Twarz

Poemat prozą Rainera Rilkego, „Malte”, pobrać można na Wolnych Lekturach.

„Twarz. I”.

Obłędnie uniewrażliwiony popatruję wskroś mroku mieszkania ulokowanego za oficyną kamienicy. Mijają tak dni, wreszcie wymiotuję, toteż stanowi to sposobność, aby spojrzeć na wydrapaną światu fizys. Twarz! Co ją tylko sobie zawdzięczam i nie mam kogokolwiek?! Niemniej przemywam ją jodyną, mimo że nie patrzę się już w pomalowane powieki; co o owe się rozciera, wraz z brzaskiem, niby pył ze skrzydeł egzotycznych motyli, ich kolor życia, zarazem barwę śmierci, jak u nożownika, a takim zdaje się jasny róż moich ust… tych zjadające ludzi robaki.

„Malte”, Rilke.

A jej kaprys lekkostrawnej diety? Na języku czuję wijący się odwłok, moje zęby idą w ruch, poprawia makijaż. Sponad tafli oka promienieje wilgoć przejęcia się chwilą, kiedy kobieta dotyka mnie, odmiennego jej dotąd mężczyznę! Ta mnie poi, jakby z piersi, skoro z komórek ciała, za sprawą Maji, jak i Anety, odeszły wody bowiem spadam z wysokości! Zabijam się?! Nigdy. Jednakże zaś się tłukę, tyle że odbiwszy się, o grań igły piątki - iglicę tęczówki bądź strzykawki.

Stąd to moje inhalacje są jak wlewy dożylne, iniekcje stanowią nie tylko drogę podania, jednakże bez zdumiewającej euforii. Igła znaczy ciało pocałunkiem, przebija tkankę - gryziemy wzajem wargę; zrastamy się kolejnym włóknem zaistniałej więzi, tej lina tworzy most nad przepaścią… Ta intymność zdarza się i nozdrzom, skoro miałem tę samą fazę co Neron i podpaliłem Rzym własnych receptorów: wypaliłem śluzówki i przegrodę, cokolwiek znanego anatomii. Prawie że nie mam już smaku i węchu, toteż odmiennych cech doszukuję się będąc wiedzionym estetyką. Dlatego jeszcze dalej, jeszcze głębiej, z jeszcze niżej, zeszło ze mnie życie, jego napięcie. Czuję plamy na fizys, nie noszę już twarzy, zdrapałem z siebe każdą. Ponadto uciska mnie w czole i doskwiera gwizd w uszach, jakby pociąg jechał albo TIR się zbliżał. Teraz pojawił się i ból za oczami.

Nie mówię już, nie bełkoczę, za sprawą specyficznego paraliżu nie odnajduję woli wypowiadania słów. One stanowiłyby nadmiarowy ból. Pozostał widok własnej skóry, na niej rany, obok brud i obsypujące się strupy - niezliczone obtarcia i siniaki, niejako widok wypowiedzianej miłości; straszyły nas chmury burzowe, ciążyły upałem, lecz przewiane pozostawiły nas w beznadziei dalszego znoszenia nie zmytego gorąca - pogody bądź siebie.

Noc życia.

„Twarz. II”.

To nie wisielcza pętla, ale staza. Podałbym sobie w żyłę na czole?! Nie wiem, ale zaciskam zębami, pompuję dłonią! Mnie to nie brzydzi; dziwne, że ona później krzyczy w kuchni - Pająk! Zabij! Zabij! - zabiłem. Jezu jak ja potrafiłem momentami śmierdzieć i płakać… Mimo wszystko człowiek wjebany w opiaty poci się i cuchnie, jakby mniej - dziewczyny mogą się nie myć tydzień. Co innego amfetamina… Samemu pozostaję pod wrażeniem tego, jak nawet przycięta przyroda potrafiła wybujać, rześkości powietrza o ósmej rano! Wreszcie wyszedłem! I wysępiłem od Króla Cygańskiego dwadzieścia złotych, wsiadłem w busa i pojechałem dokądkolwiek; jeśli nie wrócę jutro, doprowadzą mnie siłą; miałem dość spontanicznych utrat świadomości, błąkania się, spania cały dzień w tramwajach i jazdy nimi w kółko, tych mandatów, szczania w spodnie. Fluidy.

