τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Chluszcze i chłoszcze w czasie lektury „Szklanych pszczół” Ernsta Jüngera

Post-sartre’owski człowiek pascalowski[1]

O tej godzinie ogłupiasz się lekturami czytanymi setki razy i setki razy przewracasz się z boku na bok, nie mogąc zapaść w sen. O tej godzinie, z oczami szeroko otwartymi w mroku, po omacku szukasz pod wąską ławką popielniczki, zapałek, ostatniego papierosa i spokojnie badasz rozmiary swojego nieszczęścia.

Georges PerecCzłowiek który śpi

Kupiłem Szklane Pszczoły w Bunkrze sztuki kiedy mieszkałem w Krakowie i sprzedałem je Markowi z antykwariatu na Paulińskiej, gdy się wyprowadzałem. Miało to swoje dowiązanie metafizyczne, skoro upłynniłem „lary i penaty”[2], dlatego że owe m i e s z k a ć było gwałtem zadanym semiotyce; niekiedy krzyżowałem dłonie na piersi, aż palce dotykały ramion, jako ersatz, gdy się kładłem, dociskając ciało, aby poczuć ucisk, jak na jednym z obrazów Edyty Prawdzińskiej. Moja „psia gwiazda” mieni się dalej. Toteż zwróciłem uwagę na postać Teresy, żony bohatera lirycznego (rotmistrz Richard – krzyczane na modłę Captain Scarlet, przez Siouxsie and the Banshees; bohater a nie podmiot, epilog wyjaśnia), a wiadomo z pozostałych lektur autorstwa Ernsta Jüngera, że jeśli pojawia się u niego kobieta, to na ogół jest jednozdaniowa i wypełnia jakiś archetyp; nie ma miejsca na kobietę w Männerbund, jako że pojawienie się kobiety, w percepcji mężczyzny, transfiguruje wyżej od dotychczasowej woli. Szczególnie, że nakreśliłem Thérèse, zanim przeczytałem Szklane pszczoły, wszelako nie zdziwiło mnie podobieństwo z psychologią jüngerowej Teresy (obie czekają), ale dobór tego samego imienia już tak. Jedna i druga wzięte, niejako, z obrazów Balthusa.

Labyrinthos.

Mieszkanie Wittrewego wyglądało niemal jeszcze smutniej. Znajdowało się w dzielnicy Stralau – w Berlinie, „co to śmieje się i płacze”. Zaprowadził mnie do pokoju, w którym stał kredens z kaukaskiego drzewa orzechowego, zwieńczony kryształową misą. Ożenił się. Przekonałem się wówczas po raz pierwszy, że mężczyźni, którzy przez lata byli ulubieńcami kobiet, mają najmniej powabne żony.

Ernst JüngerSzklane Pszczoły

Bywało się i na takich mieszkaniach, meblościanka z lat 70 i obszyta koronką serwetka na telewizorze; modernistyczna przestrzeń z sofą i materacem na antresoli. Wnętrze wzbogacone brakiem pretensji innej jak z czasopisma o architekturze pomieszczeń, ale łatwo wydać się w nich kimś intelektualnym, wystarczy powtarzać mniemania epoki, tej i minionych, jak i zaprzeczyć obiegowej moralności. Wyrywało się w ten sposób dziewczyny i zyskiwało popularność. Niemniej sens całej sceny jest inny – umierać wraz z tym w co się wierzyło, podobne jest kaźni opisanej przez Foucaulta w Nadzorować i karać, kiedy patroszonemu okazują jego własne wnętrzności, aby mógł zobaczyć je ciskane w ogień, zanim skona.

Teresa uważała, że jest dla mnie ciężarem; była to jej obsesja. W istocie to ja już dawno powinienem był wziąć się do roboty – cała ta bieda brała się z mojego wygodnictwa. Brała się stąd, że miałem wstręt do interesów.
(…)
Kiedy źle nam się wiodło, co w ostatnich czasach było regułą, często wyczuwałem w nocy obok mnie to lekkie drżenie, jakie wstrząsa kobietą, która chce ukryć płacz. Dopytywałem ją wtedy o powód i słyszałem starą śpiewkę – że byłoby o wiele lepiej, gdyby się w ogóle nie urodziła, gdybym jej nigdy nie spotkał.

