τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Speed Generation. I.

Lubiliśmy jesień i komunikację publiczną, kiedy udawałem, że jest mi duszno i ściągałem płaszcz, kładłem go nam na kolanach, a ona torebkę i pod spodem chowałem rękę, pod kiecką, pomiędzy jej udami. A teraz? Żałuję, że nie jestem pedałem, kiedy sypię linię i słyszę – Dlatego że jestem ładna – biedna kurwa, ma dwadzieścia dwa lata, a wygląda na pięćdziesiąt. Rodin rzeźbił ją gramem morfiny na dobę, mrozem i wilgocią żydowskiej kamienicy. Zarabia jumą, a nie dupą, pokątnym handlem lekami, stołuje się na przymierzalni w Tesco, potem biegnie z fantami na Plac i do żyda na Starowiślnej. Kosmetyczka? Apteczka. Piątki, szóstki, jej tipsy, pazury. Nędza której nie obłażą nawet muchy i nie tykają się komary; polski brud psich gówien, roztopów, ale nie sramy pod siebie, mimo że zdycha się pod jakimiś szmatami; ciekawe, że ćpun niejednokrotnie nie śmierdzi, choć nie myje się dwa tygodnie. Widocznie jego pot jest bezwonny, bowiem nie żre i nie chleje.

Tracę rysy twarzy, więc sypię wapno na to zdechłe mną truchło; zeżarłem przez noc tyle fety co innym wystarcza na zabawę w weekend przez kilka tygodni.

Mam pisać piękniej? Widzę w twoich oczach, jak opadasz ku mnie wierzbą swoich włosów. Kiedy ona płacze, ty się rosisz wodą, łzami, poisz mnie pływami modrego wzroku. Jak dziecko niknę w trawach, ono bawi się na łące. Matka krzyczy, nie widzi go – lęk wzmaga najgorsze, mimo niewinnej zabawy, spacerów po kielichach zapachów końców łodyg, to kończę się ja. Mój koniec? Dokądś, nieodległy. Już jesień, wiatr czesze wrzosy, głowy, spadają owoce, gdzieś tam ja. Kłębię się ułudą jutra, jakie nadejdzie w czyimś, innym, życiu. Na pewno nie w tym, nie w moim, ja tylko niosę następnym pokoleniom coś co miało znaczenie u paru intelektualistów. Pisanie nie jest, niestety, podziwem Rilkego dla Rodina, to nie praca w drewnie, kamieniu, metalu. W pocie, blisko ziemi. Nie wystarczy zasiąść jak do rzeźby czy obrazu. Ono wynika z określonego stylu życia. Wiodąc przyziemny żywot nie mam o czym pisać, bynajmniej o tym czego nie chcę czytać. Rilke nad tym ubolewał i ja nie umiem zdzierżyć tych powrotów z roboty, do garów i zamiatania podłogi, seksu.

Kto to napisał? Już nieistotne – miałem w nocy takie głody, że się popłakałem: To se kurwa jeszcze poczekasz – strzeliłem go w pysk, jeśli kasa nie ciśnie, to diler lubi przytrzymać ćpuna, a choćby dwie godziny… Wyobrażam sobie, że pilotuję sztukasa albo AC–130 i zrzucam bomby na Vietcong, czołgi, uciekają, gwizd nadciśnienia w uszach, tak jak spada na mnie obłęd, stryk, i widuję nieistniejące cienie, ułamki sekund na obrzeżach wzorku – Wiesz u ciebie skręt to na lajcie, ja bez leków bym umarła – myśli, że uznam to za osiągnięcie życiowe, porównywalne z taternictwem, a kobieta w ciąży też wymiotuje; krzywy łeb przeredagowuje Baudelaire’a, pomieści go wers albo trumna.

Potrzebuję kochać, smutno gra mi suitę trąbka, jazz. Narkotyki to makijaż jakim się zakrywa ból, lubiłem się malować… I karminem gładzi mnie szminka, gdy piję z karafki, tak całując wzdłuż szyi, pali mnie burgund, wrze jucha, to wre, pisząc! Wszystko to mówiłem szeptem, pod nosem, latem, cedząc zza kłosa w gębie, samemu tylko to słysząc, jakbym widział, że pod wargami mam uszy, a ciepły oddech gładzi małżowinę. Wolałbym leżeć obok z kubkiem wina, palić szluga i zaglądać w oczy, przydawszy po nosie. Tak to opowiadać! Byle sunąć dłonią po twarzy, za chwile się ku mnie rzuca i tyle…

Dlaczego? Nie umiałem pojąć, że nie widzi, iż nie słyszy, aż tak nie dostrzega minionego? Jakby nie pozostało nic prócz antykwarycznych odniesień wobec dawnego, a przecież moją duszę rozerwała kula armatnia! Tym bardziej oddychałem południowym wiatrem, co tka głoskami, wskroś kobiecych piersi, ciepły szal skołatanych myśli. Wynijdź że ze mnie ostatnie natchnienie! Obdartemu z ciała szkieletowi duszy pozostaje chwila, by mściła się słowami, nim pochłonie je robactwo tak, jak ktoś dopina swój płaszcz, uprzednio dźgnięty wiatrem w nieosłonięte miejsce. Nie wołam o sprawiedliwość, kiedy krzyczę oczami. Zachodzą szkliwem, a im bardziej połyskują odbiciem tego co zobaczyłem, tym więcej przerażenia widokiem lęku, niekiedy piękna, rażą do wewnątrz, gdy nie odnajdują w kimś ujścia, kliszy bądź płótna. Wtedy odczuwam ból.

I roję kroczę skrętu, wobec którego ćpun jest absolutnie nagi, skoro ból wspominam jako oszałamiający, zważywszy na późniejszą nudę życia bez sensu, bez towaru, bez fantów. Lubię Burroughsa za epitet „latentny pedał” i jego twarz, równie wstrętną jak moja. Wyobrażam sobie moment, kiedy wchodzi do pokoiku, w obskurnej suterenie na Kazimierzu, z młodziutkim i niczego nieświadomym ćpunkiem, lat dwadzieścia trzy, tym o dobrym serduszku i lekkim brzuszku, o ładnych żyłach. A ten jeszcze się uśmiecha, gdy osuwa się obok Burroughsa i nie zauważa, że rozsunięto mu portki. Mija godzina, kiedy wychodzi i widzi mnie zwiędłego, siedzącego pod pralnią, gdzie ćmię szluga. Jest w kapeluszu, uchyla go, ja mu kiwam i się pytam – Salut, ça va? – tylko uśmiech. Dostrzegam. Poraża mnie bezpośredniość przeżycia sztuk wizualnych. Widzi się tak, jak poznaje się człowieka, zanim się do niego odezwie, wymieni myśli, przeczyta. Z drugiej strony jest to ulotne. Literatura ma tę jakość w sobie, że powstaje w samotności, kurzy się na półce w samotności, jest czytana w samotności. Zdanie nosferatu Blanchota jakie podzielam. W samotności się też umiera, samotnie zmaga się z samym sobą. Czytając poznaje się bohatera literackiego tak, jak rzeczywistą osobę przez lata, tyle że w ciągu godzin i w samotności.