Zwinąłem krajówę w rulon, a chciałbym tak swoje życie, te zaś spiąłem gumką, żeby podać młodej, aby zrobiła się z niej fajniejsza ździra, toteż jej oddech żgał mnie wskroś karku, nieomal Vendal na wejściu; zakochałem się w Warszawie, mimo że mój kooperant, ani razu nie opuścił apartamentu, wtedy nadeszła, by i moja pora na ruchanie, niemniej, nazajutrz, uratował mi życie. Rozpuszczoną piksę, czteromiligramowego Bunorfinu, wlał mi strzykawką do nosa, prócz tego zabawił się mną… Seria plaskaczy? Czemu nie! Oblewał mnie też zimną wodą. W efekcie byłem zachrypnięty, miałem spuchniętą wargę i wieloobszarowo bolała mnie głowa. Ponadto prawa ręka wyglądała na przysposobioną do odjęcia… I chuj! Niemniej teraz się golę i obcinam u starego, jakże siwego i zmarszczonego, ale tutejszego, swojskiego fryzjera. Fascynuje mnie jego brzytwa! Nie idę do barbera, u takiego trzeba płacić w euro. Pozostało tylko czekać. Zawsze się czeka, czuwa, dogląda; nim przyjdzie ona, nim wejdzie, byleby szczypało w dupie. Tylko miłość podaje się dożylnie! Dlatego tak kocham morfinę. Maję.

Odtąd droga jest jednokierunkowa, nie ma już odwrotu; doliczą zero lub upierdolą łeb, mnie albo ja komuś. Niemniej pragnę jej taką, jaka jest. Pokochałem i jest to lepsze, niż zakochanie. Nie jest to kaprys, ani chwilowa ułuda zaległego pożądania, skoro tyle czasu leżało się odłogiem i nigdy dotąd, właśnie że dlatego, nie dojrzało się rozbłysku gwiazdy. Spada Dedal. Kto mnie uczył tego jak się kocha? Miłość zajechano mi fartem; wciąż mi się śni niebieski kwiat.

Mimo wszystko dojechałem. Plac przede mną był szarobrunatny, zwyczajnie brudny betonem czy gównem gołębi, ale nie Czerwony, choćby juchą dopiero co dorżniętego Kronsztadu albo zdradzonego Paryża, tym bardziej nie kraśniał pąsem dziewczęcia czy szminką jej matki. Niemniej pozostawał pusty, toteż i do mnie, jak i w tamtej piosence, podeszła moja Nathalie. Ja? Miałem pieniądze. Ona? Heroinę.

Chciałem ją zobaczyć zanim umrze. Wspominałem nasze, sporadyczne, internetowe rozmowy nocami. Musiałem ją zobaczyć i fizycznie zdała się mocniejsza ulicą, niż delikatna intymnością tamtej chwili. Wszyscy mnie przed nią ostrzegali, że mnie wyjebie na hajsie - Warszawska cwaniara! Ja jej kompletnie ufałem. No i zajechałem pięć zero, skoro usłyszałem kolejne odmowy z telefonów jakie wykonywała.

- Mam marskość wątroby. Cała gniję w środku - znała miasto.
- Jesteś piękna.

To wszystko było wczoraj, minęło, więc straciło wartość, a na płacz jesteśmy odporni, każdy z nas płacze. Na słuchawkach leci „2 kilo”; znajdź mnie póki nie jestem na stryczku, w więzieniu. Wczorajsza faza, wczorajsza cipa, nie znaczą nic, gdy narasta głód; ściąłem włosy, a potem brodę, by nie poznał mnie nikt, skoro ważę już poniżej osiemdziesięciu kilogramów. Chodzi o policję i obsługę sklepów bowiem nie znam nikogo, gdzie walę na jumy… Ponoć mój syn płakał kiedy do niego zadzwoniłem, po dwóch miesiącach, ale nie pamiętam co mu powiedziałem.

I jak?