. Schowała wagę.

Zawinąłem dupę. Po drodze wziąłem jeszcze w pizdu majki, maczanę, czas się zabić albo pomówić z Juliette. Siedząc niemo, w pustym tramwaju, przypomniałem sobie, jak to porobiony, do imentu, prosiłem niegdyś Króla Cygańskiego, aby mnie zastrzelił, ale chujowy z niego przyjaciel, skoro odparł, że samemu muszę to sobie zorganizować, lecz nie sprzedał mi broni. Odpowiedziałem mu, że w takim razie nabiorę od niego w kurwę materiału w kredo i nie oddam floty. Nie będzie miał wyjścia! Od tamtej pory wolał mi zajechać fartem, niż żebym mu wisiał.

Będąc w domu poczułem ucisk w oczodołach, od strony mózgu, rozlewał się on leniwą falą, jakby opływał gałkę oczną, kierując się do źrenic, aby zatrzymać się tam i spocząć, wzdychając przy tym tak, jak mają to w zwyczaju starzy mężczyźni, kiedy siadają na cudem odnalezionej ławce, wszak zmęczyła ich duchota podczas spaceru. Było to podobne wieczornej eskapadzie z małymi dziećmi na plaży, gdy woda leniwie omywa im kostki, a one otępiale patrzą, jak ich ślady giną ścierane pływami. Przekomarzają się i głośno krzyczą, rodzice zaś wtórują im kąśliwymi uwagami. Nadto ucisk w szyi, jakbym zakochał się, dalej w piersiach żywiołowe przytulenie ukochanej. Wtem rozlał się we mnie zew tęsknoty za czymś dawnym, niewinnym i beztroskim. Stało mnie się ciężko na duszy, przeto zapragnąłem wtulić się w kobiece ciało. Ucałować je, mając nos w dekolcie. Potem pójść na spacer, na wzgórze, na łąkę, by położyć głowę na jej udach, niech mnie gładzi, a ja mrużę oczy, obym usnął jak nuci maleńkiemu, śniłbym o pramatce.

Umierałem, skręcało mnie z bólu, czułem smród swojego potu, skarpet, obłaziły mnie muchy, rozebrałem się. Zwymiotowałem. Pociłem się, bolało mnie nad żołądkiem, wątroba, serce, nie wiem. Nie jestem anatomem. Miała mnie gdzieś, nie przyjechała. Czułem inny rodzaj otępienia. Wiłem się, podnosiłem podkoszulek, całe szczęście, że dzisiaj nie założyłem koszuli, porozrywałbym ją, wpierw guziki na torsie, a potem odrywałbym rękawy. Dotykałem się, gładziłem po brzuchu, po klatce piersiowej, jakby nie było to moje dłonie, lecz kobiece.

Juliette znalazła mnie w ogrodzie, mimo że mocno lał deszcz. Znalazła? To moje wyobrażenie, ona ma mnie w piździe, w dupie. Deszcz? To mózg mój ronił, głowa rosiła się płynami ustrojowymi, jakbym substancję jakąś ekstrahował ze swoich myśli. Stałem niemo, patrzyłem na jabłoń, w dal – gdzieś, podeszła do mnie boso i pocałowała mnie, jakby, jako panienka, z taktem skubała obraną koszulą, sweter. Musnęła, przygryzła mi wargę, by pobudzić seksualnie. Nawet nie drgnąłem, zaczęła płakać. Wtedy wypytywałem samego siebie.

– Nie wiem dlaczego, lecz doznaję obcości otoczenia.
– Opowiedz mi o tym? – Ujrzałem martwego gołębia obok zmiętej gazety; haruspicina.
– Nie umiem.

Nie musimy do siebie mówić. Boli mnie twój płacz, depresja oddechu i uśmiech, blond włosy, zobacz jak mi serce bije dla ciebie! Wszystko u ciebie jest takie bez sensu, bez celu, bez znaczenia; istnieje tylko przymus życia, pracy, oddychania. Kiedy to nie było, niemniej dobrze cię widzieć. I bystrzy się topiel wzorku, zęby dzwonią kuligiem, ku brzasku noc wzlata, aż do wymiotów; pocałunkiem żmii sinieje szyja, wrzask widnokręgu – zgładzone nabożeństwo nocy, nie marzenie senne. Wąska źrenica unaocznia totem żmii, pnie się wzwyż kręgów, wije wzdłuż ramion; grono jadu opada wraz ze szlochem, jest wniesionym nam wianem Anètt. I skaczę w jej szczelinę, i żrą mnie wypełzłe w nozdrza czerwie, odtąd serce broczy wodą różaną; krew miesza się z ziemią, dziób sępa ocieka juchą baranka; zruszony tors gubi trzewia – łono ziemi promienieje z jurty, skąd matczyna troska snuje się dymem: pod obojgiem postaci podano do stołu. Objęła mnie słabość, a przyszłość nie stała się ciemna, ale przestała istnieć jako poczucie chwili, pojęcie siebie i konstrukt językowy. Upadłem? Nie znam tego słowa. Ja wtedy wzniosłem się i pokonałem opór, jaki stawiała przede mną rzeczywistość. Ta chwila jawi się jednorazowym błyskiem komety i był to mój moment; wolta uczuć, kiedy moje serce to pomalowany na czerwono, ustami ździry, motocykl Hondy.

– Też mi smutno.
– Dlaczego?
– Stagnacja. Nie czerpię z rzeki życia pełnymi garściami. Po prostu.
– Kiedy je pochwycisz mocno dłońmi, to przesypuje się ono jak piasek, przelatuje wodą.
– To może w ogóle nie chwytam.
– Byś się tylko pobrudziła.
Sylwetka Juliette skrywa się za musztardowym swetrem, nazbyt szerokim, rozciągniętym, niemniej smukłość linii przywodzi na myśl krzywiznę włoskich statków żaglowych – pierś odznacza się napiętą wiatrem żeglugą, zda się dostrzec wcięcie talii. Garbi głowę, jakby szukała czegoś u korzeni, nie w przestworzach; jej pochodzenie jest czysto chtoniczne, złożyła ofiarę Hadesowi i dlatego zbiegła ode mnie zimą.