Ernst JüngerSzklane Pszczoły

Ów powab zasadza się na obecności, odnajdujemy dowód na początku książki. Rzuca się w oko brak opisu wyglądu kobiet (pomijając uśmiech i kupno sukienki na końcu), pozostawiając go w gestii wyobraźni, wobec czego ta staje się plastyczna: wspominam ją jako blondynkę z włosami do ramion, ok. metr siedemdziesiąt wzrostu, usta wymalowane sangwiną, jakby gładziła ochrą zmarłego kromaniończyka i każda kobieta posiada swój gest, dla którego chce się do niej powracać, a w jej przypadku byłby to grymas, z jednoczesnym przymykaniem oka i odsłanianiem zębów z boku twarzy, kiedy wargi zostają ściągnięte, słychać – Cyk – jak u pirata z kreskówki, co ma symbolizować, „że będzie dobrze”. Rysuje, palcem w mojej brodzie, meander, niby lufa karabinu co wystaje spośród makii, skrytego wśród niej bryganta. W tym momencie, za sprawą kobiety, osiągamy sworzeń powieści, w postaci obciętych uszu pływających w stawie (które obserwuje w czasie rozmowy o prace, w posiadłości kapitana przemysłu Zapparoniego), jakie wywołują psychosomatyczne obrzydzenie i rozważania moralne u Richarda. Małżowina uszna wije się w minojski labyrinthos, a tym labiryntem jest sytuacja – Węzeł gordyjski (zbiór esejów Jüngera) do przecięcia; Richard zastanawia się jak wyjść, nie tylko z twarzą, ale i bezpiecznie!

Ucho Ariadny

Skąd pomysł na obcięte uszy?! Kiedy kończyłem książkę skojarzyło mi się to z listami Nietzschego (w pismach Jüngera występuje on niekiedy pod eufemizmem „stary kanonier” bowiem Nietzsche pisał o sobie, że będzie dynamitem XX-wieku), jakie słał między innymi do Cosimy Wagner (kochał ją, znane są nam kobiety które darzył sympatią, miał przyjaciółki, ale nie jest znana kobieta która kochałaby Nietzschego, pomijając matkę i siostrę – odsyłam do jego biografii autorstwa Hollingdale’a), gdy Apollo raził go już obłędem, za te hybris jakie okazał pisząc o nadczłowieku i śmierci Boga (powtórne wykradzenie ognia).

Nietzsche nazywał Cosimę Ariadną (z mitu o Tezeuszu i Minotaurze). Nadto z jego Dytyrambów dionizyjskich, Żale Aryadny:

(…)
Miej rozum, Aryadno!..
Masz drobne uszka, masz moje uszka:
usłysz-że mądre słowo! —
Czyż, by się kochać, nie trzeba wprzód się wzajem nienawidzieć?..
Jam twoim labiryntem…

Objaśnienia uszu znajdziemy u Giorgio Colliego, w Narodzinach filozofii, kiedy wyjaśnia, wbrew Nietzschemu, że Apollo także kara (dychotomia nie zachodzi między Apollinem a Dionizosem, ale znajduje się w nim samym) – i postawmy kropkę nad i, poeta nie tworzy sztuki (techne), ale przekazuje wolę Apolla, gdy wchodzi w manię (wywołuje się ją także środkami psychoaktywnymi). Może się to wydać niejasne, ale wiedza miewa charakter erotyczny, jak i wiąże się z szaleństwem. Uszami się słucha, musimy sobie przypomnieć namiętny oddech, kiedy nie łaskocze, ale wzdraga – ugryzienie w opuszek – wtedy Apollo przeszywa nas swoją strzałą. Poza tym, w powieści, autorem uszu jest neapolitańczyk signor Damico, a Neapol został założony jako grecka kolonia. Znany jest także frazes – dionizyjskie uszy, jakimi się strzyże w podnieceniu; wchodząc w przestrzeń zabaw językowych Jüngera, jego zamiłowania do przysłów i „mądrości ojców”, napomnę, iż mawia się o kimś, że ktoś je coś tak łapczywie, że aż mu się „uszy trzęsą” (konsumowanie sztuki). Mimo to nie wpadłbym na to, gdybym nie przeczytał dawniej Nietzsche i filozofii Deleuzego, który to zwraca uwagę na uszy Ariadny.

