Pentagram wierszy

Wiersze te powstały pomiędzy 2014 a 2016 rokiem. Wiersz o Indiance koresponduje z piosenką „Canción para mi América”, autorstwa Soledad Bravo.

Zerknę, raz jeszcze, na obrazek z tobą,
nim w starodrzewiu niegdysiejszych kłączy,
ostatnie pędy, z osi świata, sennie opadną,
piętrząc się gęstwiną, u omszałej karpy.

Nie jest to dąb dostojny, ani jesion dworny,
ale głóg niegłośny, jest niepołożony tam,
na pryzmie, usypanej ziemią, w kurhany,
ręką, co wnosi skargę kiru, niebiosom.

Lecz postrzega siebie w zlekceważeniu,
wszak taje stela, żalem deszczy, we wzgardzie,
milczy zasłany epitaf, pode burzanu,
gdzie nie odwiedzisz mnie, naftaliną tęchnie.

Ale i mnie na wiosnę bukiet przysługuje.
Z ostu i łopianu! Tak wspomnianemu.

Przy brzegu, przy wierzbie, o krok od dłoni Ofelii,
znad ochry, popołudniowej wody, jej feerii,
skrzy się grat, w pozgonnych akwarelach szuanerii.

Ja do nich mówię – To nie jest Pani na Shalott!
Byśmy tutaj, w opiatach, jakby idąc na szafot,
patrząc milczeli, o suchym wersie, w argot:

Tu-być i broczyć wodą różaną, choćby kto?
Mżyć, aby goryczą, jak główka maku, byle kto?
Krzyk, znad grobu, gardzielą asfodeli, bądź co –
Pyszcz, jak ja, wyimkami z Haworth, Wysłodco:

Widnieję zgaszony, rozpromieniony żalem,
popatruję na ekran, na ścianę, otępiałem,
plątając się po dworze, to bijąc konarem,
okno u Currer Bell – ledwiem wrzosem, bywałem.

Kocham ciebie słodko-śniada Indianko.
Nie bądź mi sauté, tak czerwona od Słońca,
Sowietskij Sojuz.
Skoro nienawidzę Europy,
jak pragnę ująć twych dłoni,
byś mówiła do mnie kantyleną,
o miedzianych palcach co szarpią gitarę.
U ciebie gandża i spluwa,
pocałunki na ławkach w Santa Clara.
Tu, straszna samotność, bez Boga i kobiety,
wiedzie na stoki Cytadeli.
Momentami zbyt wysoka temperatura,
temu sennie kolebie mrowienie alkoholu,
aż marnieję w majakach.
W złudzie której nucisz do mnie czule, niejako Soledad Bravo.
Gdy na wietrze śpiewa tamaryndowiec.

Mam dla Ciebie dwa wersy,
posłuchaj:

„To już nie płomień lędźwi,
lecz wijące się robaki w tłustej ziemi, z obsesji”.

Zbite w kłębek, jakby wyjęte rybakowi z wiadra,
z przerostu, z przesytu, z rozpasania,
ze stłoczenia, splotły się kręto,
podobne ćmie mego namysłu.

I kołtunią się jak glizdy,
te bodźce i wrażenia.

To nie brudne myśli od zarobaczonej ziemi,
lecz czyste bladością larwy,
w brzasku pasionej rześką rosą.

Podczepiona do pędów,
zeżre całą słodycz,
lecz podła nie pali mnie w język,
kiedy gryzę owoc.

Bez wieści, że truję siebie,
w głowę się wchłania,
i czarno gniją potem,
te wstrętne Ci,
moje myśli o Tobie.

Wbrew, ze złością schwycę uchem,
bukiet świergotów i treli.
Drażni mnie łuna o brzasku,
gdzieś uszedł błękit jutrzenki.
Ledwie zamknąłem powieki,
skoro złowiłem swym wzrokiem,
zniżone listowie ogrodu.

Jakoś, przy niczym, nagrzane
spękały latem wapienie,
bezdenią agonii adagia.
Czyjegokolwiek, byleby
instrumentarium wyciągnął,
z niepokojących czasów
Europy. Napięć, miłości.

Tylko nam z oczu cieknie,
jakby kropiły tumany.

Na jurze.