Kintsugi

Schopenhauer ze swoją wolą i Nietzsche ze swoją wolą mocy, a może też Bergson ze swoją élan vital lub Deleuze ze swoim flux, najbardziej zbliżyli się do tego, czym jest historia, afirmując panowanie siły, która wymyka się rozumowi, ale chętnie poddaje się obserwacji.

Michel OnfrayDekadencja. Życie i śmierć judeochrześcijaństwa.

Wartość niosą mi impresje, wyjaskrawione stymulantami, a cała reszta, na co dzień, to celofan[1]. Stąd to najtańsza kawa z biedry, jawi mi się kolejnym stadium nihilizmu; ersatz analogiczny samotnemu, który kładąc się spać na boku, wykręca za grzbietem dłoń tak, jak para trzyma się przez dwa palce, za plecami, na koncercie muzyki niezależnej. Toteż piło się Primę albo Le Grand, ale widzieć się, sponad parującej lury, to już dość wylał róg obfitości. Nadto, obok wzroku, poczyna sobie także zmysł węchu. Zapach porannego potu kobiety jest tożsamy, moim nozdrzom, mielonym ziarnom kawowca i marzy mi się, wtedy, podróż do Jemenu albo formacje skalne zachodniego Egiptu; cisza i samotność, jaka sprawia, iż pragniemy zatonąć w przestrzeni i się rzucamy…

„W takim krajobrazie zwiększać się musi konsumpcja substancji powodujących bezobrazowe potęgowanie sił życiowych, witalne ożywienie przy przyspieszonym pulsie. W dodatku, jak przy nałogowym paleniu, przerwy stają się rzadsze; narkotyk zostaje zdegradowany do roli środka napędowego (...)" – Ernst Jünger, „Przybliżenia. Narkotyki i upojenie". Warto zajrzeć we fragment: http://frondalux.pl/upojenie-ojczyste-strony/

Nie wynalazłbym tego, gdyby nie to, że nic nie robię w życiu. Kiedy się budzę, to nie otwieram oczu przez godziny – cały dzień, donikąd się nie śpieszę. Cisza mnie pasjonuje, warto dla niej nie spać. O czwartej, mało co samochodów jeździ, wiele się też mówi z kobietami albo spogląda na nią, gdy ta siada na parapecie i pali peta, po czym zauważa trel ptaków i wzdycha, że my dalej nie śpimy; dotąd, przez lata, nie miałem żadnej, lecz charakter myśli nie tyle pozostał, co nabrał wyrazu. Jednakże patrzę teraz wzwyż – ku jej oczu, niebu, jakbym uklęknął. Połykam. Budzi jak seta. Drżę. A ona przygląda się mojej linii ramion i dalej popatruje wzdłuż rąk, poszukując obietnicy schowania się w nich, niby motylim kokonie; sklejone jeszcze snem powieki. Poza tym?! Ongiś siedzimy, jak teraz, w końcu mówię do niej, skoro wybyłem na „subtelne łowy”[2], aby przełożyć wiersz, że nauczyłem się nowego słowa:
Einsamkeit[3].
– Ładnie. Nauczę cię drugiego, Zweisamkeit[4] – niektóre zwierzęta się tak stroszą, aby wydać się większymi – kobra się nadyma, ale jej pobladłe oczy zdradzają smutek, kruchość.
Dlatego odwlekam samobójstwo.

Niemniej żyjemy w terrarium. Nowe budownictwo z cienkimi ścianami, kiedy sram to słyszę sąsiadów – krzyki i szloch, przestrach istnienia, po czym mówią o prozaicznych sprawach tyczących się wspólnego życia, właśnie to zbliża ludzi; heimat. To jedno, a drugie – uznajemy czyjąś rację poprzez zaprzeczenie. Dlatego teraz pali się lampa. Ostre światło, żeby się widzieć… Żeby się widzieć, jak się maluje, kiedy się kochamy twarzami do siebie; światło jest miłością, co zorzy się z wdziękiem, wskroś grani firmamentu; monada. Wbrew pozorom nie z każdą kobietą dobrze się kocha, ale wiem, po prostu wiem, że jakbym ją pocałował i z lekka przygryzł wargę, to wstrząsnąłby mną prąd i wsunęłaby mi język… Do czasu bowiem nie wrzeszczę, ani płaczę, ledwie co się gapię tępo, jak gad co nie dostał muszki, a to oddala; katastrofa jest niezbędna życiu, wymiata wszystko co słabe, lecz nie zawsze rodzi się nowe. Niezręczność w sztuce masowego wymierania obnaża się księżycowym krajobrazem.
– A ja myślałam, że chodzi o brak dragów i twój ból istnienia. Widzisz? Mówię, kiedy mi przykro, kiedy mi się przelewa – nakłada makijaż, wkrótce będzie miała szkolenie na Zoomie.
– Tutaj też się nie mylisz, ale to jedno, a tamto drugie, jeszcze trzecie, czwarte, skądś tam piąte.

