Odczyt noblowski Olgi Tokarczuk

Wiedziony śródnocną nudą zapoznałem się z pełnym tekstem odczytu noblowskiego Olgi Tokarczuk. Najważniejszą myślą jej eseju jest spostrzeżenie, że poczucie mitu wśród ludzi umarło. Objawia się to w fakcie, że ludzie pytają czy to jest prawda, gdy czytają tekst literacki. Nieoczytana czy też nieuzbrojona w krytycznoliteracki bądź filozoficzny aparat jaźń, nie jest w stanie organicznie pojąć, że to nie przedstawione fakty, lecz ich figura, przebyte doświadczenie, są właśnie istotne. Spotykam się z tym codziennie. Nie to co piszę, ale jak! Nie co robią, ale jak wygląda dynamika relacji i jakie idee wyrażają się w opisywanych gestach. Dana „przygoda” to stanowisko filozoficzne. Struktura tekstu, nie jego temat.

Odwołanie się do matki bądź ojczystych stron, jest jednym z retorycznych loci communes, bywa to wyświechtanym, jednakże trudno się mi z nią zgodzić już na wstępie. Zgodzić w sensie nie walki, ale odmiennej perspektywy. Wspomnieniu matki, z rodzinnej fotografii, nie brakuje szczegółów z powodu braku kolorów; czerń i bel wyostrzają rysy, nadto uwydatniają detal za sprawą światła i cieni (chiaroscuro), skoro zawężenie perspektywy, w tym przypadku przestrzeni barw, sprawia, że pewne elementy znajdują się bliżej percepcji i wyraźniej można dojrzeć istotę sprawy tak, jak klaustrofobiczne pomieszczenie bardziej doskwiera poczuciu komfortu, niźli przebywanie na jakiej auli.

Brak opowieści nie stanowi problemu. Cóż możemy powiedzieć o pokoleniach, obecnym i z minionych tysiącleci? Urodzili się, pracowali, umierali. Problem stanowi raczej pewna właściwość naszych czasów, iż treść należy generować codziennie, inaczej pozostaje się bez znaczenia. Z pewnością nie brakuje nam też środków stylistycznych. Stare, wywiedzione z klasyki europejskiej, są ponadczasowe, a nowych mamy nadpodaż za sprawą memów i społeczności wirtualnych. Nieustannie dostarcza nam ich amerykańska i japońska, poniekąd koreańska, popkultura.

Pozostałe uwagi, natury ogólnej, dotyczące rynku literatury czy w ogóle literatury, są zgodne z prawdą, lecz nienowe. Mniemam jednak, że nie da się powiedzieć nic nowego, innego. Literatura jest utrwaleniem poprzez powtórzenie wypowiedzianych niegdyś słów. Wszystko dokonało się w czasach Arystotelesa, a potem w wieku XIX i XX. Nie jest transgresją opowieść o czarnoskórej lesbijce, cierpiącej na HIV, nie mającej nogi i umierającej na raka, która rozpoczyna związek z piękną i zamożną, białą, panią z Nowego Jorku, skoro wciąż jest to opowieść o miłości. Zmieniają się rekwizyty. Za to jest to element wolnościowej walki politycznej. Analogicznie manifest Andreasa Breivika jest po prostu kolejnym manifestem politycznym i wtórą nam historiozofią. Jeżeli coś się komuś wydaje nowe, odmienne, to wynika to z mieszczańskiej rzeczywistości. Ludzie mają obowiązki i nie mogą całymi dniami czytać, oglądać, wszystkiego jak leci, a wysiłek intelektualny jest tożsamy wysiłkowi pracy. Dlatego przez wieki odbiorcą kultury wysokiej, w pierwszym rzędzie, była niepracująca arystokracja, jak i duchowieństwo.

Zaś refleksja dotycząca seriali filmowych, jakby przeczy poprzedniej narracji dotyczącej literatury. Nie jest to kwestia twórczej oryginalności. Zwyczajnie robi to ten sam przemysł kulturowy i tak, jak powieści wycina się ze szablonu i uczy, jak „ciekawie dla czytelnika pisać”, tak samo produkuje się seriale, acz uwaga, że jest to analogiczne opowieściom Szeherezady jest dobrą metaforą. Przez moment odnosiłem wrażenie, że odczuwam z jej strony niezwerbalizowany żal po którymś z bohaterów „Gry o tron”, który to wziął się i umarł, za sprawą broni siecznej lub kłującej, ognia smoka bądź trucizny.

Nie jest prawdą, że na antypodach Tokarczuk znajduje się Michel Houellebecq. O ile pierwszej można zarzucić, że nigdy nie wyrosła ze subkultury i nie chodzi tu o dredy na głowie, ale o świadomość której dała wyraz w jednym z wywiadów. Podróże były Świętym Graalem pokoleń funkcjonujących za poprzedniego ustroju państwowego, a dzisiaj loty samolotami przyczyniają się do negatywnych zmian klimatycznych, nadto turystyka jest niesymetryczna, skoro tamtejsi ludzie nie mają pieniędzy, ani czasu wolnego (co wynika z niewolniczej pracy), żadnego sposobu na podróże, chyba że na tratwie pełnej migrantów i nie będą bezpieczni w Europie bowiem będą musieli się „zatrzymać” w ośrodku dla uchodźców, który zostanie podpalony przez neonazistów. Jest to naiwne. Indywidualne samoograniczenie się pozostaje bez wpływu na globalne procesy. Należałoby opracować inny napęd lub zdelegalizować na poziomie międzynarodowym loty cywilne i ograniczyć je dla wojska, no i wysokich oficjeli państwowych. Tokarczuk stanowi mieszczański biedermeier, kiedy Houellebecq pozostaje ponowoczesny, jednakże jego pisarstwu można wytknąć, że jest to kwestia raczej fizjonomii niźli fizjologii. Jego umęczona twarz, obok fotografii Che Guevary, stanowi ikonę popkultury. Poza tym ile razy Francja zdychała od czasów Wielkiej Rewolucji (Napoleon, wojna z Prusami, Komuna Paryska, Dreyfus, wojny światowe, Indochiny, wojna w Algierii, Maj ‘68)? Przypominają mi się pierwsze strony „Transatlantyku” Gombrowicza. O gumnie, tyle że wobec Francji („czyli nigdzie” - Ubukról)… Jego bohaterowie pozostają personifikacją psychoanalitycznych bredni, jego podmiot liryczny, w swojej istocie, wyraża ideę ostatniego człowieka Nietzschego. Brakuje im socrealistycznego sznytu działania; „Moją rewolucję” Guevary przynajmniej dobrze mi się czytało, „Cząstki elementarne” jakoś przemordowałem. Europa zwyczajnie stanowi kulturę schyłkową, a islam jest o sześć wieków młodszy… Poprzednikiem Houellebecqa był Sartre i jego „Mdłości”.

12 grudnia 2019, 3:31.