τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Juliette. Prolog.

„Precyzować niedokładne, dookreślać nieokreślone coraz to ostrzej i ostrzej: oto zadanie wszelkiego rozwoju, wszelkich starań przebiegających w czasie. Dlatego z biegiem lat wyostrzają się fizjonomie i charaktery. Dotyczy to również rękopisów”.

Ernst Jünger, „Eumeswil”.

Juliette. Prolog.

Obudziłem się na oddziale zamkniętym zakładu psychiatrycznego bowiem miewam okamgnienia wyraźnego widzenia. Życie domaga się wtedy powtórzenia sensu istnienia, skoro jaźń zadzierzgnięta ideą, wszakże spożywanie ułud teraźniejszości okazało się nieumiarkowaniem ciała, tożsamym gwałtownemu usposobieniu niektórych narkotyków. Wtenczas ostatnią ulgą nastaje we mnie samotna wędrówka pośród reminiscencji. Powrotom moim towarzyszy ciemność, jakby wzięta ze światła baroku. Skrzy się iglica fatum, niemniej spod wnęki wyziera czarny sztandar anarchizmu. Chiaroscuro! Stan w jakim nie gardzi się nawet marihuaną, mimo że odsłania lęki, dobyte z lejów krasowych umysłu. Ich wartość źródłowa podobna jest lasom rąbanym na handel drzazgami z krzyża Chrystusa. Temu z upływem lat płowieją obrazy przeszłego szczęścia, erodują zorzą wiekowego spojrzenia? Przemijamy się „gwoździami z krzyża”.

\– Ja nie milczałem, gdy dokądś patrzyłaś, mówiłem najciszej jak potrafiłem tak, jak leży się głuchą nocą, nad ranem, głowami obok siebie, niby spięte akoladą i patrzy się na sufit, w okno, a za nim czarny kontur bzu, trącany wiatrem.

I obsiadła mnie muchami groza tego co żywe; przedprożem winy ciepła, obfita, pierś Juliette. Niezawiniony, jeszcze, grzech, kołysze się w polu sierpniem jego perz. Wypalona słońcem rzeka cieknie błotem, źródło bije gnojem; gęsty latem tętent mojej krwi. Wyrównany, depresyjny, nastrój, nabiera ostrości, zewsząd puścieje; bezwietrzna, bezgwiezdna noc, jakże zatruta światłem.

A ona?! Pomalowała oczy, na długo przed iniekcją, teraz by jej to nie obchodziło, niemniej kontinuum kobiecości nie zostało zachwiane. Byłem uwiedziony, jest to ulga o wymiarze eschatologicznym. Podjęliśmy wzajem meander spojrzeń, wypowiadając się naokoło, niebezpiecznie przybliżając ku obdartym skałom fiordu; podobnie magia gry w ruletkę nie zaklina czarem obstawiania, klątwą porażki czy kuglarstwem wygranej, lecz interludium rozpędzonej bili. Pragnąłem utrzymać ów moment w nieskończoność, zawiesić go w stasis niedbałego ujęcia palcami dłoni; nierozwagą przedawkowania MDMA, nim ulgą erupcji głowa opadnie mi na dekolt, wesprze się o biust, skoro ciśnienie rozerwało serce. Teraz sobie myślę, że nic mnie tak nie furało, jak jej uśmiech, imię. Nie ciąłem się, dałem w szyję, w nos. Potem poszedłem moknąc, od deszczu ze śniegiem i byłem królem życia, na Kazimierzu i za Kleparzem. Potem wstałem rano, zwyczajnie udałem się do pracy bowiem byłem odpowiedzialny, ale teraz wiem, że to jest nic nie warte; lepiej było szaleć i drzeć mordę pod oknem. Może nawet nie to, mimo że byłoby o czym gadać, po prostu nie zakochiwać się i nie podchodzić w knajpie, nie gadać, pić dalej samemu, po czym wrócić, walnąć się na łóżko i wziąć urlop na żądanie. Kiedyś przypomniałbym sobie jej twarz kochając się z inną.

Dlaczego nie dajesz mi cieszyć się życiem, tylko naręcza krwi! Dlaczego nie wołasz, by i mnie obdzielić śmiercią, jak chłop swe dzieci ziemią? Milczysz, lecz ja patrzę, jakoby niebem, którego błękit wzroku łza rozsadza z wrzaskiem bowiem kładziecie nogę o kolano, skoroście w krótkich spódnicach. Mieć was znów przed oczami, ciebie i Juliette! Punkt w którym przecinają się żyły wodne pięciu zmysłów; przestałoby boleć u góry, przed lewym uchem, znów rzygnąłem słowami! Przyjąć to jak aniołów, bez sztyletu i woali? Zewsząd śmierdzi, wraz z oderwanymi wewnątrz nosa skrzepami. Całość jest martwa, przyroda zaś pozbawiona polotu, a ludzie zdają się lalkami w rękach kuglarza, oto fantom eudajmonii w swoich poczynaniach. Mnie się świat takim jawi, odkąd zostałem przebudzony, skoro ostatnie cząstki rauszu uleciały w niebyt. Wszystko jest takie niestworzone, a jednak zaistniałe, odklejone. Jakby to nie trawa, kwiaty i drzewa były sztuczne, ale człowiek. Temu przegnite z dojrzałości grona opadają smętnie, to myśli jakimi się nie upijemy. Bez sensu pozostają światła kominów na horyzoncie, zgiełk samochodów wśród drogi, nieopodal lasu, gdy jabłoń niewzruszenie rośnie przy balkonie, gdzie palę i spoglądam bezowocnie, podobnie wyrodzonym drzewom sadu.