Drzewo

Napisane na początku stycznia 2020 roku, w czasie mojego pobytu w Szpitalu Klinicznym im .dr. Józefa Babińskiego w Krakowie. Poemat prozą Rainera Rilkego, „Malte”, pobrać można na Wolnych Lekturach.

Niniejsze koresponduje z początkiem „Malte” Rilkego. Szczególnie czwarty akapit - parafraza.

„Drzewo”.

Moja dusza to ośnieżony dach z naprzeciwka, wśród niego nagi komin, z jakiego się nie dymi. Ale teraz? Stoję na szczycie drzewa świata, wszystko zdaje się błahe, moje życie też i dlatego skaczę, aby nadać mu nowy sens.

Spadam! Serce bije mi jak bęben. Wzlatam! Jest to czas mityczny, niemniej fauna pozostaje niema na wołanie, ów zew. Teraźniejsza para bóstw to człowiek i jego maszyna; oś świata bezlistnieje, tylko dokądś duje, próbuję krzyczeć, ale na twarzy niemo zastyga erupcja, gestem okrzyku. Zabrakło tlenu.

Wieko trumny wyścielono czerwienią ust ździry; pożegnanie godne kochanków, których wzrok puścieje, odkąd kamienieją o grań płaskowyżu żyletek i przeglądają się w krysztale, nim go zetrą na proch. Ich perfuma.

Tak, a więc tutaj przychodzimy ze świata, do szpitala dla nerwowo chorych. Nocą poprzedzającą przyjście, zgasła we mnie trędowata dusza. Na szczęście, skoro ropiała pomyślnością potencjalnego jutra, jego ułudą. Dziś już inna gwiazda nuża się w błękicie mojego wzroku. Delikatne pulsacje śmierci, a nie dreszcz, jakby tętent kopyt bijących o suchą ziemię, gdzieś na stepie; moje myśli już nie pędzą huńskim zagonem, nie przeszywają strzałą Awarów.

Pamiętam tamte dni, jakby zdjęte z witraży, gdy malują je pogodne promienie młodzieńczej werwy. Byłem jej pełen, niemniej wolałem trwonić owe chwile kontemplując umajone koktajlem sukni sady, niż wyjść do ludzi z mieczem swojego serca. A dziś? Pióro zakrzepło, nie wiadomo już jak zawinioną raną, wszelako jestem zestarzały. Wypominają mi Ogrójec. On zginął bowiem tego pragnęliśmy, jego poświęcenia, widowiska i banialuk pokrzepiających niewolnicze serca.

Melancholia.