τέχνη

„Digital dreams crossing over the sea, welcome to the deadlock of reality” - Skaven.

0%

„Precyzować niedokładne, dookreślać nieokreślone coraz to ostrzej i ostrzej: oto zadanie wszelkiego rozwoju, wszelkich starań przebiegających w czasie. Dlatego z biegiem lat wyostrzają się fizjonomie i charaktery. Dotyczy to również rękopisów”.

Ernst Jünger, „Eumeswil”.

Juliette. Prolog.

Obudziłem się na oddziale zamkniętym zakładu psychiatrycznego bowiem miewam okamgnienia wyraźnego widzenia. Życie domaga się wtedy powtórzenia sensu istnienia, skoro jaźń zadzierzgnięta ideą, wszakże spożywanie ułud teraźniejszości okazało się nieumiarkowaniem ciała, tożsamym gwałtownemu usposobieniu niektórych narkotyków. Wtenczas ostatnią ulgą nastaje we mnie samotna wędrówka pośród reminiscencji. Powrotom moim towarzyszy ciemność, jakby wzięta ze światła baroku. Skrzy się iglica fatum, niemniej spod wnęki wyziera czarny sztandar anarchizmu. Chiaroscuro! Stan w jakim nie gardzi się nawet marihuaną, mimo że odsłania lęki, dobyte z lejów krasowych umysłu. Ich wartość źródłowa podobna jest lasom rąbanym na handel drzazgami z krzyża Chrystusa. Temu z upływem lat płowieją obrazy przeszłego szczęścia, erodują zorzą wiekowego spojrzenia? Przemijamy się „gwoździami z krzyża”.

Czytaj dalej »

Wiersz „Helian” Georga Trakla przeczytać można na stronie AUSTRIART.PL. Niemieckie zdanie O wie einsam endet der Abendwind oznacza O jak samotnie kończy wieczorny wiatr (przekład Wiesława Trzeciakowskiego).

„Helian”.

Jedyna duszo,

Nigdy dotąd promienie słońca nie ogrzały chłodu mojego rozumu, jak te odbite we frazach Twojego listu, mimo że ich słowa były ciemne. Jakbym słyszał „Heliana”, wtedy, przed trzynastu laty. Myśmy leżeli na wzgórzu, jego łące, na rauszu! Wygnietliśmy ciepło perz, jeszcze nie poprzecinały go nowe domy, owe estuaria ekumeny. Odstąpiliśmy od przyjaciół, myśmy nadal ich mieli, niehumorni wobec pijackich ich wygłupów, by padły słowa których nie powinno się słyszeć w tak młodym wieku. Dreszcz wciąż przechodzi przez moje ręce i tors, by zdzielić pomroką głowę, wspomnieniem zapachu i miękkości Twojego ciała. Podówczas powinienem był, słysząc – O wie einsam endet der Abendwind. – położyć się na Tobie i wsunąć Ci język w usta, zamiast nerwowo schwycić palcami dłoń. Niegdyś byłem chłopcem i tępo wpatrywałem się w gwiazdy, jeszcze wskazywały mi drogę! Rozumując przyjęcie jego oświadczyn jako kaprys… Dziś jestem mężczyzną i mam czelność to przypomnieć! Parę dni później zrozumiałem, że deklamacja tyczyła się mnie, a teraz, iż wspominasz moją osobę, a czasem żałujesz obranej drogi, jednakże w ostatecznym rozrachunku nie postąpiłabyś inaczej. Nie pozwoliłbym przestać Tobie pisać bowiem nie byłoby normalnie! Sam zaś fakt wypisywania do mnie po dekadzie zapomnienia, nie jest wyłącznie ciekawością względem dawnego przyjaciela, ale też próbą odegrania się na kimś, wzbudzeniem zazdrości. Jest to element erotycznej dynamiki pomiędzy kobietą a mężczyzną, choć czujesz się teraz samotna w związku. Niemniej nie umiem boleć śmiercią Twojego dziecka, pozostaje mi ono obce. Heathcliff tak samo wzgardził potomkiem Katarzyny, ale szalał, gdy jej duch bił w okno.