Paralele

Wzdłuż lektury padają paralele (jak młodzi ludzie i wyniki na meczu), uczymy się je samemu konstruować: Zadziwiająca jest świadomość, że według mitografów człowiek zawsze przegrywa walkę z bogami, lecz jest im w stanie zadać cios, po którym śmiertelnicy skracają dystans (technika, według Jüngera z każdym przełomowym wynalazkiem tytani wyrywają się z Tartaru i Ziemia, jak wąż, zmienia swoją skórę – mahajuga) i być może tutaj tkwią źródła chrześcijańskiej gnozy, tyle że to człowiek jest demiurgiem i, raczej, to katolicy mają rację, że ideałem jest zespolenie cząstki boskiej i śmiertelnej w jednym ciele, iż nie zachodzi brukanie materią. Byłoby to w prostej linii przedłużenie pogańskiego towarzyszenia młodego boga Wielkiej Matce (anima i animus), w takim razie ideał stanowi hermafrodyta (zespalamy się w ono w czasie aktu seksualnego); łatwo tu o konstatację, że działalność ruchów LGBT w ostatnich latach, jest próbą przywrócenia równowagi w kosmicznym porządku. Kto wie? Wieszczki, dla własnego bezpieczeństwa ekonomicznego, wypowiadają się zawsze niejasno, aby można było dopasować „horoskop”, po fakcie. Nadto chęć sformalizowania relacji erotycznej byłaby konserwatywną chęcią odżegnania się od promiskuityzmu. Warto nadmienić, skoro już mowa o religii (profesor Wojciech Kunicki w posłowiu wspomina, iż Jünger w czasie pisania Szklanych pszczół oddawał się lekturze Biblii), że aktualnie trwa duchowy zamęt, dryf metafizyczny, analogiczny temu z pierwszego wieku naszej ery i wiele słów wylano, prawiąc o tym czy chrześcijaństwo dobiło Imperium Rzymskie (res nova), czy było próbą jego ratowania (jako uniwersalna ideologia). Skądinąd i tutaj należy udzielić janusowej odpowiedzi – było to ambiwalentne; Ewangelia według świętego Jana zaczyna się od informacji, że na początku było słowo, czyli jest to tekst kierowany do Greków, dla których naturalnym było pojęcie logosu, a że lud święcił się po dawnemu – to i dziś chłopi obchodzą orne pole z obrazem Matki Boskiej. Toteż było to organiczne przejście, co za różnica czy to bezosobowy Bóg bądź Słońce, obdzielają jednako swoim ciepłem, łaską, bez różnicy – biednego i bogatego. Nie mają racji ci spośród białej supremacji co prawią, że ostatnią prawdziwą religią Indoeuropejczyków jest hinduizm (kasty, cnoty, sanskryt), skoro mamy grecki przykład i przeciwstawiają to religiom abrahamowym. Metafizykę odnajdziemy także w twierdzeniu fizyków, że życie zawdzięczamy gwałtownemu końcu niezliczonych gwiazd, co też wzbogaciło Wszechświat o ciężkie pierwiastki, niezbędny budulec, jakbyśmy się z nich narodzili, tyle że dziś już się nie modlimy, ale suplementujemy o niezbędne minerały, niemniej wciąż patrzymy w Niebo, z tą samą fascynacją co starożytni. Tymczasem problem z chrześcijaństwem leży gdzie indziej, jest nim wprowadzenie linearnego rozumienia czasu (początek i koniec), zamiast postaci koła (wieczny powrót), co ma znaczenie psychologiczne, jak i ułuda wolnej woli – wydarzyło się, dlatego że się wydarzyło i nie mogło inaczej (wypadkowa między innymi działań innych ludzi na które nie mamy wpływu), a że mamy wyobraźnie to się zadręczamy, jakby los miał być plasteliną. Na tym polega grecka tragedia naszego życia, że próbujemy nietzscheańskim młotem rozbić fatum, a on odbija od podłoża. Że piszę w obłędzie? Nietzsche rażony obłędem pisał w liście Overbeckowi, że kazał wystrzelać wszystkich antysemitów, gdyby go posłuchano to uniknęlibyśmy holocaustu, jednakże zamknięto go w złotej klatce i patrzono, jak siedzi, niby bodhisattwa. Tym samym odnajdujemy tutaj prawdziwość jego słów, że był tylko jeden chrześcijanin i umarł on na krzyżu, a reszta to robota św. Pawła.

