τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

Przyszłość swoją widzę w grobie, tak odtąd widzę przyszłość i ostrzygłem się, ogoliłem, aby dobrze wyglądać w trumnie lub zaniżyć koszt opału w krematorium, skoro nauczyli mnie w domu bycia oszczędnym i miłym, jak Robespierre, ale i mam w sobie też coś z dandysa: mam tylko przeszłość, przeszłość tego — szkoda, bardzo mi szkoda, wielce jest mi żal, iż nie chcę być już sobą, rzygam nim-sobą na niego-siebie; gest zrywania więzi, niejako wystymulowane noce — wtem brzask, niczym biust dziewczyny, co sobie dekolt upstrzyła brokatem, gwoli przyciągnięcia większej uwagi, w słońcu mojego wzroku… A paliło mnie to, niby lampa na dołku, skądże się odnalazłem bowiem biegaliśmy we dwoje, wkoło jawnego bezsensu — pokusy zaprzestania obejmowania się, owego pragnienia osłonięcia się wzajem wobec t e g o. Tyle że Śmierć posłała mi szeptem moje imię, odpłaciłem jej w honorarium oddechu za uchem i zerkaliśmy wskroś siebie, jak zrobieni kryształem na melanżu, po czym zażartowałem serdecznie, iż zakochałem się, że obarczyła mnie głodem tkankowym! Śmierć jest rodzaju żeńskiego, a zdrada z inną najbardziej boli kobietę — moją animę, mimo że ta potrafi znieść pijackie bicie.

Czytaj dalej »

Żeby patrzeć parę godzin wskroś Ciebie,
jak włosy jaśnieją ogniem lichtarzy,
gdy jęk dławi knot, czas się tak rozłazi;
my na Plantach — Kiedy co? — żadne nie wie.

— Jaki miałem głos? — Był zdecydowany,
ponad miarę, jakbym brał się z książki;
spod palca farba siąpi, wzrok mój modry.
Mnie na wargach biją antyslogany,

pośmiertnego życia poety — rojenia.
Zasnąłem zaś z palącym się petem,
gdy ten koc nade mną, niby żeremia;

całopalenie dziełem tych roznieceń,
abym więcej jak dotąd, wreszcie Cię oniemiał.
Mlekiem rozleję się po niebie — dżetem!

Marcie
Klucze, 29.04.2021.

Miejskie strapienie i nieba gest siwy;
we szpalcie ksiąg echo twarzy widnieje.
Wśród tafli książnicy mażą mierzeję —
światłem na Morzu Zaniechań, abym przybił;

u wrót świątyni brewe. Opalizuje,
o dziwo, pierścień rybaka — inkluzją,
wskroś wosku mojego wzroku; żem musnął,
za łokieć przedramię — oko saku. Wtóre!

Domykam powieki — rozdygotanie,
ów głos się niesie, niby drżenie, azaliż
na szybie skrzy — żadne śmieszne ubranie,

ani krzykliwe włosy, lecz płaszcze, szalik.
Złożone z zaniedbań moje trwanie.
Nadto scena z filmów nowej fali.

Dla Marthe, za ten s p a c e r i pokazanie mi cerkwi.
Przemysław Pintal, 19.04.2021.

Czytaj dalej »

Pewne sprawy są nie do powtórzenia: obłęd jaki wabi gawiedź (Nietzsche oszalał, zatem dał dowód prawdziwości swoich twierdzeń — odnajduję upodobanie w obsesji i radykalizmie, aż do rozerwania w tłumie), niechrześcijaństwo co niesie metafizyczne znaczenie, jak i wytworzenie nowego, dionizyjskiego, toposu — który zapełnia kartografię psyche, topografią utopii i potworów morskich (hic sunt dracones — tutaj żyją smoki na dawnych mapach, toteż użycie przez Nietzschego „smokobójcy”[1] nabiera wyrazu), tam gdzie uprzednio porastały białe plamy; „Czy skosztowałeś morskiej soli, aby zaznać pływów? Jakich fale przynoszą nam pragnienie — nieznanych krain?”. Przynajmniej wiadomo już z czym mam się mierzyć, mimo że jest to ułuda — wcześniej czegokolwiek tamże, pod kopułą, nie było.