Przynajmniej jest tu ciepło w zimę i zawsze gorąca woda w kranie, ale cała reszta gorsza, niż w kamienicy na Kazimierzu. Pierzeje ciągną się pustostanami w połowie – wszyscy czekają, aż to się zawali, poza lokatorami, aby móc zmienić tkankę miejską; nocami bezdomni barykadują się od wewnątrz, skoro pozostali szabrują nie tylko piwnice, aby fartem coś tam pchnąć bokiem – mieć flotę[5], ćpanie. W perspektywie lumpenproletariatu klasa średnia istnieje w celu sprzedaży kokainy, siedem stów za sztukę albo przepierdolenia maczany[6] z CBD i reklamy tego jako palenia. Niekiedy kradnie się im też rower. Niemniej angażowanie się w niebezpieczne sytuacje, wyleczyło mnie z depresji, jak i życie poza społeczeństwem. Wobec tego mogę pisać, m i e s z k a ć, a nie spać w butach i płaszczu, tyle że pragnę wejść do pokoju, biciem obcasów o stary parkiet. Echem, wiodąc rej, wskroś wysokiego sufitu, aby zbudzić ją ukąszeniem żmii! Gardło – ucho – kark! Potrzebowałem umrzeć – kochać – być!
– Chciałbyś się przytulić? – zostało jej dziesięć minut.
– Pragnąłbym się wtulić, a rano wstać i zrobić co należy. Nieustannie, choćby wyjść gdzieś, wrócić i zapełnić notes wersami: tabaka, orientalne przyprawy, nowe zapachy dla buduaru – nie chcę jej zrobić wody mózgu, ale nie chcę też ostudzić.
– A co należy? – Nakłada perfumy, jakich nie pochwyci się poprzez kamerę: mroczne, skórzane, żywiczne, nieraz złamane jakimś kwiatem, ot Wenus w futrze. Oznaka charakteru, minione nosiły przeważnie słodkie; fałsz.
– Robić swoje – skądinąd samemu nabyłem korzenny balsam do brody. Żadna reżyserka, te full glam do Lidla, lecz dowód, że nie jest nam wszystko jedno.

Idzie przed komputer, nie domyka, zostaję. Wabi mnie stanik, zawieszony o otwarte drzwi garderoby; ta chwila, o jakiej się pisze: spotykają się spojrzenia, głosy, gesty, możliwości posklejania tysiąca rozsypanych fragmentów w całość – kintsugi.

Trwa to już trzeci tydzień, a niedługo upłynie czterdzieści dni doznawanej przeze mnie męki. Ja nie wiem, nie widzę... Muszę stąd uciec! Którędy do wyjścia? Nie jest mi dane, pośród mroków, spojrzeć światła tablic ewakuacyjnych, co odbiłyby ku mnie brzaskiem Księżyca, żarem gwiazd; a astronawigowałbym po polinezyjsku, z intuicją, nadto czułbym pod stopami, mimo że jest tratwą, pewny pokład Kon-Tiki. Thor Heyerdahl powodowany wiarą we własne racje, przepłynął na balsie tysiące kilometrów. Toteż owa łupina urosła symbolicznie do roli okrętu flagowego, marynarki państwa dotąd nienazwanego, lecz założonego gdzieś pośród marginesów syntez historii dziejów, za sprawą niespokojnych charakterów ludzi. Oni potrzebują nieustannie bytować intensywnie, pragną radykalnie. Ośmielony postawami wyniesionymi z lektur, samemu począłem wyruszać w psychonautyczne wojaże.

I leżałem tam, i podziwiałem, niekościste, jakże obłe, kolana, u zarania sukienki, niejako wejrzeniem marszanda; nadto owal twarzy, kontury głowy, co je wykreślono miękkim ołówkiem, jakby od kalki. Zstąpiła malarstwem prerafaelitów, a ja spoglądałem na jej smutek – owe zadumane piękno, co mnie ożywia, zwykle stanowiące o fatalności u kobiet. Dawno przebyta adolescencja, przypomniana jasnymi włosami i dookreślona szaro-niebieskimi oczami, jak moje, a upięty kraniec fryzury zafarbowała na różowo. Patrzyłem wielkimi źrenicami, powtarzałem – Ofelia, Pani na Shalott. Marmurowa poza grymasu współgrała z mleczną cerą, skrytego rękoma dekoltu, skoro spoczywa o ściągnięte wzajem łokcie.

