τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Juliette. II.

„Hymn orficki do Hekate”, zawarty w tekście, to tłumaczenie własne.

Juliette. II

A te iniekcje ich słów? Elo przedźgane syfem kurwy! Pęga i sztos w kiermanach? Nie ma, nie było, nie będzie. Mam na to wyjebane, jak są wasze pizdy! Błąkam się bez floty. Siąpi. Z nosa i nieba, dumnie i nie boli. Skończyła się flota, dragi, to mnie stamtąd wyjebali. Słuchaj, umrę, nie mogę znaleźć innego ujścia dla siebie, niż śmierć. Pragnę śmierci, a ty masz myśli samobójcze i to jest różnica. Bywały chwile, iż odrzucałem śmierć tak, jak kochankowie odtrącają się w duszną noc… Źrenica pulsuje, jakby mięsień sercowy duszy, kiedy myślę te słowa, dogorywając w kącie, na ćpuńskiej melinie. Pragnę zaśpiewać, choćby zanucić, ale nie znam słów, ani melodii. Muzyką byłoby łkanie chłopca, niejako bolid jaskrawo tnący niebo; zgniecione grono żałości, jątrzy się spod palców dłoni, wśród której skryto twarz, skoro ojciec śpi najebany pod płotem i wulgarnie majaczy, niby wieprz. A dzieci z sąsiedztwa rechoczą, skaczą jak małpy i wytykają palcami, kuuurwaaa, bo są niedojebane. Tak to widzę, jak pasek od spodni i regał z książkami, że tak powinna zaczynać się proza i drę się jednak, wzdłuż kabla mikrofonu, dlatego że na Jurze napotykało się takie charaktery pośród mężczyzn.

„Trunek daje biedakowi, prostakowi to, co innym przynosi muzyka, biblioteka: ofiarowuje my wyższą rzeczywistość” Ernst Jünger, „Promieniowania”.

Chadzanie po wzgórzach, skałach, wpajało spoglądanie na świat, ludzi, z wysoka. Mawiało się cicho, chyba że było się wzburzonym i wypitym, wszakże w lasach wysoczyzny, tak wzdychając za współistnieniem, wdychając ożywczy zapach zamokłego mgłą boru, należało okazać niedostrzegalność, by nie płoszyć saren, aby przejść niezauważonym przez dziki tak, jak gładzi się dziewczę nigdy przedtem niedotykane. Toteż nudziła się mną, gdym obok siedział wrząc niemo, nie rozumiała, iż szepczę do niej cały czas. Opowiadałem jej historie jakie miały miejsce od zarania naszych dziejów. Później nie odbierając moich telefonów raniła mnie gwoździami ze swojego krzyża.

Nie rozumiałem dlaczego Bóg uczynił mnie silnym. Pragnąłem śmierci, ale nie umiałem się zabić, cały czas miałem na względzie jakiś obowiązek. Wiedziałem iż muszę przerwać to pasmo rozwianych złudzeń, wysiłków co rozbijają się morskim pływem o klif – miną generacje, nim skała się rozpuści. Wiązano to z potrójnym wysiłkiem pracy, pieniędzy, życia pomimo. Wpojono mnie hierarchię wartości. Cnotą mężczyzny było nieoczekiwanie czegokolwiek i podleganie autorytetowi okoliczności. Mężczyzna który jest ojcem nie żywi zbyt długo urazy, złość przemija nader szybko. Oto cnota ojcostwa. Był to raut Życia, tyle że moje życie nie woła, moje życie nie prosi. Ono umiera! Na koszuli, rautem zawiniona struga jej iniekcji, mojej inhalacji, upławy uboju. Nie ma dorosłych w domu! A ja patrzę się w oczy i dyszę, ona nie ma tęczówek, poraziło mój ośrodkowy układ nerwowy. I wypytuję samego siebie:

\– Wygląda pan na roztrzęsionego. Czy coś się wydarzyło?
\– A w chuj!
Suka nic nie kmini, że ja lubię białe, śnieżne koszule. Snuję się po kasynach, piszę wiersze dziewczynom, odkąd spłukany wysiaduję na ławkach, ale czytają je zahukane typy. I mówię do siebie bowiem pragnę usłyszeć ludzką mowę; wsłuchując się w tembr tkanki tekstualnej tkam poezję, prozę. Przepalone styki, wątłe ciała jamiste, iskrząc ulatuję – wzlata wizja śmierci, łkania.