Reginald John Hollingdale, Nietzsche, ISBN 83-06-02840-6.

Niebezpieczeństwo kwerendy

Zachodzi tutaj coś co nazywam „niebezpieczeństwem kwerendy”. Siedzi się, jak narkoman, i czyta kolejne pozycje, a świat przemija. Nie zmierzam do prostackiego redukcjonizmu, ale należy robić to o czym się c z y t a – dlatego czyta się, mniemam, Jüngera, skoro zachodzi u niego związek biografii z bibliografią. Jest to żądanie autentyzmu i wypróbowywania filozofii, własnych lekarstw, na sobie samym, wobec tego zyskuje się wiedzę praktyka, tożsamą starym majstrom. Samemu doczekałem się podobnych analogii i problemów wzdłuż przebytej już egzystencji, do niektórych zaś dążyłem z premedytacją, aby wystawić się na niebezpieczeństwo i poczuć „nagłą woltę uczuć”, rausz. Czy było warto? Ominę to stwierdzając, że to we mnie zwyczajnie tkwiło i należało wydobyć; Syzyf bywa szczęśliwy (Albert Camus, Mit Syzyfa).

Samobójstwo Lorenza

Życie przybiera zbyt nagły obrót, odpada wszystko to co dobre i złe, zresztą tracąc namiętny stosunek wobec spraw, zyskuje się analityczny sznyt, wtedy ceni się rzeczy nie za to czym są, ale jakie – w sensie konkretne pociągnięcie pędzla, a nie barwa; Ernst Jünger posiada bardzo wdzięczny fragment: „Ludzie mają tak samo jak drzewa swoją nawietrzną stronę i tak jak samo góry swoje południowe stoki. Musimy tylko odnaleźć ścieżkę na zbocze pokryte winoroślą, ich doliny pełne skarbów. Ofiarowują one złoto i wino, gdzie nikt by się ich nie domyślił”. Analogicznie jeśli sprawiło się, iż ma się percepcję szerokości własnego nosa, właśnie taki „horyzont zdarzeń”, to uwydatnia to obraz (chiaroscuro), jak mikroskop elektronowy.

Następnego dnia spotkali się znowu i postanowili, że nazwisko Lorenza należy wykreślić z listy. Samobójstwo było dla nich niedopuszczalnym hołdem złożonym duchowi czasów. Odbył się nędzny pogrzeb na jednym z podmiejskich cmentarzy. Kiedy uczestnicy się rozchodzili, dało się słyszeć pełne zakłopotania słowa: „Popijanemu wyskoczył z okna” i tym podobne rzeczy.

Ernst JüngerSzklane Pszczoły

Pamiętam, że jak samemu skoczyłem, to gadali to samo, a mi nie chciało się prostować; nie umiałem wyartykułować siebie bowiem nie móc mówić do ludzi, to nie móc pisać, komponować, malować. Nietzsche jest znany z aforyzmu: „Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie”. I dziś inaczej rozumiem te słowa; kiedy tkwi się w barłogu, ze szmatą na głowie, by nie dochodziło światło, a od jej ucisku chorują zatoki, jak po krysztale, to w pewnym momencie, ta czerń, nabiera przestrzeni i staje się światem. Rozmawia się wtedy ze sobą, jakby się miało wielorakie osobowości – Oto audytorium! Człowiek żyjący w niebezpieczeństwie nie jest skory do werbalnej przemocy, do deklaracji, jak ci ludzie co mówią, że mówią, iż sami mogliby zabijać określonych ludzi, za ich zbrodnie. Najprawdopodobniej nie uczyliby tego, gdybym im dać pistolet, a jeśliby zastrzelili to czy umieliby podejść z siekierą i zdzielić w łeb bądź udusić własnoręcznie? Ta ich zwiewność lub doczesność, tych wcześniejszych kobiet, jest właśnie oceniana za atrakcyjną, gdy mężczyzna nasyci swoje skłonności. Nie umieliby i nie umieją, okaleczeni, dojrzeć odmiennych jakości bowiem nie zadali sobie trudu postępowania wbrew sobie.