O brzasku.

Poemat prozą Rainera Rilkego, „Malte”, pobrać można na Wolnych Lekturach.

„Twarz. I”.

Obłędnie uniewrażliwiony popatruję wskroś mroku mieszkania ulokowanego za oficyną kamienicy. Mijają tak dni, wreszcie wymiotuję, toteż stanowi to sposobność, aby spojrzeć na wydrapaną światu fizys. Twarz! Co ją tylko sobie zawdzięczam i nie mam kogokolwiek?! Niemniej przemywam ją jodyną, mimo że nie patrzę się już w pomalowane powieki; co o owe się rozciera, wraz z brzaskiem, niby pył ze skrzydeł egzotycznych motyli, ich kolor życia, zarazem barwę śmierci, jak u nożownika, a takim zdaje się jasny róż moich ust… tych zjadające ludzi robaki.

„Malte”, Rilke.

Czytaj dalej »

Kiedy byłem dzieckiem matka często opowiadała mi o życiu, jak się powinno traktować kobietę. Coś czego nie miała, a jest to mnie wrodzone. Całe życie to smutek, cierpienie, z rzadka przerywane okresami szczęścia.

Siedzieliśmy z Różą kątem u znajomych, z cicha słuchając piosenek o miłości i rozstaniu, skoro ludzi najbardziej chwyta banał, rzeczy proste i oczywiste. Nie było innego ogrzewania, jak ciepło naszych ciał, a nie spaliśmy już drugą noc. Położyliśmy się obok siebie, na materacu przytarganym z ulicy. Nie miałem kobiety, żadnych wyobrażeń ciepła, ani wspomnień o jedwabiu skóry. Korzystałem z chwili – moment szeptanej bliskości. Objąłem, wsparłem głowę o przedramię i patrzyłem w oczy bowiem „należy siać ręką, a nie całym workiem”. Słuchałem.

- Nie chcę spać i chcę spać.
Mój oddech.
- Nie chcę do Krakowa i chcę do Krakowa.
Przełknąłem ślinę.
- Chcę żyć i nie chcę żyć.
Pocałowałem ją.

I nie przestałem, i ponowiłem, wsunąłem rękę między nogi, gładząc uda. Spostrzegłem jak źrenice gwałtownie się rozszerzają, ujęła mnie mocno dłońmi. Broniła się, ale przygryzłem jej wargę, przestała protestować. Rozsunęła się kotara teatru.

Przed lokalem „Don Chichote, czyli Bohaterowie są zmęczeni”, Kraków.

Po czasie uważam, że zostawiłbym tylko pierwszy z nich, a resztę wywalił, lecz stanowi to pewien „zapis” tego co sie ze mną wtedy działo.

Skrzywdzone piękno przenika; ja, umajona bzem źrenica.
Potrzebuję znów słownika, jej skóra rautem Księżyca.
Noc niesie krzyk wzdłuż języka, brzask waginy rosi, dzicza.
Zachodzę, to nie bożnica – Ćśśś – dopiero mnie wycisza.
Warg, promienieje membrana, dziś jestem na bucha, macha.
Słów, łagr dla Mandelsztama; miłości, bez skłamania.
Żądza niczemu tożsama, gwiezdny pył nas tak przełamał.
Zaś wystajemy po bramach, trzęsie – ktoś się kimś umartwiał.

Kobierzyn, 08.01.2020.

Czytaj dalej »

Najgorzej jest czekać w napięciu, każda chwila niemiłosiernie się wydłuża, a dni skrupulatnie odlicza. By zabić czas nim nadejdzie wytęsknione i oczekiwane odprężenie, to zająłem się interpretacją tryptyku „Pneuma-Soma-Sarx”, na jakiego niegdyś natrafiłem, na deviantART.

NikRaccoon, „Pneuma-Soma-Sarx”, https://www.deviantart.com/nikraccoon/art/Pneuma-Soma-Sarx-447550333.

