τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Juliette. I.

Kiedy między siódmą a ósmą rano będziecie się włóczyć po Kazimierzu w niedzielę i dojdziecie tam, gdzie Stradom przecina się z Dietla, to zerknijcie wzwyż, na najokazalszą kamienicę. Właśnie tę z iglicą na kopule, co ją zdemontowali hitlerowcy. Jeśli zmysł estetyczny nie jest wam obcy, to ujrzycie budynek, jakiego piękno bryły zezwala, by karmić oko jego widokiem, prócz tego nikogo, mimo że tam siedzę, na ostatnim piętrze. Skąd to spoglądam na tramwaje i przechodniów, sponad sterty książek wyłożonych wskroś parapetu. Dobitniej byłoby siedzieć i dać się widzieć, pośród ludzi, niźli pisać list bądź esej bowiem gest wyraża się wprost, literatura zaś wije się kłączami. Ich wielość stanowi symptom ukrytych sensów.

Pokój jest przechodni, a w nim dwa wyra, mebli niewiele, parkiet pływa. Gdzieś w połowie został pociągnięty drut, by móc się odgrodzić kotarą, wieszamy też na nim pranie. Stoję obok łóżka, gdzie śpi Dariusz, nadto Florence, Juliette, Michelle… Nie wiem, nie znam, tej jeszcze nie widziałem. A może widziałem i nawet się przedstawiłem, kiedy, wraz z nią, nawiedził mieszkanie, jakoś po szóstej rano. Całą noc czyścił kible i zbierał szklanki w Ciotonie, a ona z pewnością na niego czekała, rozdając ulotki przed stripem, na Placu Nowym. Być może dał jej klucze i kimała tutaj od wieczora, ja czerń dnia spędziłem w kuchni. Mogłem nie posłyszeć skradania, wbrew drzwiom toalety, wśród jakich zasuwa chodzi, niby zamek w karabinie Mosina. Tkwiłem przy stole pogrążony w kaskadach asocjacji, nieruchomo, bez wypowiedzianego słowa, a detale, w swoim natężeniu, narastały do wielości struktur kosmicznych. Nie było mi więcej dane, jak mrugnąć doń, skoro tożsama mnie fizys przybrała upiorny wyraz wewnętrznej koncentracji.

Przypatruję się im nie z zazdrości bądź perwersji, poeta winien karmić się emocjami. Lepiej, iż żywe, niźli wyczytane. Spoczywają wtopieni w siebie, stąd zaczynam rozumieć, że potrzebowali się uprzednio spotykać. Tym razem nie jest to nocna znajomość, jak to bywało. Mężczyzna musi mieć możność powrotów w kobiece objęcia, inaczej pląta się bez celu. I ja zmartwychwstawałem pod okiem swojej Anètt. Wspominam nasze rozmowy do siebie, do ściany, do płytek położonych w kiblu.

Odkąd linie naszych tras splotły się niewiadomym trafem, nastaliśmy obopólnie celebrowanym pragnieniem, uprzednio skrytym pośród bezdni obwarowanej szaradami psyche. Pogoda tamtych dni, natenczas zdaje się niemożnością, poniekąd dalszej kopulacji; by z piersi dziewczęcia, potliwych za sprawą stymulantów, móc wydusić powietrze niegdysiejszego zaistnienia. Jakże tamci spośród nas rozstrzygali komórki swoich ciał, ich tkanki wzajem pęczniały niepohamowaniem! Bluźniliśmy kazirodczym splotem dwojga dusz. Tylko po to, by po czasie odnieść się wspomnieniem, byleby dotknąć oczami, ów rzadki druk w antykwariacie? Toteż doświadczałem się, jakbym od wielu wcieleń przeżywał to samo życie; cokolwiek nie niknie, zostaje tylko odroczone.

Pamiętam jak zdrowy ziąb zwilżał nam cerę o brzasku i sprowadziło to na nas smutek, echa pobytu na dalekiej prowincji. Najważniejszy, pośród tamtejszych dni, zdawał się być brak rygorów innych niż naturalne. Jadło się wprost z drzewa i myło w miednicy, wodą ze studni. Teraz dało się jeszcze długo spać i wzajem gładzić, aby wystarczyło nam czekać do otwarcia modnych kawiarni. Można było w nich zjeść, hummus i pielmieni, a bywa, że jedzenie jest najlepszym narkotykiem danego dnia, szczególnie przed pracą w biurze, ale nigdy jak robotnik wychodzi na zmianę, ledwie dupę się obciera, kiedyśmy, powodowani napięciem, stali już na nogach. Nie odzywaliśmy się, słodząc sobie paroma komendami: – Śpisz? – Nie. – Jedną czy dwie? – za to przemawiała obecność, mówił sporadyczny wzrok. Toteż z wolna się ubieraliśmy, nie nagleni okolicznością spaceru, kiedy prawie nikogo nie ma (ktoś biegnie, inny idzie z psem wzdłuż Wisły). Ubrałem piaskowe chino, białą koszulę z bawełny two ply, ponadto szarą marynarkę z dwoma guzikami i szerokimi klapami, jaką wieńczyła żółta poszetka z kolorowymi wzorami geometrycznymi pośrodku, przywodzącymi na myśl obrazy Klimta. Pozostało tylko wypolerować regularnie pastowane sztyblety, mocno brązowe, ze skóry licowej i dobrać do nich pasek. Zakładała wtedy pończochy… goliłem się wczoraj; dawniej zacinałem się patrząc, gdy nakładała maskarę, lecz jakaś obcość wkradła się pomiędzy nas i nie chodziliśmy już razem do łazienki. Myślałem o tym samotnie, kiedy już jedliśmy. Wnętrze? Typowy wystrój z menu wypisanym kolorową kredą na tablicach i ze zdawkową obsługą, temu lepiej było samemu cokolwiek przyrządzić, zważywszy na ceny, jednakże zapragnąłem dokądś z nią pójść, aby zakryć, że niewiadomy ból przyćmił miłość. Łapałem się, że wciąż podoba się mi, jak to się ubiera, jak zakłada udo o kolano i widać jej tylko nagie łydki, no i skromne, ale drogie, darowane przeze mnie kolczyki. Każda z kobiet posiada gest dla którego mężczyzna wciąż z nią jest i chce powracać, on wabi bardziej jak kwiat pszczołę: to jak odgarnia włosy, jak się specyficznie uśmiecha czy akcentuje dane słowo.

Teraz spostrzegam na stoliku niewyjustowany wydruk, będzie szedł wieczorem do La Manchi, by przeczytać ludziom o tym jak kochał i ruchał. Pójdę, by i mnie widzieli, wynudzony do imentu, denną literaturą najnowszą, dlatego sięgnąłem po klasykę socrealizmu. Znajomość „Matki” Maksyma Gorkiego nie uchodzi już za dobry ton. Co gorsza i to wyznanie ujdzie mi na sucho. Nie tyle zblazowana co wyniszczona nędzą cyganeria krakowska, prócz plotek i kolorowej wódki, ostatkiem sił łapie bakcyla amfetaminy. Temu jeszcze dychamy i się szwendamy, przy okazji rechocząc złośliwe na durniów deklamujących po barach, byleby się pochlać i nawciągać na krzywy ryj. W dalszym ciągu miałby komu z nas stawać kutas do literatury, tym bardziej do kobiet? Niedoczekanie.