Pisarstwo Jüngera ma tę wadę, że za każdym razem jak go czytam, to mam nie tyle ochotę umrzeć za to co niegdyś niosło dla mnie znaczenie, ale żyć dalej w obliczu tego, lecz są to prośby wyimaginowanej, bliskiej mi, osoby, która prosi mnie o to, abym dalej żył, kiedy przebywam na obserwacji psychiatrycznej, po tym jak mnie znalazł przypadkowy przechodzień w lesie; schwarzcharakter w popkulturze chełpi się, że może zgnieść, zabić, lecz bardziej wyrobiony odbiorca zauważa, iż człowiek ma też możność darowania życia – płodząc i dając pardonu, tyczy się to także własnego, umęczonego, życia. Nadto łatwo tutaj o pewną paralelę, iż kara śmierci jest tożsama morderstwu, skoro zabiło się by pofolgować sobie, a uczucie sprawiedliwości jest przyjemne, to zabijamy mordercę, aby poczuć się lepiej tak, jak inhaluje się narkotykiem. Na tym samym paradoksie opierało się dawne karanie śmiercią niedoszłych samobójców; wykradali oni ogień Bogu (okazanie hybris). Rojenie o własnym końcu to hedonizm i lubię ten grzech… Opinia jakich wiele, lecz odpowiednia literatura nie tyle uczy nas kolejnych frazesów, co ich rozumienia i konstruowania własnych sądów; „Zaraz na pierwszej lekcji Atenodor zapowiedział, że nie zamierza uczyć mnie faktów, ale należytego ich rozumienia” – Robert Graves, Ja Klaudiusz.

Changa i kicz

Mimo wszystko zdarzają się wciąż filistrzy, którzy nadużywają słowa kicz kiedy jest „kwietyzm”. To nie jest estetyzm dandysa, gdy metaforyzuje rzeczywistość, psychizuje krajobraz (mowa między innymi o opinii dotyczącej zakończeniu Sturmu Jüngera), lecz to jest tak, jak nagle ociemniały pamięta jeszcze barwy i kolory – widzę fotografię kobiety i umiem docenić światło, makijaż, kompozycje, ale już mnie nie pociąga. Piszę się tak bowiem się widzi i rozumie, ale nie czuje już tego.

Ustalenie wieku było sprawą drugorzędną, bo duch nie zna wieku. Ten starzec łatwiej mógł podejmować ryzyko, czy to fizyczne, czy moralne, czy duchowe, niż niezliczeni młodzi ludzie i lepiej sobie z nim radzić, gdyż łączył w sobie siłę i przenikliwość, nabytą przebiegłość i wrodzoną godność. Jakie było jego zwierzę herbowe? Lis, lew, jeden z wielkich ptaków drapieżnych? Przychodziła mi raczej na myśl chimera, taka, jakie gnieżdżą się na naszych katedrach i z wszystko wiedzącym uśmiechem spoglądają w dół na miasto.

Ernst JüngerSzklane Pszczoły

Jakie jest moje zwierzę herbowe? Dobrałem sobie totem sowy, ze względu na duże oczy bowiem dostrzega, żyje dopiero w nocy, jak ja, nadto żądałem widzieć się drapieżnikiem, lecz paląc changę odwiedził mnie skłusowany słoń bądź hermafrodyta, pozbawiony ciosów, po czym trąbą odgarnął liście i serdecznie zaprosił w podróż wskroś Indii (pełny łagodności wzrok): w tle ziguraty i piramidy schodkowe, na niebie wieczny zmierzch i wschód – nów, trójjedyny Księżyc, u kresu zaś powrót, jakby z niedźwiedziem, do jaskini neandertalczyków pod Krakowem – do łona Ziemi. Zewsząd ciągnęły się fantazyjne barwy, jakby wypatroszyć człowieka i rozwłóczyć jego nerwy, rozciągnąć mięśnie, jak kot co bawi się włóczką, a dziecko się w nie pląta, za sprawą czego wiedziałem wszystkie tajemnice i była to radosna nowina, lecz uleciały wraz z narastającym poczuciem odkupienia, z pewnością dlatego nie pamiętamy nigdy wędrówki dusz; mogłem tylko bełkotać o porzuceniu dóbr i pokoju na świecie.