Pneuma: Tetraedr uosabia Jowisza i żywioł ognia. Sześcian zaś Saturna i żywioł ziemi. Postać trzyma oktaedr – Merkury i powietrze. W tle woda. Czyli wszystkie pierwiastki niezbędne dla życia.
Soma: Dodekaedr z napisem po grecku – πνεύμα (pneuma), oznaczającym ducha. Dwunastościan foremny wyraża kosmos (duch).
Sarx: Ikosaedr z greckim napisem – παρανοια (paranoja). Dwudziestościan to Wenus.

Czytaj dalej »

Napisane na początku stycznia 2020 roku, w czasie mojego pobytu w Szpitalu Klinicznym im .dr. Józefa Babińskiego w Krakowie. Poemat prozą Rainera Rilkego, „Malte”, pobrać można na Wolnych Lekturach.

Niniejsze koresponduje z początkiem „Malte” Rilkego. Szczególnie czwarty akapit - parafraza.

„Drzewo”.

Moja dusza to ośnieżony dach z naprzeciwka, wśród niego nagi komin, z jakiego się nie dymi. Ale teraz? Stoję na szczycie drzewa świata, wszystko zdaje się błahe, moje życie też i dlatego skaczę, aby nadać mu nowy sens.

Spadam! Serce bije mi jak bęben. Wzlatam! Jest to czas mityczny, niemniej fauna pozostaje niema na wołanie, ów zew. Teraźniejsza para bóstw to człowiek i jego maszyna; oś świata bezlistnieje, tylko dokądś duje, próbuję krzyczeć, ale na twarzy niemo zastyga erupcja, gestem okrzyku. Zabrakło tlenu.

Wieko trumny wyścielono czerwienią ust ździry; pożegnanie godne kochanków, których wzrok puścieje, odkąd kamienieją o grań płaskowyżu żyletek i przeglądają się w krysztale, nim go zetrą na proch. Ich perfuma.

Tak, a więc tutaj przychodzimy ze świata, do szpitala dla nerwowo chorych. Nocą poprzedzającą przyjście, zgasła we mnie trędowata dusza. Na szczęście, skoro ropiała pomyślnością potencjalnego jutra, jego ułudą. Dziś już inna gwiazda nuża się w błękicie mojego wzroku. Delikatne pulsacje śmierci, a nie dreszcz, jakby tętent kopyt bijących o suchą ziemię, gdzieś na stepie; moje myśli już nie pędzą huńskim zagonem, nie przeszywają strzałą Awarów.

Pamiętam tamte dni, jakby zdjęte z witraży, gdy malują je pogodne promienie młodzieńczej werwy. Byłem jej pełen, niemniej wolałem trwonić owe chwile kontemplując umajone koktajlem sukni sady, niż wyjść do ludzi z mieczem swojego serca. A dziś? Pióro zakrzepło, nie wiadomo już jak zawinioną raną, wszelako jestem zestarzały. Wypominają mi Ogrójec. On zginął bowiem tego pragnęliśmy, jego poświęcenia, widowiska i banialuk pokrzepiających niewolnicze serca.

Melancholia.

Wiersze te powstały pomiędzy 2014 a 2016 rokiem. Wiersz o Indiance koresponduje z piosenką „Canción para mi América”, autorstwa Soledad Bravo.

Zerknę, raz jeszcze, na obrazek z tobą,
nim w starodrzewiu niegdysiejszych kłączy,
ostatnie pędy, z osi świata, sennie opadną,
piętrząc się gęstwiną, u omszałej karpy.

Nie jest to dąb dostojny, ani jesion dworny,
ale głóg niegłośny, jest niepołożony tam,
na pryzmie, usypanej ziemią, w kurhany,
ręką, co wnosi skargę kiru, niebiosom.

Lecz postrzega siebie w zlekceważeniu,
wszak taje stela, żalem deszczy, we wzgardzie,
milczy zasłany epitaf, pode burzanu,
gdzie nie odwiedzisz mnie, naftaliną tęchnie.

Ale i mnie na wiosnę bukiet przysługuje.
Z ostu i łopianu! Tak wspomnianemu.

Czytaj dalej »