Art of Trance: Epigramat

BHP

We dwoje należy p o w o l i wzruszać się wzajem siebie tak, jak w wystymulowanych nocach wyrusza się wzdłuż wstęgi beatu (synestezja), a ludzie wpadają w pułapkę – moją źrenicę. Ich ruchy tworzą dysk akrecyjny wokół mnie. Wówczas się zasiada i pali haszysz, aby uspokoić serce i porozmawiać. Odtąd nadmiarowy, pod językiem, Clonazepam (przepisany przez lekarza), przyprawia muzykę zapachem kadzidła, a ja się czuję, mówiąc, nibym ją karmił ciastem, mięsem, ale palcami. Żywą rybką którą gniecie zębami i twierdzi, że jej to smakuje (strużka krwi w kącikach ust, kicz). Zmierzamy dokądś i coś mi się właśnie tak przypomina, padają dwa zdania, resztę wyraża mowa rysów twarzy:

Ja to „wiersz idioty odbity na powielaczu” – Przemysław Gintrowski, „Autoportret Witkacego”: https://www.youtube.com/watch?v=QTIJeROtF48

Wulgarność

Zapadam się w symulakr bowiem poirytowała mnie scena w burdelu, w „Eumeswil”, u Jüngera. Dlatego, że żyję i się snuję jak Manuel Venator, a ten dialog jest totalnie z czapy. Wiem dlaczego on tak to napisał i mogę podać tysiąc powodów (chodzi o urealnienie wulgarnością), ale… Ja bym tak nie powiedział. I to jest ów dysonans, że człowieka nie dopuszcza się czegoś, ale wie dlaczego ktoś tak postąpił i to wywołuje ból. Oto tekst (w książce nie ma myślników, tylko są cudzysłowy, jeśli chodzi o oznaczanie dialogów, jak w prozie anglosaskiej):

„Nosisz długie suknie; założę się, że masz wstrętne nogi”.
„Chce pan wszystko do razu zobaczyć na ulicy?”
Niezła replika (…).

Ernst JüngerEumeswil.

Kiedy myślę o takich sytuacjach to dochodzę do wniosku, że nie było najmniejszego sensu bym miał z nimi rozmawiać, z kimkolwiek. Ostatecznie ujrzałem, że jest nic, mimo iż poważnie mniemałem jak to, gdzieś, musi istnieć punkt do którego powinienem ciążyć tak, jak pozostali zwykle pną się po szczeblach kariery. Toteż uspokoiłem się, skoro czegokolwiek bym nie zrobił, aby spróbować cokolwiek osiągnąć w życiu i tak nie niosłoby to, wraz z sobą, metafizycznego sensu. Los jakiemu miałem sprostać, pozostawał więc w plenipotencji woli, co przyjmuje obraz wahadła.

Epigramat

Z tego względu, utracony już bławat wzroku podniósł szmer, glissandem warkoczy perzu, gdy wodziłem źrenicą, a serce biło mi purpurą, pozostałym zaś broczyło wodą różaną i zaczerwieniała pręga wiszącego, pożałowanym pocałunkiem, tak muśnięciem nocy sinieje obuch wzgardy. Pozostawiłem po sobie epigramat.

Zmówią ci do ucha, przykrywa go ziemia.
Donikąd był gnał, łamiąc koła dharmy,
żadnemu wozu, ot bez słów Siddharthy.
Być nikim, Nikim, wszystkim; do widzenia.

Spengler

Wszelako żal mi jest tamtych gajów oliwnych, spacerów wieczorem, stęskniłem się za wami. Jest gorący wieczór. Czuję się jakbym wpadł do pieca hutniczego i był metalem, a potem rozgrzany udał się na walcownię. Moja twarz się ciągnie, niby topniejący plastik. Nie lepimy się potem, jak w dawnej Persji nosimy zwiewne szaty, lecz nie mamy już gdzie iść. Wszystko wykarczowali pod domy, sklepy i warsztaty – dlatego nieustannie farmakologizowałem egzystencję.

Biegu czasu nie da się powstrzymać, nie ma żadnego mądrego odwrotu, żadnej rozsądnej rezygnacji. Tylko marzyciele wierzą, że istnieje jakieś wyjście. Optymizm jest tchórzostwem, urodziliśmy się w tej epoce i musimy dzielnie iść do końca drogą nam wyznaczoną. Nie pozostaje nam nic innego. Jest naszym obowiązkiem wytrwać na straconej pozycji bez nadziei i bez ratunku. Wytrwać jak ów rzymski żołnierz, którego szkielet znaleziono przed bramą w Pompei, a który zginął, ponieważ podczas wybuchu Wezuwiusza zapomniano odwołać go z posterunku. Oto wielkość, to się nazywa być rasowym. Ten honorowy koniec jest jedyną rzeczą, której nie można ludziom odebrać – Oswald Spengler.

Oswald SpenglerCzłowiek i technika.

Tak dawno już nie jadłem i nie spałem, nieustannie strzegę płomieni ogniska, skoro wokół grasują drapieżniki, a nade mną kluczą padlinożercy. Ile jeszcze przetrwam na tym odludziu? Nigdy nie byłem tak słaby, jak teraz. Prócz lęku czuję też zimno i wiem, że zginę, jeśli domknie się pętla, stąd wciąż drgam, jakby w delirium. Wtem, nasłuchując, pojąłem naturę tembru, to nie trzęsie strach ani chłód. Ja nastrajam się na radiolatarnię! Wystarczy poprawić antenę, a dojrzę światło poprzez które wydostanę się z czeluści. Wybiegłem. Według zegara uległem horrorom iluzji na cztery godziny.

Przypadek Nietzschego

Być może dane było mi ujrzeć krytyczny moment rozstrzygnięcia, doświadczyć czasu kiedy psychiatrzy rozkładają ręce, a bliscy wtórują im płaczem. Obłęd zwalił z nóg chorego, pozostało tylko zmieniać mu pieluchy i wycierać ślinę. Natenczas niewiadomym mi było, iż nie oddałem się całkowicie, z całą siłą mojej osoby. Być może dzięki temu nie popadłem w trwały obłęd. Rozchodzi się o to, iż nie istnieją rangi ani stopnie wtajemniczenia. Psychonauta zażywający nadmierną dawkę psychopharmakonu wystawia się tak samo, jak każdy inny człowiek, na lęki. On tylko mocniej się koncentruje na zadanym celu, jednakże jest niemożliwe, by nie ulegać indukcji. Niebezpieczeństwo o jakim przekonujemy się wspominając przypadek Nietzschego, który popadł w obłęd, gdy ujrzał woźnicę okładającego własnego konia. Indukcja.