Marie-Lan Nguyen, „Pan having sex with a goat, statue from Villa of the Papyri, Herculaneum”. CC BY 2.5

Czytaj dalej »

Nic nie robię, jak siedziałem tak siedzę; niedziele przeczekuję, żadnych lektur, ani spacerów, myślę tylko o śmierci, wgapiony w horyzont ściany; apollińskie wyczekiwanie na karę dalszego życia[1]. Nihilizm jest w istocie depresją; — A Tobie jak czas przemija? (…) Przytulić mnie trzeba? Raczej zastrzelić albo wbić nóż, abym zdążył powiedzieć — Dziękuję — dobrze mnie wychowano. To słońce zza odsuniętej kotary jest takie zimne, kładę się i roję, że pójdę od razu się powiesić, jeśli ta słabość mi tylko minie — to jest słaniać się u konarów Matki-Ziemi; ponade mną korona z gwiazd dwunastu… Wstaję, aby puścić Hvernig kemst ég upp? Kælan Mikla, ponadto dostrzegam na ekranie komputera powiadomienie tekstowe. Gisèle przyjechała do ojca. Siadam przed laptopem, następuje czereda wiadomości tekstowych, tyle że boli mnie prawa dłoń, wbijałem zęby w palce, aby poczuć tępy ból, rozluźnienie, mimo tego łechta mnie miło, że piszemy do siebie zaimkami z wielkiej litery:

Czytaj dalej »

Boże, ta poczta w Niemczech działa jak w Polsce — list dopiero na sortowni w Lipsku; ja to teraz koń trojański liryzmu: wpiekłowzięty utraciłem ów moment w rozłące, zmusiłem się rozbić figury w kościele, ukrzyżowałem się w pojedynkę, uprzednio przerażony pięknem dnia — błękit czystego nieba, a w jego polu fleur-de-lys wzywa „państwo roślin”[1] pod sztandar dalszego życia; żyję jakąś pierdoloną nadzieją, nastrój powolnej erekcji; zgiętym przedramieniem przysłoniłem oczy tak, jak kobieta z płaczem wychodzi od fryzjera, tyle że ją opromienia ciepła, poranna, świeca — czuje się piękna. Zasnąłem. Żachnięcie nocą. Ciemno teraz, niby piąta — stłumiony gwaszem brzask; zerwał się wiatr, kwiecień przysypał mnie śniegiem, mimo że oduczałem się już spać w przypadkowych godzinach; w pismach Nietzschego odnalazłem eufemizm pogoda Greków[2] — ich „szczęśliwe” życie przerwane wieszczą poezją, wzmożone najazdami Persów, toteż wystawiają tragedie. Pojąłem, że potrzebuję dopisać własną komedię, w meander zbiorów bibliotecznych, aby dystyngowanie się kurzyć, tyle że nie umiem siąść i pisać, marynuję tekst południowymi przyprawami; czekam, niejako na kochankę, szepczę dwa słowa za uchem — mój oddech co żga ją w kark; świst bata popędza trojkę, nie zginie w sumiotach; Jesienin.