Jednakże „wielki dzień kawalerii” nigdy nie nadszedł, dzień geniuszu, tylko czy aż jeden pocałunek, mimo tego pędziłem dalej i chciałoby się napisać, że wraz z nimi, wzwyż zbocza na gniazdo karabinów maszynowych, absurd – dlatego że należy robić to co się c z y t a, aby przekroczyć Gibraltar – lecz zdejmował ich ogień prowadzony przez „człowieka z Manchesteru” – człowieka z Krakowa (zmobilizowany z fabryki, zmobilizowany z biura), a leżąc porobionym, pośród duchowych trupów, patrzyłem jak ci co dopadli piechotę, rozcięli o drut kolczasty pęciny odmiennych koni, stąd to przestałem czytać powieści, dlatego że za eskapizm służą mi reminiscencje.


  1. Skąd ja to wytrzasnąłem? Michał Gołębiowski, autor Mnicha stepowego, udzielił wywiadu o nazwie Człowiek pascalowski czyta wiersze dla Nowych książek. Po wrzuceniu w wyszukiwarkę „człowiek pascalowski”, na luminarze wyświetliło mi się tylko parę wyników, w tym ciekawy blog z jakimiś kartami postaci do gry RPG. W jednej z notek stoi oto taki tekst, moim zdaniem warty powielenia, gdyby zniknęło to z sieci: „Anthony Murray, 25.12.1989 r. Birmingham, Anglia: Człowiek pascalowski, chwiejny, kruchy i słaby. Upadający tysiące razy. Stojący na granicy szaleństwa i rzeczywistości. Wciąż walczy. Buntownik z wyboru, obrońca Sztuki, żołnierz pokoju pełen obaw o dzień jutrzejszy. Muzyk, nędzny pianista, niespełniony artysta, przeciętny grajek. Kolekcjoner chwil i wspomnień, nierozstający się z notesem i długopisem. Cichy obserwator, nieingerujący w sprawy żywych. Częsty gość cmentarzy, opuszczonych domostw, pustych uliczek, małych kawiarenek, nieodwiedzanych sklepików. Studiuje literaturoznawstwo na trzecim roku. Marzy mu się poznanie postaci zapisanych na kartach książek. Zamknięty w swoim świecie introwertyk. Trzeba naprawdę się natrudzić, by dowiedzieć się czegokolwiek o prawdziwym Anthony’m, żeby odkryć co znajduje się pod przykrywką sarkastycznego i wyniosłego młodego mężczyzny. Pijacz herbaty i mocnej kawy, nałogowy palacz, świetny kucharz. Romantyk w największym stopniu. Katujący się przeszłością, swymi porażkami, błędami, straconymi chwilami, opuszczonymi ludźmi. Wypominający sobie każdy niedoskonały krok, każde potknięcie, każdą słabość. Przeprowadził się do Berlina trzy lata temu, sam nie wie dlaczego wybrał akurat to miasto do studiowania. Może sentyment z powodu matki, która była Niemką, a może czysty przypadek. Nie ma za wielu przyjaciół, raczej stroni od ludzi. Samotnik w pełni tego słowa znaczeniu. Szuka siebie, swojego ja, szczęścia, miłości? Rozdarty pomiędzy życiem a śmiercią, dobrem a złem, prawdą a kłamstwem, przyszłością a teraźniejszością”. ↩︎

  2. Bardzo chętnie podałbym dokładne przypisy, do wspominanych przeze mnie fragmentów, mimo że tekst nie ma charakteru naukowego, lecz te „lary i penaty” to była moja biblioteka. Kiedy sprzedawałem pierwszą torbę to czułem, że przywiązuję psa do drzewa w lesie, pozostawiam dziecko w sierocińcu i rzucam bezrozumnie ukochaną kobietę, jednakże książki nie są po to, aby się kurzyły, lecz by za ich sprawą transfigurować i nie miałem skąd wziąć pieniędzy podówczas. Inna rzecz, że ludzie mają tendencję do kopiowania przypisów za kimś, bez czytania źródeł. W Szklanych pszczołach jest i o tym fragment: „(…) W każdym domostwie jest kąt, gdzie stały wcześniej lary i penaty i gdzie przechowuje się dzisiaj rzeczy nieprzeznaczone na sprzedaż. U nas było to kilka nagród jeździeckich oraz inne grawerowane przedmioty, po części pozostawione przez ojca. Niedawno zaniosłem je do złotnika. Teresa sądziła, że ich utrata mnie zabolała. Nie było tak; byłem zadowolony, że pozbyłem się tych rzeczy. Dobrze, że niemiałem syna i że raz na zawsze się z tym skończyło”. ↩︎