Za tym, jak to niegdyś wędrowałem, z dawna deptanymi alejami, pośród porosłego listowia krzewów, wśród łąk, nieopodal domu. Gdzieniegdzie słońce wypaliło żółć perzu, odsłaniając prędkie kroki jaszczurek, skoki koników polnych. Pachniało sierpniem, ustały odgłosy pił mechanicznych, pędzących aut, toteż słuchałem poszycia nieodległego lasu. Ale teraz nie wiedziałem o kimkolwiek esencjonalnie prawdziwym. Powroty nasze miały coś w sobie ze światłocienia gęstych olejów, malarstwa baroku. Teatralne twarze nadbiegających dzieci, gdyśmy byli daleko za nimi, pozwalając im na przygodę, dorastanie, karmiły nas smakiem wieczornych owoców, rwanymi wprost z drzewa. Żyło się pogodnie, smakując słodycz grusz i jabłoni, rozmawiając o nowych meblach. Potem kąpaliśmy je, całe utytłane ziemią, jeżynami. Zrywał się wiatr, przesuwając znad lepiących się koszul ciężkie powietrze; wystarczyło spojrzeć, a w dali piętrzyły się kremowe ostańce, pociągnięcie nosem pochwycało woń kłębów nad nami. Zwiastowały nadchodzącą burzę, aż nachodzą mnie dreszcze, będę rzygał na tłum turystów! Mam się położyć, jak Burroughs junior, w rowie?! Zawracam.

Tamże głośno mówimy bowiem jesteśmy nad wyraz spostrzegawczy, mamy też pewne i szybkie ruchy, a wszelkie fenomeny zachodzące obok, jak i w dalekim świecie, zdają się nad wyraz ciekawe. Schodzimy się na misteria. Wewnątrz okna pozostają szczelnie zakryte, aby nikt z zewnątrz nie ujrzał naszych tajemnic. Spoczywam w kącie, na materacu z wystawki, splecione palcami dłonie służą za poduszkę, gdy dotykają potylicy, oprócz kciuków co wskazują kark, na krew tętniczą, jest to symbol Ukrzyżowanego. Zaś skrzyżowane nogi, przedstawiają pnące się winorośle, wzdłuż tyrsu Dionizosa. Zjawia się Orfeusz, wieszczy metempsychozę, erotyzm napięcia przemiany. I pierdolę do siebie, jakby Hymn orficki do Hekate:

„Hekate, błagam Ciebie, umiłowaną Panią, wysłuchaj twego sługę na rozstajach.
Niebiańska, ziemska, oceaniczna, Trójjedyna, odziana w szafranowe szaty.
Pogrzebana, sprawujesz pieczę nad misteriami Dionizosa, pośród dusz zmarłych.
Córko Persesa, obiecana samotności, rozradowana w łani.
Tyś rozgwieżdżoną nocą, opiekunką psów, niepokonaną Królową.
Obwieszczana rykiem bestii, bezbronna, lecz o niezłomnym obliczu.
Boś ukoronowana półksiężycem i dzierżysz klucze do tajemnic kosmosu.
Przewodniczko, Nimfo, Wychowawczyni, Ty która nawiedzasz góry, jamy, rozpadliny.
Modlę się do Ciebie, Dziewico, byś pobłogosławiła nasz uświęcony obrzęd wtajemniczenia.
Pozostań łaskawa dla tego pasterza i raduj się wonnościami naszego daru”.

Ale wciąż, tygodniami, nie znajduję niczego w epistolografii i diarystyce Rilkego, jak i we własnych reminiscencjach. Czegoś co można wymówić bądź pomyśleć z emfazą – wewnętrznym głosem, jakby Oskara Wernera, gdy ten recytuje jego „Korneta”, a akompaniuje Von Thronstahl. Na polu bitwy podźwigam chorągiew, powaloną szarżą kawalerii, jakże pachnie petrichorem – Ich trage die Fahne! Zatem będę ją niósł jak omdlałą niewiastę! Liryzm Rainera Marii Rilkego stał się mnie nazbyt stateczny, mieszczański, mierzi mnie ponad miarę, iż dożył pięćdziesięciu jeden lat. Lękam się tak długiego żywota, mam trzydzieści dwa – życie mści się, wraz z każdym oddechem, mimo zapewnień lekarza i jego aparatu! Czymże innym było jego życie w podróży, pośród sanatoriów i dobrych domów, jak nie ziszczeniem drobnomieszczańskiej woli, pełnych pretensji marzeń jego matki? Nudą i pogonią. biegnę i ja… Niech się już skończy to samotne lato, zakwitnę na jesień! Siedząc w świetle żaru papierosa, obok, skądś, łoskot blond włosów i niebieskie oczy. Płoche wobec chwili odfruną gdzieś, ponad kielichami kwiatów; wtedy głóg sypie bielą sukni co łamie się w falbany. Niepotrzebne, umęczone, życie, nabiera wody w usta, byleby dojrzeć grymas, spojrzeć gest. Jedną ręką sunę wzdłuż kobiecej nogi, drugą ciskam ziemią w trumnę – nastaje miłość, gdzie indziej jawi się śmierć.