Czytaj dalej »

Powroty moje mają w sobie coś z południowej malowniczości, wśród małych społeczności te same pozdrowienia wścibskich twarzy, jednakie płoty i drzewa, zdobią się co roku ptactwem i kwieciem, jakich nazwy się pamięta; Górna Engadyna. Widzieć, rankiem i wieczorem, całe dostojeństwo lasu, wspinać się na wzniesienia po posągowych korzeniach, wiją się grubo i kręto, deszczami i stopami odsłonięte, ale nie do tego zawracam reminiscencjami, lecz do kamienicy z wysokimi stropami i szerokimi parapetami. Na nich zaś rośliny — o które się dba, żadne sukulenty, chyba że meksykański kaktus, a niekiedy stosy z epigramatami, przede wszystkim do muzyki Vaughana Williamsa, The Lark Ascending — ona to pejzaż ukiyo-e; móc budzić się każdego ranka i widzieć, jak ktoś tożsamy naszemu życiu wspiera się na ramieniu i odchrząkuje, wtedy przechodzą migreny. Czy to jest miłość? Pytanie to przydaje się jako drugi sweter, kiedy pragnę zapomnieć o przenikliwym wietrze, gdy we mnie duje po latach, zdałoby się przyjemnego życia, skoro przebijam wzdęty żalem wrzód minionego filisterstwa, tyle że wyuzdaniem batożonych obcasami pleców. Klęczę!

Czytaj dalej »

Posłyszcie majestat słońca o brzasku,
wysławia gaje egzotycznych smaków,
koszerne i halal szepty czarczafów,
tych fen ustępuje burzę Schillerów;
bliska końca opada gałęzią wierzby.
Nazajutrz wybywamy do Turynu,
aby pić kawę za dwadzieścia centymów.
Inaczej zawisnąłbym tutaj u więźby.

Marcie.
05.04.2021

Cenę kawy wziąłem z listu Nietzschego do Heinricha Köselitza (pseudonim Peter Gast, kompozytor), jaki przebywał podówczas w Wenecji. Książka to „Listy” Nietzschego – wybr. przeł. i przedm. opatrz. Bogdan Baran, Inter Esse, Kraków, 1994, ISBN: 83-85109-19-6.

Patrzyłem, zza okna, na błękit nieba – donikąd nie wychodząc; obok, w kuchni, zebrała się rodzina, dlatego nawet zapalić nie wyszedłem. Wiem, że się powtarzam; chcę się powtarzać. Trzeba się powtarzać wzajem siebie, aby utrwalić w sobie kruche, efemerydalne! Równie dobrze można kopać dół i go zasypywać… Każda kolejna konstatacja pozbawia świat i mnie samego, jakiegokolwiek sensu. Myślałem tak, kiedy dzień, na szczęście, miał się już ku końcowi – typowa nuda niepokojącej i pełnej obłędu niedzieli. Toteż usiadłem przed wielkim lustrem u mnie w pokoju – jakie kobiety trzymają, aby się oglądać malując, obracając na pięcie w sukni czy wreszcie dotykając – bowiem pragnąłem, aby ktoś patrzył, jak robię sobie krzywdę nie narkotyzując się, mimo że roiłem łzy nade mną, przesyconego opioidami maku.

Socjalizm albo barbarzyństwo?! Samobójstwo albo narkomania!

Czytaj dalej »

Novalis nie był kiedykolwiek popularny w Polsce, mimo że znany na zachodzie Europy; czytał go Krasiński, jeden z trzech narodowych wieszczów, o jakim najmniej się słyszy. Nie jest to tylko opinia Tadeusza Newlin-Wagnera, który w 1923 roku przełożył i opatrzył wstępem, wydane własnym sumptem „Hymny do nocy”. Dowiedziałem się o Novalisie na marginesie moich lektur poświęconych nihilizmowi, dlatego że sam Novalis nie był nihilistą. Tyle że zwrócił moją uwagę na świętość nocy; nieraz spoczywałem jak Henryk Ofterdingen. Cóż z tą nocą? Jezus urodził się w nocy, zatem ciemności zostaje przydana światłość intymnych wynurzeń. Dotąd romantyzm uważałem za geopolityczna bzdurę powstań narodowowyzwoleńczych, a ich wiarę w postęp, młodość i dobro odczuwałem jako bezlitosną.

Wspomniany wstęp Tadeusza Newlin-Wagnera, link wyżej w tekście.

Czytaj dalej »