Niegdyś, w poprzednim wcieleniu, zjawiła się odmienna kobieta, kruszyła tabletki na proch, aby popić je alkoholem. Niedbale upadała w pościel i mówiła, białkiem wywiniętego wzroku, że mogę uczynić z nią czego zapragnę. Kładłem się obok i zerkałem czy jeszcze oddycha, słuchałem sporadycznych majaków. Po czym samemu zabijałem anioły, oblegając bramy Raju. Splądrowałem Ogrójec.
– Jak się przez to czujesz? – bije mnie w głowę.
– Ja nie znajduję w swoim życiu, czegokolwiek godnego dalszego trwania – zadręczam się wciąż:

„W tym kryje się jedna z wielkich piękności „Fausta” Goethego: w przedstawianiu dozgonnego, niezmordowanego zabiegania o wyższe światy, a potem we wkroczeniu w ich porządki” – Ernst Jünger, „Promieniowania”.

Dlaczego cokolwiek mnie nuży, oprócz tego, iż jestem nieznośnie trzeźwy, wszakże wszystko przestało działać? Pragnąłem móc wciąż trwać w wejrzeniu, tamże, w przestrzeni ekstazy, dokąd sprowadziły mnie rozwiane uda – sprawką mojego patrzenia, zadrgałem erosem. Przede mną był tylko obraz, tkwił jako ikonostas. Bez wytchnienia roiłem sobie rozmowę, lecz brakowało kogokolwiek. Moje tyrady, niby szaleniec drący się w megafon o Jezusie, nie niosą nikomu wartości. Takiej martwoty nie odczułem jeszcze nigdy. Żadna kobieta, ani sprawa polityczna, nie są w stanie mnie rozpalić – wyrzekałem w siebie! Jakby w topografii psyche zaistniały pustki osadnicze, nastała epoka lodowcowa, być może przeszła jaka plaga; na płotach sadyb wyryto CROATOAN; swego czasu, w paleniskach, utrzymywano żar rękoma westalek, teraz smrodu spalenizny nie powącha nawet Pytia!

Co gorsza nie potrafię pisać z daleka, jak Rilke, tych listów i pamiętników! Stąd to wyczekiwałem, aż wróci z pracy, nieznośnie trwoniłem czas na prozę i reminiscencje. Zanotowałem bowiem kobiety, wraz z postępującym życiem, stają się romantyczne. Zostawiam jej karteczki. Powróciła pogodna, jakby od dwudziestu laty umocowana w ramy tego samego – ot obraz bzu w wazonie, nad stołem w jadalni. Myślałem, że będzie mnie czekać, jak suchotnica życia bądź pogrzebu, tyle że jest z w y c z a j n a. Boję się samotności, uderza jak rak. Właśnie w ten sposób, człowiek wraca i się dowiaduje.

Samemu się czuję tak, jak postrzegałby się mężczyzna, rzucający ziemię na wieko trumny ukochanej żony, co zmarła w połogu. Powiedzmy on ma 23 lata i oficerskie epolety, a ona miała 17, mały majątek ziemski, kwitną wiśnie i jabłonie – szpaler, pod jakim wolno toczy się kondukt żałobny, aby jak najdłużej odwlec osunięcie trumny na linach i jej przysypanie. To dziecko wydaje mu się gorzkie.
– Troszkę rozumiem, ale nie chce nadinterpretować. Opowiedz swoimi słowami.
– „Troszkę”(?) to cytryny do herbaty, mleka do kawy.
– Pięknie myślisz
– Dlatego że to o tobie.
– Przemku, wypełniam ci odrobinę twoją samotność, ale ja to niekoniecznie twoje wyobrażenie o mnie. Mnie te wyobrażenia napawają lękiem, że jestem tylko cieniem tego co wyrzeźbiłeś.


  1. Jedno z opowiadań Bukowskiego, w którym niektórzy żyją pełnią życia, a drudzy wycinają z celofanu wzory i zawieszają je na oknie lub w nie dmuchają. Prawdopodobnie pochodzi z „Kłopoty to męska specjalność”, ale nie chce mi się czytać na nowo. ↩︎

  2. Metafora Ernsta Jüngera. ↩︎

  3. Samotność. ↩︎

  4. Życie we dwoje. ↩︎

  5. Mieć pieniądze, z „gwary” krakowskiej. ↩︎

  6. Jak wyżej, sztuczny kannabinoid – spice. ↩︎